Ihsahn

Oceń ten artykuł
(4 głosów)
(2024, album studyjny)

01. Cervus Venator - 1:19
02. The Promethean Spark - 4:52
03. Pilgrimage To Oblivion - 4:20
04. Twice Born - 3:37
05. A Taste Of The Ambrosia - 4:23
06. Anima Extraneae - 1:40
07. Blood Trails To Love - 5:05
08. Hubris And Blue Devils - 7:54
09. The Distance Between Us - 4:30
10. At The Heart Of All Things Broken - 9:13
11. Sonata Profana - 1:44

Czas całkowity - 48:37

- Ihsahn - wokal, gitara basowa, gitara, instrumenty klawiszowe
oraz:
- Chris Baum - skrzypce
- Tobias Ørnes Andersen - perkusja(2,5,7,10)
- Angell Solberg Tveitan - instrumenty perkusyjne
- Tobias Øymo Solbakk - perkusja (3,4,8,9)

 

Media

Więcej w tej kategorii: « Àmr

1 komentarz

  • Mikołaj Gołembiowski

    W historii muzyki rockowej i metalowej doświadczyliśmy już wielu prób łączenia brzmienia zespołu z orkiestrą symfoniczną. Najbardziej powszechnym sposobem godzenia tych dwóch żywiołów wydaje się patent jaki zastosowała między innymi Metallica. Wygląda to tak, że zespół gra to, co zwykle, a orkiestra w tle z lepszym lub gorszym skutkiem udaje, że jest komukolwiek do czegokolwiek potrzebna. Zawsze twierdziłem, że szkoda czasu na takie hybrydy i lepiej posłuchać po prostu dobrego rocka i dobrej muzyki poważnej osobno. Istnieją oczywiście znacznie lepsze pomysły w tej materii. Wczesne Deep Purple dzieliło swoje utwory na odrębne fragmenty, których część była komponowana pod zespół, a część pod orkiestrę. Inni starali się trochę uprościć partie orkiestrowe, komplikując nieco te rockowe, aby wszystko do siebie jakoś koncepcyjnie pasowało. Ja osobiście zawsze patrzyłem na te próby z zainteresowaniem, ale nawet te, które były skądinąd całkiem udane, nie przekonały mnie ostatecznie, aby je uznać za obiecujący kierunek rozwoju muzyki rockowej, czy metalowej. I oto następuje rok 2024, w którym Ihsahn – nestor symfonicznego black metalu, od wielu lat całkiem nieźle radzący sobie na polu metalu progresywnego – wydaje dwie płyty. Na jednej z nich odnajdziemy ekstremalny, progresywny metal z orkiestrą symfoniczną, a drugiej – całkowicie orkiestrowe wersje utworów z tej pierwszej. Czy to się mogło udać? Odpowiedzi na to pytanie są dwie: gomułkowska i papieska. Pierwsza brzmi: „Najwyraźniej mogło, skoro się udało”, a druga – „Jeszcze jak!”.
    Nadmienię przy okazji, że symfoniczny metal kojarzy mi się częściej z orkiestrą OSP z Pcimia pod batutą krasnala ogrodowego, niż z symfonicznymi dziełami wielkich kompozytorów. Jest jednak parę wyjątków od tej reguły i jednym z nich jest właśnie norweski symfoniczny black-metal, reprezentowany przez takie zespoły, jak Arcturus, czy Emperor. Nic nie jest w stanie tak dobrze ukryć nieudolności syntezatorów w imitowaniu orkiestry, jak postawienie przed nimi gitarowej ściany dźwięku. Jeżeli natomiast zastępuje się syntezatory żywymi instrumentami, to jesteśmy, jakby na to nie patrzeć, mocno do przodu. Płyta Ihsahna ma jednak jeszcze jeden walor, mianowicie taki, że zarówno orkiestrację jak i partie gitar oraz innych instrumentów stworzył jeden i ten sam człowiek w tym samym momencie. W związku z tym wszystkie elementy brzmią jak tryby jednej i tej samej, dobrze naoliwionej maszyny. Gitara prowadzi tu z orkiestrą swoisty dialog, w którym trudno stwierdzić, czyj głos jest akurat ważniejszy, a osiągnięte brzmienie urzeka nie tylko swoją potęgą i „epickością”, ale również rzadko spotykaną gdzie indziej spójnością.
    Jak wcześniej wspomniałem w tym samym czasie wydano dwie płyty – metalową i orkiestrową. Ponieważ nie czuję się na siłach oceniać albumu orkiestrowego i wykazywać, jak on wypada na tle podobnej muzyki poważnej, czy filmowej, poprzestanę na stwierdzeniu, że jest on czymś więcej niż tylko zwykłą ciekawostką, a przesłuchanie go może sprawić niejednemu melomanowi sporo przyjemności. Natomiast przedmiotem mojej recenzji będzie album metalowy, który skądinąd dla fanów rocka i metalu progresywnego będzie zapewne bardziej interesującą pozycją.
