A+ A A-

Out of the coma

Oceń ten artykuł
(2 głosów)
(2012, album studyjny)
01. Out of the Coma (8:32)
02. The Sacrifice (8:39)
03. The Return (6:27)
04. Introduction by Roger Wooton (1:15)
05. The Maalgard Suite (15:49)
Roger Wootton - Guitar/Vocals
Glenn Goring - 6 String/12 String Guitar/Bongos
Andy Hellaby - Bass Colin Pearson | Violin/Viola
Bobbie Watson - Vocals/Percussion
Jon Seagroatt - Flute/Percussion
Więcej w tej kategorii: « First Utterance

1 komentarz

  • Paweł Bogdan

    Moda na wielkie powroty jest już od kilku lat w pełni. Na przestrzeni ostatniej dekady reaktywacje i trasy koncertowe ogłaszały tak historycznie istotne formacje jak UK (2011), Änglagĺrd (2009), Black Sabbath (2011), Jacula (2011), Black Widow (2007) czy Supertramp (2010). Coraz bardziej upowszechniająca się moda nie ominęła również znanej głównie koneserom grupy Comus. Rok 2005 przyniósł muzykom wydanie przekrojowego boxu, rok 2008 reaktywowanie składu na potrzeby koncertu (pierwszego po 34 latach!) na Mellotronen Festival w Szwecji oraz koncertowe DVD, za którym przyszły kolejne, raczej okazjonalne występy i wydanie w roku 2012 albumu 'Out Of The Coma'.

    Tym, którzy zespołu nie znają, należy się parę słów wyjaśnień. Comus to jeden z najwybitniejszych przedstawicieli psychodelicznego, progresywnego folk rocka lat 70-tych. W roku 1971 zespół wydał swój legendarny 'First Utterance', na którym zaprezentował unikalne, eksperymentalne brzmienie oparte psychodelicznych rytmach, gitarach akustycznych oraz duetach wokalnych Rogera Woottona oraz Bobbie Watson. Zespół zapisał się w annałach rocka progresywnego jako jedyna w swoim rodzaju, nietuzinkowa grupa muzyczna o niepowtarzalnym stylu, niesamowitej, nawet jak na lata 70-te, oryginalności oraz muzycznej atmosferze pełnej specyficznego mroku, grozy i tajemniczości. Mimo wydania niezaprzeczalnie świetnego materiału muzycznego grupie się nie powiodło (z różnych przyczyn) i w roku 1972 rozpadła się. Dodajmy, że na kanwie ostatnich lat bardzo wzrosło zainteresowanie formacją Comus, zapewne ze względu na Michaela Akerfeldta z Opeth i jego niesłabnącą miłość do debiutanckiego krążka formacji, o którym nigdy nie bał się mówić i polecać, gdzie tylko miał sposobność (zresztą wpływy Comus na styl Szweda są aż zanadto wyraźne). To tyle, jeśli chodzi o zaprawdę telegraficznie przedstawienie formacji. Przejdźmy do analizy jeszcze świeżego krążka 'Out of the Coma'.

    Bardzo trafnie zespół nazwał swoje dzieło. Blisko 40 lat trzeba było czekać na kolejne wydawnictwo Brytyjczyków, więc termin śpiączka jest tu wielce wskazany. Z perspektywy tego czasu może jednak dziwić dość skromna zawartość albumu. Na Out of the Coma składa się niecałe 25 minut całkowicie nowej muzyki oraz odkopane ze starych taśm archiwalne nagranie The 'Maalgard Suite', utworu przygotowywanego na drugi album zespołu. Jeśli chodzi o skład personalny nagrywający album, to jest niemal kompletny z perspektywy tego pracującego nad 'First Utterance'. Jedyna zmiana zaszła na stanowisku łączącym basistę, flecistę i perkusistę, gdzie Roba Younga zastąpił Jon Seagroatt.

