|
|
No i doczekali¶my siê trzeciej ods³ony Ino-Rock Festival. ¦mia³o mo¿na powiedzieæ, ¿e je¶li organizatorzy utrzymaj± dotychczasow± formu³ê, to festiwal na sta³e wpisze siê w kalendarz imprez polskiego fana progresywnego rocka. Bo nawet je¶li nasz ukochany gatunek nie jest w nazwie festiwalu ujêty, to wystêpuj±ce na nim zespo³y jasno wskazuj± do kogo jest adresowany. Przekonuje równie¿ sam klucz doboru wykonawców: gwiazda, która zapewni op³acalno¶æ (Anathema, Steve Hackett, Riverside), weterani, których obecno¶æ jest uk³onem w kierunku publiczno¶ci bardziej zaanga¿owanej (Focus, Ozric Tentacles), m³oda, obiecuj±ca formacja z zagranicy (Pineapple Thief, Nosound, Airbag) i luminarze rodzimej sceny (Quidam, After, Indukti, Votum). Do ostatniej chwili nie by³o wiadomo czy pojawi siê ostatni, a niezbêdny uczestnik udanej imprezy – dobra pogoda. Na szczê¶cie i on nie zawiód³ pojawiaj±c siê w okre¶lonym miejscu i czasie, jakby na wyra¼ne ¿yczenie zebranych w Teatrze Letnim w Inowroc³awiu. Jak zawsze na scenie pojawi³ siê redaktor Radia PiK Adam Dro¼dzik, przywita³ zgromadzonych i zaprosi³ na pierwsze danie d³ugiej muzycznej uczty – Votum! Panowie dysponowali zaledwie kilkudziesiêcioma minutami by zaprezentowaæ swój soczysty, pogmatwany metal, ale dobrze wykorzystali ten czas graj±c mieszankê utworów z albumów Time Must Have A Stop i Metafiction. Ubrani na czarno, uprawiaj±cy ¿ywio³owy headbanging muzycy Votum wygl±daliby na prawdziwych twardzieli, gdyby nie maleñki szczegó³ – u¶miechy na twarzach, nie licuj±ce ze standardowym wizerunkiem z³ego metalowca. Zespó³ autentycznie cieszy³ siê z mo¿liwo¶ci przedstawienia swojej muzyki du¿emu audytorium, a jego entuzjazm udzieli³ siê publiczno¶ci. Na widowni by³o tego dnia zreszt± sporo mi³o¶ników mocnych brzmieñ (co zrozumia³e, skoro g³ówn± gwiazd± by³a Anathema), wiêc propozycja Votum trafi³a na podatny grunt. Pod koniec wystêpu warszawiaków sporo osób macha³o g³owami pod scen±. Muzyka Votum jest na tyle wyrafinowana, ¿e trafia do fanów progresu, ale te¿ niesie odpowiedni± dozê ciê¿aru, by zadowoliæ tzw. „tru” metalowców. Nie tylko rodzimych – Metafiction od trzech miesiêcy jest dostêpne tak¿e za Oceanem i zbiera ¶wietne recenzje. A prace nad jego nastêpc± trwaj±... Trzymajmy kciuki za kolejn± miêdzynarodow± karierê polskiego zespo³u! Votum nie¼le rozochoci³o co bardziej krewkich melomanów, jednak kolejna prezentuj±ca siê tego dnia kapela och³odzi³a gor±ce g³owy. Mo¿na by³o postawiæ brylanty przeciw orzechom, ¿e wystêp Airbag spotka siê z ciep³ym przyjêciem – zw³aszcza przez ¿eñsk± czê¶æ publiczno¶ci. Debiut sympatycznych Norwegów, wydana w zesz³ym roku p³yta Identity, jest wype³niony urokliwymi piosenkami w duchu pó¼nego Pink Floyd. No w³a¶nie – piosenkami. Twórczo¶æ Airbag w wersji studyjnej wydaje siê lekka, ³atwa i przyjemna. Przewidywalna. Airbag