    Przejdźmy zatem do rzeczy. Na płycie panuje dość nietypowy, jak na album metalowy, porządek. Ihsahn snuje swoją opowieść dostosowując muzykę do narracji. Teksty utworów są metaforyczne i nakreślą nam obraz sytuacji w sposób raczej ogólnikowy, pozostawiając słuchaczowi duże pole do domysłów i własnej interpretacji. Tym niemniej pozwalają na wyróżnienie kluczowych momentów opowiadanej historii. Pierwszy jej etap możemy nazwać na nasze potrzeby: „etapem buntu”. I tak po krótkim orkiestrowym wstępie w „Cervus Venator”, następujący po nim „The Promethean Spark” wrzuca słuchacza wprost w wir intensywnego metalowego grania z typowo black-metalowym screamem. Intensywność riffów, blastów i innych typowo metalowych rozwiązań muzycznych narasta w kolejnym „Pilgrimate to Oblivion”, a rwane, patetyczne partie orkiestrowe sprawiają wrażenie zetknięcia się z potężnym i trudnym do opanowania żywiołem. Również w następnym utworze: „Twice Born” wciąż się z tym żywiołem mierzymy. W warstwie lirycznej dominuje temat ucieczki od monotonii i bezsensu życia codziennego, odrzucenia wartości charakterystycznych dla konsumpcyjnego społeczeństwa, a także wyrażona zostaje wola wewnętrznego odrodzenia i samodzielnego zmierzenia się z tajemniczymi, pierwotnymi i potężniejszymi od człowieka siłami. „A Taste of Ambrosia” opiera się już na nieco spokojniejszym, melodyjnym, lecz wciąż niezwykle „epickim” motywie, odgrywanym wspólnie przez gitarę i orkiestrę, który przenosi nas niemalże w świat muzyki filmowej. Wydaje się, że podmiot liryczny triumfuje zaspokoiwszy swoje pragnienie, ale te wszystkie niepokojące brzmienia, przeradzające się momentami w ściany dźwięku, jak również słowa tekstu, zwiastują bliski, niechybny upadek.
    Po krótkim, delikatnym orkiestrowym interludium w „Anima Extraneae”, przechodzimy do kolejnego, „dramatycznego” etapu naszej historii, na który składają się dwa utwory: „Blood Trails to Love” i „Hubris and Blue Devils”. Ostre, metalowe, wykrzyczane zwrotki zderzają się z melodyjnymi, czysto zaśpiewanymi refrenami. Gitara nie wygrywa już chwytliwych metalowych riffów, lecz znacznie częściej są to krótkie frazy, kojarzące się niekiedy wręcz ze współczesną muzyką poważną. Liczne, różnorodne motywy mieszają się ze sobą niczym w „kotle czarownicy”, gniew miesza się tu z melancholią, a gwałtowność uczuć z chłodną i smutną refleksją.
    Ostatni etap stanowi nieco melancholijna quasi-ballada „The Distance Between Us” oraz następujący po niej ponad dziewięciominutowy, progresywny finał „At the Heart of All Things Broken”. Utwory te brzmią tak, jakbyśmy patrzyli z oddali na „krajobraz po bitwie”. W warstwie lirycznej dominuje smutek, samotność i poczucie wyobcowania. Melodie są zgrabnie i przyjemnie poprowadzone, a w niektórych momentach czysty wokal Ihsahna osiąga prawdopodobnie najwyższy stopień subtelności w całej karierze tego artysty. Pojawiający się gdzieniegdzie scream nie jest już przejawem buntu, lecz kojarzy się z rozpaczą, rozgoryczeniem, a może wręcz nawet z nękaniem przez demony przeszłości. W warstwie instrumentalnej orkiestra wychodzi tu na pierwszy plan, a gitara brzmi niekiedy tak, jakby była jednym z równoprawnych instrumentów wchodzących w jej skład, którego zadanie polega głównie na tym, by przypominać nam, że wciąż przecież słuchamy metalu. Na zakończenie opowieści wysłuchujemy znów krótkiego utworu orkiestrowego – „Sonata Profana”, domykającego dzieło swoistą klamrą.
    Biorąc pod uwagę, że Ihsahn pozostawił swój nowy album bez tytułu, możemy go uznać poniekąd za podsumowanie jego własnej dotychczasowej działalności artystycznej. Słuchając tej muzyki odbywamy niejako podróż w czasie, rozpoczynając od wczesnych fascynacji heavy metalem, by za chwilę doświadczyć dzikości black-metalowej rebelii. Wykonujemy następnie wraz z artystą wyraźny zwrot w kierunku metalu progresywnego, aby na koniec słuchać dojrzałego muzyka sprawnie posługującego się paletą wszystkich dostępnych dla niego środków, wybierającego sobie z różnych muzycznych stylów to, co mu akurat pasuje.
    Podsumowanie dla tych co znają i lubią twórczość Ihsahna: frontman grupy Emperor w swojej najwyższej formie. Album jest przynajmniej tak dobry jak „After” czy „Arktis”, a pewnie nawet i lepszy. Tym zaś, co nie znają, powiem, że gdyby płyta została wydana w czasach, gdy rock i metal były bardziej popularne, zostałaby zapewne z miejsca okrzyknięta arcydziełem i otrzymałaby status pozycji kultowej. Zatem nawet jeśli nie jesteś czytelniku entuzjastą symfonicznego metalu, tak jak i ja nim nie jestem, ale nie boisz się diabła i zapachu siarki, a od uznanych dziś za kanon ekstremalnego progresywnego metalu zespołów, jak Cynic, czy Opeth, Cię nie odrzuca, to serdecznie polecam. Z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że jest to zaprawdę „piekielnie” dobra muzyka.

    Mikołaj Gołembiowski

    Mikołaj Gołembiowski piątek, 19, kwiecień 2024 20:14 Link do komentarza
Zaloguj się, by skomentować

Recenzje Metal Progresywny

Komentarze

© Copyright 2007- 2023 - ProgRock.org.pl
16 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.