    Od razu warto zaznaczyć, że 'Out of the Coma' jest pewnego rodzaju tributem 'First Utterance', albumem oddającym cześć przeszłości i właśnie do niej się odnoszącym. Od razu naszą uwagę przykuwa okładka nawiązująca do debiutanckiego materiału formacji zachowana w odcieniach czerni i bieli, na froncie której znów znajduje się tajemnicza, intrygująca postać jak to miało miejsce w roku 1971. Przeglądając książeczkę przygotowaną przez zespół zauważymy, że skupia się ona bardziej na przeszłości, latach 70-tych, niż obecnemu stanowi rzeczy. Dużo znajdziemy w niej cytatów, archiwalnych fotografii i odniesień do 'First Utterance'. Zresztą teksty i sama muzyka z Out of the Coma do tego krążka się odnosi.

    Krążek można podzielić na dwie, dość krótkie czasowo, części. Pierwszą z nich stanowią trzy nowe kompozycje: tytułowy 'Out of the Coma', 'The Sacrafice' oraz 'The Return'. Wszystkie utwory zachowane są w duchu klimatu debiutanckiego materiału Comus, choć każdy charakteryzuje się czymś innym. Na początku trzeba przyznać, że materiałowi zgrupowanemu na krążku brakuje sporo do 'First Utterance'. Po pierwsze jest mniej eksperymentalny, mniej wynaturzony i szalony, a bardziej zachowawczy. Mimo wszystko dalej charakteryzuje go oryginalna struktura i specyficzny styl grupy znany z roku 1971, choć bez tak sporej dozy psychodeli.

    Krążek rozpoczyna energiczny 'Out of the Coma'. Kompozycja rozwija się powoli, niespiesznie zmierzając do finału. Znowu możemy usłyszeć wspaniałe duety wokalne wokalnych Rogera Woottona oraz Bobbie Watson, wykwintne melodie grane na gitarze akustycznej, specyficzne brzmienie perkusji, usłyszymy też wyeksponowany saksofon oraz przecinające utwór na wskroś brzmienie skrzypiec. Imponuje bardzo wysoka forma muzyków, licząc w to nienaganne, mimo upływu lat, barwy głosu wokalistów. 'The Sacrafice' jest już spokojniejszym utworem, w którym w główną rolę wciela się śpiewająca Bobbie Watson. Utwór swym delikatnym klimatem może przypominać nieco 'The Herald' z 'First Utterance'. Kompozycja po hipnotyzującym początku przyśpiesza, ustępując miejsca bogatej części instrumentalnej utworu, z której wybijają się odważne solówki na flecie. Ostatnim nowym utworem na płycie jest The Return, podobnie jak w przypadku poprzednika prezentujący wiele instrumentalnych smaczków, szaleńczą muzyczną pogoń, ale i delikatne, klimatyczne momenty (piękne solo saksofonu). Są to naprawdę dobrem by nie rzec bardzo dobre utwory. W mojej opinii ta część 'Out of the Coma' to godny powrót zespołu, powrót w charakterze triumfu i ciężko jest być nim zawiedzionym.

