|
Lista utworów:1. Daughter or son (3:38)2. Starlight dancer (4:59) 3. Want you to be mine (3:38) 4. Letdown (2:49) 5. Irene (4:24) 6. Golddust (2:39) 7. May (4:42) 8. Turn the tide (3:36) 9. Dead bird flies forever (4:18) 10. Sweet revenge (3:33) 11. Where do we go from here? (4:40) Czas całkowity: 42:56 Muzycy biorący udział w nagraniu:- Ton Scherpenzeel ( pianos, synthesizer, organ, harpsichord, vocals )- Charles Louis Schouten ( drums, percussion, marimba, vocals ) - Johan Slager ( guitars, vocals ) - Max Werner ( Mellotrons, percussion, vocals ) - Theo de Jong ( bass guitar ) oraz: - Fred Leeflang - soprano saxophone (5) - Rick van der Linden - Yamaha GX1 synthesizer (6) |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|
'Starlight Dancer' to piąty w dorobku album holenderskiej grupy o wdzięcznej nazwie Kayak, najbardziej znanej z tego, że jednym z jej współzałożycieli jest niejaki Ton Scherpenzeel, szerszej publiczności znany z występów w grupie Camel. Płyta wprowadziła trochę zamieszania w życie progrockowców, a to głównie z tego powodu, że ukazała się w Europie i USA z odmiennym zestawem utworów: amerykańska wersja była w istocie kompilacją dwóch płyt, czyli 'The Last Encore' i 'Starlight Dancer' właśnie. A żeby było jeszcze śmieszniej, to ta nieszczęsna amerykańska wersja miała okładkę wziętą, a jakżeby inaczej, z płyty 'The Last Encore'. Ale to pewnie dlatego, że wydawcą płyty w USA była wytwórnia, nomen omen, Janus Records ;-)
Ale ad rem. Jaki jest ten 'Tańczący z księżycem' ;-)? No cóż, nie da się ukryć, że Kayak hołdował raczej lżejszej odmianie rocka progresywnego. Nagrania nie przekraczają 5 minut, a o jakichś rozbudowanych suitach możemy zapomnieć. Na płycie dominują przede wszystkim brzmienia klawiszowe, gitary jest bardzo mało (ale o tym jeszcze słówko później).
Otwieraczem jest piosenka z dość zabawnym tekstem dla przyszłych rodziców: co wolisz? córkę czy syna? Bardzo przyjemne, zwłaszcza pod koniec, gdy kumulują się chórki. Tytułowy 'Tancerz' zaczyna się dość spokojnie, ale później zespół pokazuje, że z rozmachem symfonicznym też może zagrać. Z tym, że to raczej taki półrozmach. Niby jest orkiestrowo, ale w gruncie rzeczy dość spokojnie. Pan Werner ma jednak okazję wykazać się wokalnie i wychodzi z tej próby obronną ręką (ciekawostką jest jednak, że to była na jakiś czas ostatnia płyta z Maxem Wernerem jako wokalistą; ponoć pan się znudził śpiewaniem i zdecydował, że zasiądzie za bębnami). Na koniec nagrania dostajemy też ładną partię gitary. Potem robi się nieco słabiej. 'Want You To Be Mine' ze stylizacją na dęciaki nie zachwyca, a i tekst dość błahy. Podobnie nieprzekonujące jest 'Letdown': niemalże wodewilowe wstawki jakoś mi nie podchodzą. Warto jednak zwrócić uwagę na przepiękne instrumentalne 'Irene' ze wspaniałą partią instrumentów klawiszowych pana Scherpenzeela i schowaną (niestety) gitarą w tle. Następne 'Golddust' też jest całkiem niezłe, fajnie zaśpiewane (falsety w chórkach), z pulsującą partia fortepianu, sympatyczną klawesynową stylizacją i niezłą solówką gitarową. 'May' też nie przeszkadza, całkiem to ładna ballada typu pościelowego, ale te słowa... Oklepane jak polepa w wiejskiej chacie. Nie przekonuje mnie również kolejne 'Turn the Tide': to takie standardowe granie spod znaku adult oriented music. Można posłuchać, wlatuje jednym uchem, a drugim wylatuje. Ale dość zrzędzenia, bo oto na płycie robi się pięknie. 'Dead Bird Flies Forever' zaczyna się wspaniałą i gęstą grą na fortepianie, a potem urzeka efektami syntezatorowymi. A na tle tego wszystkiego pan Weber snuje opowieść, która jako żywo przypomina mi fragment pewnego skeczu ( - brał pan udział w seansach spirytuali... spirytysty... cznych? - o, wiele razy!). Podobać się może również dynamiczne 'Sweet Revenge': nareszcie trochę żywszej perkusji i nieco agresywniejszy śpiew wokalisty: 'he'll be back in the night taking sweet revenge!'. No i wreszcie następuje ostatnie na płycie, i najlepsze, 'Where Do We Go From Here'. Prawdziwa kayakowa perła, ze stylizowanym na akordeonowy wstępem, przepięknie zagrana na fortepianie i melotronie, okraszona melancholijnym tekstem.
Kayak to nie jest zespół z pierwszej progresywnej ligi. Słuchając 'Starlight Dancer' w zasadzie nie ma się co temu dziwić. Płyta jest przyjemna, ale jakichś specjalnych uniesień, z małymi wyjątkami, u odbiorców nie powoduje. Nie jest też jakoś szczególnie oryginalna, podczas słuchania nieodparcie nasuwają się porównania z The Alan Parsons Project lub choćby z Danem Fogelbergiem. Miałem pewne rozterki, jak ją ocenić, ale za 'Irene' i 'Where Do We Go From Here':
4/5
I uwaga na koniec. Nabyłem tegoroczne wydanie tej płyty, na której widnieje 'original 1977 album'. Wynikałoby z tego, że jest to oryginalny miks z 1977 roku. Ale ja pamiętam inny miks 'Where Do We Go From Here', ponoć też pochodzący z płyty 'Starlight Dancer'. Gdy jakieś 10 lat temu nagrywałem tę piosenkę z radia, urzekła mnie przede wszystkim świetna solówka gitarowa, której na wydaniu z 2010 roku w ogóle nie słychać (nawet na słuchawkach gitara plumka już nawet nie na drugim, ale wręcz trzecim planie). Ot, zagadka...

















