na scenie to zupe³nie inna bajka! Przede wszystkim to kolektyw. Owszem, Asle Tostrup zapowiada kolejne utwory, ale frontmanem nazwaæ go nie sposób, bo przed szereg nijak nie wychodzi. ¦piewa, gra na gitarze (oba te obowi±zki dzieli z Bjornem Riisem), ale nie stara siê robiæ show. Za Airbag ma przemawiaæ ich muzyka. Wystêp zdominowa³y nowe utwory, które maj± siê znale¼æ na nowym wydawnictwie planowanym na wiosnê 2011 roku. Tu oby³o siê bez zaskoczeñ. To dobrze znany z Identity i wcze¶niejszych internetowych mini albumów styl Airbag. Melodyjny, rozmarzony – s³ychaæ, ¿e to Skandynawowie. A przy utworze Numb s³uchacze poczuli siê tak, hmmm... komfortowo. Oczywi¶cie pojawi³a siê godna reprezentacja debiutu – w postaci Steal My Soul, Colours i Safe Like You. Norwegowie nawet nie próbowali ukrywaæ kto jest ich mentorami. Zagrali jeden jedyny kower – Embryo. Utwór dostêpny tylko na sk³adance Floydów Works. O ile jednak na pocz±tku dominowa³y formy piosenkowe, o tyle w miarê trwania koncertu Airbag poczynali sobie coraz ¶mielej. Coraz odwa¿niej rozbudowywali swoje kompozycje, improwizowali, uciekali w typowo Floydowsk± psychodeliê. Mo¿na mieæ tylko nadziejê, ¿e w tym kierunku pod±¿± na nastêpcy Identity. Im wiêcej by³o w grze Airbag twórczego fermentu, tym bardziej gêstnia³ t³umek pod scen±. ¦mia³o mo¿na powiedzieæ, ¿e Norwegowie zadowolili tego wieczoru swoich dotychczasowych sympatyków i przy okazji zaskarbili sobie sporo nowych. Przysz³a kolej na pierwszy na polskiej ziemi koncert Ozric Tentacles! Dla ca³kiem sporej grupy fanów to w³a¶nie ich wystêp by³ najwa¿niejsz± czê¶ci± trzeciego Ino-Rocka. Nic wiêc dziwnego, ¿e rzesza zebrana pod scen± jeszcze siê powiêkszy³a. Wyszli i od razu widaæ by³o, ¿e to ludzie z innej planety. Siedz±cy za zestawem perkusyjnym Ollie Seagle i basistka Brandi Wynne wygl±dali do¶æ normalnie (czarne koszulki, jeansy – rockowy standard), ale ju¿ Ed Wynne (gitara, ma³y syntezator) i Silas Wynne (potê¿ny syntezator), d³ugow³osi, ubrani we w¶ciekle kolorowe bluzy, wygl±dali jakby urwali siê z Lata Mi³o¶ci. Ed i Brandi podzielili siê konferansjerk±. Basistka by³a bardziej rozmowna, podkre¶la³a jak wa¿ny jest dla zespo³u pierwszy koncert u nas, a Ed, jedyny cz³onek Ozric pamiêtaj±cy pocz±tki formacji, zdawkowo zapowiada³ kolejne utwory. By³o mocno, psychodelicznie i kosmicznie. Czyli tak, jak praktycznie na ka¿dej p³ycie Ozrików. Ollie nabija³ mocny rytm, Brandi go zagêszcza³a, a panowie Wynne szaleli na pierwszym planie. Swobodne partie gitary i krêcenie pokrêt³ami syntezatorów sk³ada³y siê na wzorcowy space rock, któremu Ozric pozostaj± wierni od lat. A ¿e to muzyka do¶æ specyficzna, liczy³a siê raczej atmosfera i brzmienie ni¿ poszczególne kompozycje, bo te bywaj± u Anglików bardzo podobne. Gdyby nie zapowiedzi Eda niewtajemniczeni mogliby nie wiedzieæ gdzie koñczy siê