|
|
¯eby zyskaæ szersz± perspektywê, przytoczê pewn± rozmowê, która mia³a miejsce kilka tygodni przed opisywanymi wydarzeniami. - Panie Pawle, a dlaczego pan chce tak dziwnie zacz±æ urlop, od pi±tku? - popatrzy³ na mnie podejrzliwie Szef. - Chcia³em wybraæ siê tego dnia na koncert do Wroc³awia – b±kn±³em – Mam ju¿ bilet i nie mogê go zwróciæ (argumenty natury finansowej przydaj± siê w tego typu negocjacjach). - A czyj to wystêp? - indagowa³ Szef. - Marka Knopflera, wokalisty i gitarzysty... - Pamiêtam, widzia³em Dire Straits na ¿ywo w osiemdziesi±tym pi±tym, kiedy pracowa³em w Chicago – nie da³ mi dokoñczyæ – ¦wietnie grali! Ale teraz Knopfler zacz±³ na stare lata strasznie smêciæ. A wszystkie p³yty Dire Straits mam na winylach. Szczêka mi opad³a! Co¶ tam s³ysza³em, ¿e Szef czarne kr±¿ki zbiera i ¿e moja kolekcja przy jego to piku¶. Ale o rockowych inklinacjach nie wiedzia³em. Zatka³o mnie do tego stopnia, ¿e nie odpar³em zarzutu o smêcenie kontrargumentem, ¿e Mark zmieni³ formu³ê na bardziej kameraln±, bo mia³ trochê do¶æ rozmachu z ostatnich dzia³alno¶ci Straits. Zreszt± prze³o¿ony zasia³ w moim p³on±cym czyst± wiar± sercu fana ziarno niepokoju. Nawet je¶li wzi±æ pod uwagê, ¿e Mark z rockowego grania wypisa³ siê ju¿ na pierwszej solowej p³ycie, to i tak gdzie¶ od albumu Shangri-La jakby dosta³ lekkiej zadyszki. Choæ ju¿ zesz³oroczne Get Lucky dorównywa³o spokojnie jego dawniejszym dzie³om nagranym pod w³asnym nazwiskiem. Niewa¿ne. Grunt, ¿e dosta³em ten dodatkowy dzieñ urlopu. Pod wroc³awsk± Halê Stulecia dotar³em dobre dwie godziny przed otwarciem bram i bardzo dobrze, bo mia³em czas na regeneracjê si³ po siedmiu godzinach jazdy poci±giem w nieziemskim upale. Uzupe³niaj±cy w ogródku piwnym niedobór jonów i promili mi³o¶nicy Marka prezentowali siê nader barwnie. Od lat nastu do wieku emerytalnego, z lekk± przewag± osób, które przekroczy³y ju¿ smugê cienia. Czyli ta muzyka ³±cz±ca pokolenia to nie tylko czcza gadanina. To cieszy! Przechodzenie przez dwie bramki odbywa³o siê do¶æ sprawnie, a we wnêtrzu Hali by³o na co wydaæ kasê... albo i nie, zale¿y jak na to spojrzeæ. Koszulek, bluz, plakatów, kubków i innego „merczu” w kosmicznie wy¿y³owanych cenach by³o pod dostatkiem. Ale je¶li kto¶, tak jak ni¿ej podpisany, liczy³ na sprzeda¿ p³yt – srodze siê zawiód³ (a tak liczy³em, ¿e w koñcu upolujê soundtrack Marka do ¶wietnego sk±din±d filmu Zwyciêski gol!). Jedynym dostêpnym albumem by³ ¶wie¿y, tegoroczny kr±¿ek Guy'a Fletchera, keyboardzisty w zespole Mistrza. Naby³em. Nie ¿a³ujê. Nadejsz³a wiekopomna chwila! Punktualnie o dwudziestej na scenie pojawi³a siê silna grupa pod dowództwem Knopflera i zaczê³a, ca³kiem zreszt± logicznie, od Border Reiver. No bo w sumie od czego zacz±æ koncert trasy Get Lucky Tour je¶li nie od utworu rozpoczynaj±cego p³ytê Get Lucky? Sza³ na widowni w pe³ni zas³u¿ony. Ta ¿ywa, nasycona celtyckimi brzmieniami kompozycja jest na tyle no¶na, ¿e porwie nawet tych, którzy zatrzymali siê na wysoko¶ci Brothers In Arms. Tym bardziej, ¿e ca³y zespó³ okaza³ siê byæ w znakomitej formie. Nastêpnie powrót do nieco dalszej przesz³o¶ci. Najpierw What It Is, ca³kiem spory przebój z czasów solowej dzia³alno¶ci, a potem Sailing To Philadelphia. Nie muszê dodawaæ, ¿e we wszystkich utworach zrobiono odpowiednio du¿o miejsca na popisy lidera. Muzyczna kondycja Marka nie budzi³a zastrze¿eñ, ale fakt, ¿e siedzia³ na wygodnym obrotowym krzese³ku – ju¿ tak. Na szczê¶cie Knopfler poczu³ siê w obowi±zku wyja¶niæ tê sprawê. Powita³ publiczno¶æ i rzek³, ¿e jego stan wynika z zaleceñ lekarza po urazie krêgos³upa. Ale mi siê to podoba! – doda³ z szelmowskim u¶miechem. Nastêpne w kolejce Coyote i Prairie Wedding. Wybór cokolwiek nieoczywisty, ale te piosenki, w du¿ej mierze oparte na typowo Knopflerowym „czarowaniu” na gitarze, zab³ys³y na koncercie nowym blaskiem. Potem Hill Farmer's Blues. Zacz±³em siê lekko dziwiæ. Kawa³ek koncertu min±³, a tu raptem jeden utwór z ostatniej, promowanej przecie¿, p³yty. A przecie¿ trzeba bêdzie jeszcze gdzie¶ zmie¶ciæ Straitsow± klasykê. S³owo sta³o siê cia³em – charakterystyczna zagrywka rozpoczê³a Romeo and Juliet. Wyborne wykonanie... i co¶ ponadto. Rozsunê³a siê umieszczona za plecami muzyków kurtyna ukazuj±c s³usznych rozmiarów telebim z ujêciem rze¼bi±cych na gryfie palców Marka. Fantastyczny patent! We love you, Mark! – krzykn±³ kto¶ z widowni. I love you too! – odrzek³ bohater wieczoru i oczywi¶cie zebra³ gromkie brawa. W Sultans Of Swing ju¿ tak ró¿owo nie by³o. To, ¿e Knopflerowi zdarza siê do¶æ swobodnie podchodziæ do melodii w³asnych klasyków – OK, ¿adna nowo¶æ. Ale na wokal ju¿ ucha przymkn±æ nie mog³em. W tych ¿ywszych kawa³kach Dire Straits Mark zawsze ¶piewa³ z charakterystycznym, luzackim zadziorem, który zdaje siê straci³ z wiekiem. To by³a ta sama leniwa maniera, która dominuje w jego solowych dokonaniach. Tu akurat nijak nie pasowa³a. No i to s³ynne solo, zagrane jakby trochê wolniej. Co tam! Ludziom i tak siê podoba³o! To by³ dobry moment na przedstawienie zespo³u, w sk³adzie: Guy Fletcher – klawisze, Richard Bennett – gitara, Matt Rollings – pianino, organy, akordeon Glenn Worf – bas, kontrabas, Danny Cummings – perkusja, John McCusker – skrzypce, Michael McGoldrick – flet, whistle. A potem znów wycieczka w pocz±tki kariery solowej – Done With Bonaparte z wyeksponowanym brzmieniem akordeonu. Najwiêkszy szok prze¿y³em przy Marbletown. Na albumie The Ragpicker's Dream by³a to tylko miniaturka na g³os i gitarê. W wersji AD 2010 utwór nabra³ tempa i aran¿acyjnego rozmachu, zmieniaj±c siê w niesamowit± hybrydê celtyckiego folku i country. Mc Cusker i McGoldrick uwijali siê