Jestes tutaj:  Start arrow Teksty arrow Relacje z koncertów arrow Thin Lizzy + Supersuckers (7.02.2011, Warszawa, Stodo³a)


Thin Lizzy + Supersuckers (7.02.2011, Warszawa, Stodo³a)
Powiadom o tej p³ycie znajomego


Poniedzia³ek 7 lutego 2011 by³ dla mnie niezwyk³y nie tylko dlatego, ¿e na jednej scenie w warszawskiej Stodole mia³a wyst±piæ grupa Thin Lizzy, supportowana przez Amerykanów z Supersuckers, ale tak¿e z powodu nag³ej i niespodziewanej ¶mierci króla blues-rockowej gitary – Gary’ego Moore’a. Mo¿na siê by³o spodziewaæ, ¿e dawni koledzy oddadz± chocia¿ ma³y ho³d nie¿yj±cemu gitarzy¶cie…

A zaczêli Supersuckers. Wyszli punkt 20.00 i od razu „do³o¿yli do pieca” swoj± bezkompromisow± i ¿ywio³ow± mieszank± amerykañskiego gara¿owego rocka, punku i country. Nie wiem, czy okre¶lanie siebie mianem najlepszego rock’n’rollowego zespo³u ¶wiata (o czym raczy³ by³ wspomnieæ lider formacji) nie jest lekkim nadu¿yciem, ale muszê przyznaæ, ¿e s³ucha siê tego nie¼le. Momentami byli prawdziwym wulkanem punkowej energii. Krótkie i zwiêz³e numery takie jak „Rock-N-Roll Records”, „Doublewide” czy chyba najbardziej znany „Pretty Fucked Up” mia³y w sobie potê¿ny ³adunek mocy, co sto³eczna publiczno¶æ doceni³a ¿ywio³owymi reakcjami. A teraz ma³a ³y¿eczka dziegciu. Nie ukrywam, ¿e zabrak³o mi w ich wystêpie tradycji amerykañskiego po³udnia. By³aby to chwilowa odskocznia od punk rocka, który jak dla mnie (i my¶lê, ¿e dla innych entuzjastów klasycznego rocka równie¿) w du¿ych dawkach bywa mêcz±cy. A wiem, ¿e southern/country-rockowe klimaty te¿ s± tej kapeli nieobce i dobrze siê w tej stylistyce czuj±. Tego niestety nie us³yszeli¶my. Ale jako aperitif przed Thin Lizzy sprawdzili siê ¶wietnie. Publiczno¶æ na pewno nie mog³a narzekaæ na nudê podczas ich wystêpu. Czterdzie¶ci minut tak intensywnej gry zrobi³o swoje.

Tu¿ po 21.00 pojawi³a siê g³ówna gwiazda wieczoru w jak¿e doborowym sk³adzie (ze starego sk³adu a¿ trzech muzyków: Scott Gorham – gitara, Brian Downey – perkusja, Darren Wharton – klawisze; pozostali muzycy: Ricky Warwick – wokal, Marco Mendoza – bas, Vivian Campbell – gitara). Zaczê³o siê mocnym otwarciem w postaci „Are You Ready”, „Waiting for an Alibi” i niemal hymnowego „Jailbreak”. Od razu uwagê zwraca³a perfekcja wykonania, selektywne brzmienie oraz i¶cie metalowa moc. Tak by³o ju¿ do samego koñca, zespó³ ju¿ ani na chwile nie obni¿y³ lotów. Potê¿nie i niezwykle przekonuj±co zabrzmia³y takie hardrockowe klasyki jak: „Do Anything You Want To”, „Don’t Believe a Word”, „Dancing in the Moonlight (It’s Caught Me in Its Spotlight)”, „Emerald”, „Massacre”, „Cowboy Song” czy „The Boys Are Back in Town”, który zreszt± niegdy¶ przysporzy³ Thin Lizzy najwiêkszej popularno¶ci. Nieco wyciszenia przysz³o wraz z przepiêknym „Still in Love with You”, w którym rolê wokalisty przej±³ klawiszowiec Darren Wharton. Us³yszeli¶my te¿ „Sha-La-La” i „Wild One”, które skutecznie utrzyma³y bardzo wysok± temperaturê koncertu. Za to bardzo progresywnie, ¿eby nie powiedzieæ prog-metalowo, g³ównie za spraw± motywu klawiszy, zrobi³o siê w metalowej je¼dzie „Angel of Death”. Wcale nie l¿ej zabrzmia³o nie¶miertelne „Whiskey in the Jar” – nie ukrywam, ¿e bli¿ej by³o temu wykonaniu do wersji zaproponowanej przez grupê Metallica ni¿ do pierwotnej z 1972 roku. Ale to akurat wysz³o temu utworowi na dobre. Thin Lizzy bisowali w sumie 2 razy. Na pierwszy bis zagrali „Killer on the Loose” i „Rosalie/Cowgirl’s Song” (przed którym wokalista z³o¿y³ ho³d zmar³emu przed æwieræwieczem Philowi Lynottowi) oraz „Black Rose”. Przed tym ostatnim utworem nast±pi³ wreszcie moment, na który czeka³em (zreszt± chyba nie tylko ja) – Ricky Warwick uhonorowa³ w paru s³owach nieod¿a³owanego Gary’ego Moore’a, który wraz z Lynottem by³ wspó³autorem tej kompozycji. Krótkie to by³o wspomnienie, ale w tamtym momencie bardzo wymowne.

Gitarowa jazda jak zwykle sprawdzi³a siê w stu procentach. Taki duet „wio¶larski” jak Vivian Campbell/Scott Gorham jest po prostu skazany na grê na najwy¿szym poziomie. Przy niektórych ich popisach po ca³ym ciele chodzi³y dreszcze. Form± zachwyci³ tak¿e weteran Brian Downey, któremu koledzy z zespo³u oddali piêæ minut, by móg³ zaprezentowaæ swoje solo perkusyjne. Ca³a kapela wydawa³a siê graæ z nieskrywan± przyjemno¶ci±, a nie jest to a¿ tak oczywiste w przypadku, kiedy ca³y repertuar pochodzi sprzed minimum 28 lat (!). Prawdê mówi±c nie spodziewa³em siê a¿ tak dobrego koncertu, gdy¿ mia³em w pamiêci ich do¶æ przeciêtny wystêp z pa¼dziernika 2008 roku. Wówczas zagrali bez polotu i przede wszystkim, jak na rockowe standardy, krótko, bo tylko 75 minut. Ale czasem otwarta g³owa i nie wracanie do przesz³o¶ci siê przydaj±. Tym koncertem Thin Lizzy udowodni³o, ¿e stary dobry hard rock ma siê ¶wietnie. Sto minut grania i jedyna w swoim rodzaju publiczno¶æ, która licznie wype³ni³a warszawsk± Stodo³ê. Chyba nikt poza dinozaurami rocka nie jest ju¿ w stanie zgromadziæ takiej rzeszy pozytywnie zakrêconych fanów.

Jakub Szwajkiewicz, Olsztyn



 
« poprzedni artyku³   nastêpny artyku³ »

Biuletyn podProgowy

Ostatnie recenzje

Wspó³pracujemy z

Lynx Music

Black Widow Records

Metal Mind Productions



Ars Mundi

Wydawnictwo Kagra

Koncertowe Studio PiK

Rock Serwis

Pro-Radio





ProgrockRecords















Copyright © 2007-2012 ProgRock.org.pl   Designed by ProgRock.org.pl