Many Legged Creature a zaczyna Jurassic Shift ¯eby by³o jasne – to nie jest zarzut. Taka po prostu jest konwencja space rocka. Koncert mia³ byæ – jak nakaza³ dawno temu Dave Brock – kosmicznym rytua³em i tym w³a¶nie siê okaza³. Przestrzeñ i narkotyczny trans porwa³y zebranych, pojawi³y siê tañce (bardzo dowolne) i g³o¶ne krzyki aprobaty. W tym momencie zaprzysiêgli fani rocka mog± z wy¿szo¶ci± popatrzeæ na mi³o¶ników techno. Psychodeliczny rock wyprzedzi³ Wasze Parady Mi³o¶ci o dobre dwie dekady! Sympatycy Ozric Tentacles byli wystêpem swoich mistrzów zachwyceni. Niektórym brakowa³o trochê partii fletu, bardzo charakterystycznych dla wcze¶niejszych albumów zespo³u, ale ten mankament nie przes³oni³ pozytywów. Po dwudziestu czterech latach od wydania pierwszej p³yty Ozric wci±¿ generuj± na scenie dzik± energiê! Headlinerzy tegorocznego Ino Rocka byli na bardzo wygodnej pozycji. W Polsce bywaj± czêsto, znaj± nawyki tutejszej publiczno¶ci, a ta traktuje ich po królewsku. A przede wszystkim – po siedmiu latach milczenia wrócili udan± p³yt± We're Here Because We're Here. Anathema nie musia³a przeskakiwaæ ¿adnej poprzeczki. Wystarczy³o, ¿e potwierdzi swoj± renomê. Potwierdzi³a bez dwóch zdañ. Na pocz±tku zespó³ skupi³ siê na programie We're Here Because We're Here. Po kilku utworach Vincent Cavanagh wy¶piewa³ przez wokoder kilka niekoniecznie prostych dla Anglika s³ów: Dziêkujê! Zajebi¶cie! I to z niez³ym akcentem! Nowy materia³ najlepiej testowaæ na ¿ywo – We're Here... w kontakcie z publiczno¶ci± znakomicie zda³o egzamin. Muzycy sypali nowo¶ciami jak z rêkawa, zabrzmia³y m.in. Angels Walk Among Us, A Simple Mistake i Summernight Horizon. Najciekawiej spo¶ród ¶wie¿szych utworów brzmia³y te, w których Vinnie dzieli³ siê obowi±zkami wokalnymi z urocz± Lee Douglas Oczywi¶cie zespó³ nie zapomnia³ o swojej klasyce. Takie utwory jak One Last Goodbye czy Lost Control musia³y siê znale¼æ w setli¶cie. Ten ostatni by³ zreszt± punktem kulminacyjnym wystêpu. W lekko zmienionej aran¿acji uwypuklono ten genialnie prosty motyw klawiszy. Do tego wokal Vinniego – i hipnotyczny efekt murowany! Zespó³ nie ograniczy³ siê do prostego odgrywania co lepszych utworów. Bracia Cavanagh rozbudowywali kompozycje o d³ugie, snuj±ce siê partie gitar. Je¶li kto¶ chcia³ poczuæ ducha Floydów – w Inowroc³awiu mia³ go pod dostatkiem. Najpierw dziêki Airbag, potem tak¿e Anathemie. Jak na refleksyjny, nie stroni±cy od depresyjnych akcentów zespó³, Anathema zaprezentowa³a siê nad wyraz ¿ywio³owo. Nie by³o mo¿e dzikich harców (przynajmniej na razie), ale widaæ by³o, ¿e muzycy bawi± siê nie gorzej od publiczno¶ci. Zw³aszcza Vincent mówi³ du¿o i chêtnie, zawsze z u¶miechem na ustach. U¶miech ten poszerza³ siê do rozmiarów godnych Stevena Tylera, gdy Vinnie zachêca³ publiczno¶æ do klaskania. Daniel Cavangh, ubrany w do¶æ nietypowo