    Prawdziwym rarytasem jest za to zamykający płytę 'The Maalgard Suite', poprzedzony wstępem Rogera Wootona dotyczącym podanej kompozycji. Kilkunastominutowy utwór był przygotowywany na następcę 'First Utterance', jednak w związku z rozpadem formacji, nigdy nie ujrzał światła dziennego. Na krążku otrzymujemy jedyne pozostałe dziś nagranie tej kompozycji, pochodzące z archiwalnych taśm z 1972 roku i, jak można się domyślać, jego brzmienie pozostawia dużo, dużo do życzenia. Najlepszym tego przykładem jest fakt, że w książeczce otrzymujemy niepełny, w pewnych częściach domniemany, tekst utworu. Okazuje się że sama Bobbie Watson nie była w stanie rozszyfrować o czym śpiewała (bo to głównie jej frazy pozostały pod znakiem zapytania), nikt z zespołu nie posiadał nigdzie zapisanych tekstów, zadania rozszyfrowania warstwy lirycznej podjęła się sama wokalistka, jak widać, z nie do końca udanym rezultatem. Ostatecznie rzecz biorąc otrzymujemy, 'The Maalgard Suite', w bardzo pokracznej formie. Szkoda, że zespół nie zdecydował się nagrać go ponownie po latach na potrzeby nowego krążka, choć domyślam się, że z odtworzeniem go również byłyby problemy& Cóż, pozostaje cieszyć się z tego co mamy, bo choć na opublikowaną przez zespół formę wspaniałej kompozycji można kręcić nosem, to nic lepszego w tej materii nie było dane przetrwać kolei, niesprzyjającego dla Comus, losu.

    Przed przystąpieniem do pisania recenzji, kiedy już wyrobię sobie zdanie na temat danego krążka, sięgam po opinie innych recenzentów i słuchaczy, dotyczących albumu. Tak też zrobiłem w przypadku Out of the Coma i oprócz wielu pochlebnych opinii znalazłem też wiele na zespół nastawionych nieprzychylnie. Postaram się rozprawić z częścią z nich. Pojawiają się narzekania co do opublikowanej wersji 'The Maalgard Suite', bardzo skromnego czasowo materiału, niezadowalającego muzycznego poziomu wydawnictwa czy ostatecznego brzmienia. Cóż, z większością z nich muszę się nie zgodzić. Co do 'The Maalgard Suite', to nic w lepszej materii nie mogliśmy usłyszeć (zresztą sam M. Akerfeldt rozpływa się nad tym utworem, nie przejmując się brzmieniem). Poziom muzyczny? Co prawda słabszy od debiutu, nie mogący z nim rywalizować, ale czy czegoś równie niezwykłego można oczekiwać od muzyków w podeszłym wieku? W moim mniemaniu, biorąc pod uwagę wszystkie niesprzyjające okoliczności, Comus nagrał niebywale udane dzieło. Trzy całkowicie nowe kompozycje może i nie bija tak nietuzinkowym klimatem jak utwory z 'First Utterance', lecz porywają, wzbudzają w słuchaczu emocje i sprawiają, że chce się do nich wracać. Krótki czas trwania albumu? Jak mówi stare dobre progresywne przysłowie, niedosyt jest lepszy niż przesyt. Brzmienie? Przyznam, że mastering i mixy albumu, a w ostateczności jego brzmienie i balans, mogłyby być zdecydowanie lepsze. Szkoda, że nie zajął się tym nieoceniony Steven Wilson&

    Cóż, osobiście uważam, że poprzez 'Out of the Coma' muzycy Comus nie mieli na celu stworzenia pełnoprawnego wydawnictwa. Nowy album miał przypomnieć słuchaczom o reaktywacji formacji, oddać cześć legendarnemu 'First Utterance' i, co najważniejsze, miał udowodnić samym muzykom, że nadal, mimo upływu czasu, potrafią tworzyć wspaniałą muzykę. Przyznam, że jeśli o mnie chodzi, wszystkie te cele zespół zrealizował. Znowu sięgnąłem i poznałem na nowo 'First Utterance', jeszcze bardziej zainteresowałem się historią formacji i jej dzisiejszym losem, ostatecznie sięgając po 'Out of the Coma'. Album uświadomił mi że Comus żyje, ma się świetnie i grupuje w swym składzie fenomenalnych muzyków, którzy dalej potrafią tworzyć fantastyczne, unikalne kompozycje.

    Paweł Bogdan poniedziałek, 04, czerwiec 2012 19:48 Link do komentarza
Zaloguj się, by skomentować

Recenzje Folk Progresywny

Komentarze

© Copyright 2007- 2023 - ProgRock.org.pl
16 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.