jak w ukropie! No dobrze, skoro i tak kiedy¶ mnie pochowaj±, to mo¿e siê to odbyæ przy d¼wiêkach tego w³a¶nie Cmentarza. To jest moje oficjalne ¿yczenie! Zw³aszcza, ¿e koncert, jak ka¿dy na trasie, by³ zgrywany z konsolety dla mi³o¶ników bootlegów (bagatela, stówka wiêcej do ceny biletu). Na razie jednak nie wybieram siê na tamten ¶wiat, wiêc opiszê, co dzia³o siê dalej. Czyli bardzo dobr± wersjê Speedway to Nazareth i natchnion± – wreszcie! – Telegraph Road, która zakoñczy³a podstawowy set. Wiadomo by³o, rzecz jasna, ¿e zej¶cie ze sceny by³o tylko droczeniem siê z publik±. Kilka utworów MUSIA£O zabrzmieæ! Jak na przyk³ad pierwszy bis. Mark mo¿e siê koncentrowaæ na repertuarze z solowych p³yt, ale jego koncertu bez Brothers In Arms sobie nie wyobra¿am! Na widowni – cisza jak makiem zasia³ i grad braw na koniec! Potem co¶ jeszcze z jednej z najlepszych p³yt lat 80. – So Far Away. Instrumentalnie ekstraklasa, ale znów brakowa³o mi nerwu w wokalu Knopflera. Zaczynam rozumieæ czemu jego kolejne albumy s± coraz bardziej wyciszone. Szef mia³ trochê racji... Wrzawa po zakoñczeniu bisu by³a czym¶ niesamowitym. My¶la³em, ¿e ten poziom ha³asu jest zarezerwowany dla rozgrywek pi³karskich! Zespó³ wyszed³ jeszcze raz i w piêknym stylu po¿egna³ zgromadzonych rozpêdzonym Piper To The End. Ostatni± piosenk±, jak± s³ysza³em wychodz±c z Hali Stulecia, by³o jednak g³o¶ne Sto lat za¶piewane arty¶cie przez najwierniejszych fanów. Relacja wymaga puenty, a ja po prostu nie mogê tego koncertu jednoznacznie oceniæ. Pojecha³em zobaczyæ jednego z moich idoli i zobaczy³em go w znakomitej formie wykonawczej, ale jakby wstydz±cego siê czê¶ci swojej spu¶cizny. Jak inaczej wyja¶niæ symboliczn± reprezentacjê Get Lucky (raptem dwa utwory). Albo kompletny brak piosenek z p³yt Shangri-La i Kill To Get Crimson (a tak bym chêtnie na ¿ywo us³ysza³ True Love Will Never Fade, szkoda!). Klasyki Straitsów te¿ mog³oby byæ wiêcej, ¿e wspomnê choæby Tunnel Of Love czy Wild West End, albo co¶ z p³yty Communique (najlepiej wszystko, mam do niej stosunek bezkrytyczny!). A piêkne Why Aye Man? Mogê tak mno¿yæ przyk³ady, ale fakt jest faktem – ci, którzy chcieli zobaczyæ Dire Straits bis, mogli siê zawie¶æ, bo Mark skupi³ siê na materiale z drugiej i trzeciej solowej p³yty, swoje sztandarowe piosenki wstawiaj±c jakby z musu. Mnie to w sumie nie przeszkadza, bo s³uchanie Knopflera zacz±³em od The Ragpicker's Dream, stopniowo poznaj±c jego chwalebn± przesz³o¶æ. Ale za innych siê nie wypowiadam. Poszed³bym na ten koncert jeszcze raz, ba!, kilka razy, bo Mark i jego kompani potrafi± wytworzyæ prawdziw± muzyczn± magiê, ale po co zamykaæ siê we w³asnym muzeum, w dodatku pozbawionym czê¶ci najwarto¶ciowszych eksponatów? Pawe³ Tryba |
| « poprzedni artyku³ | nastêpny artyku³ » |
|---|






