skrojon± czapkê, by³ bardziej skupiony na grze, ale czêsto dorzuca³ do s³ów brata jaki¶ ciêty komentarz. T³em dla Vinniego i Danny'ego by³ trzeci brat, graj±cy na basie Jamie i siedz±cy za swoimi instrumentami Les Smith i John Douglas (odpowiednio: klawisze i perkusja). To tamci dwaj brali na siebie ciê¿ar show. Anathema znakomicie wyzyskuje te¿ zdobycze techniki. Gra ¶wiate³ i k³êby dymu dope³nia³y widowisko. Mo¿na by³o poczuæ ciarki, kiedy na przedzie zamglonej sceny widaæ by³o tylko kontury sylwetki Danny'ego. ¯egnaj±c publiczno¶æ pod koniec podstawowego setu Vincent znów powtórzy³ najwyra¼niej nowe dla siebie s³owo: „zajebi¶cie” i pochwali³, jak niejeden ju¿ zagraniczny muzyk przed nim (vide: Fish) zalety ¯ubrówki. Nikt jednak nie w±tpi³, ¿e bêd± bisy! Trochê poczekali¶my na ponowne wyj¶cie samego Daniela, który uzbrojony w czerwony akustyk za¶piewa³ delikatne Are You There?. Na szczê¶cie zespó³ pojawi³ siê chwilê pó¼niej w ca³o¶ci, by zaintonowaæ jeszcze dwa utwory, których domaga³a siê publiczno¶æ. Na pierwszy ogieñ wziêli Angelicê – jak sami zauwa¿yli, utwór jeszcze doom metalowy. To my wymy¶lili¶my doom metal! - dumnie zauwa¿y³ Vincent. W zasadzie to Paradise Lost! - sprostowa³ Daniel. Oj, co za zadufanie! Wczesna Anathema wspólnie z Paradajsami i My Dying Bride faktycznie zreformowa³a gatunek, ale o miano jego ojców mo¿e siê biæ spore grono starszych kapel. Candlemass czy Saint Vitus gotowi siê na Vinniego obraziæ! A i sama Angelica, choæ zabrzmia³a wspaniale, nie mia³a ju¿ tego riffowego do³adowania. Jeszcze ¿ywszy fina³ w postaci Sleepless i koniec piosenek. Co nie oznacza, ¿e koniec wystêpu – przyszed³ czas na wyg³upy! Z g³o¶ników pop³ynê³y patetyczne d¼wiêki jakiej¶ rosyjskiej pie¶ni ludowej (tak to przynajmniej brzmia³o), co da³o Vincentowi pretekst do dyrygowania oklaskami t³umu. A za plecami lidera przemaszerowa³ pijackim krokiem ca³y zespó³ (Lee Douglas, ju¿ z kieliszkiem wina, pokusi³a siê nawet o krótkie tango z Danielem Cavanagh). Doom metalowa aura ulecia³a na dobre . Dobrze, ¿e zespó³ ma do swojej muzyki i wizerunku dystans. To cenny, a nieczêsto spotykany przymiot. Bardzo dobry koncert! Mo¿e nie by³o zajebi¶cie, ale na pewno piêknie. Wraz z koñcem wystêpu Anathemy (która, jak podaj± dobrze poinformowane ¼ród³a, natychmiast po wielkim finale ochoczo przyst±pi³a do degustacji ¯ubrówki) trzeci Ino-Rock przeszed³ do historii. Jak zwykle za szybko, za to pozostawiaj±c ca³± masê piêknych muzycznych wspomnieñ. Ino powoli staje siê ¶wieck± tradycj± i z ka¿d± ods³on± umacnia swój presti¿. Nic wiêc dziwnego, ¿e na pytanie redaktora Dro¼dzika, kto zjawi siê za rok – ca³a widownia gromko zakrzyknê³a: Ja!!! I my te¿! Nie mo¿e byæ inaczej! zrelacjonowa³: Pawe³ Tryba
zdjêcia: Jan "Yano" W³odarski |
| « poprzedni artyku³ | nastêpny artyku³ » |
|---|









































