Rewelacja. Po prostu. Czekałem około dwóch lat na usłyszenie tego albumu od momentu w którym po raz pierwszy przeczytałem o nim na progarchives. Ale czekanie opłacało się i to jak! Trudno mi sklasyfikować tą płytę. Bo to taki kolaż. Dużo tu folku, sporo symfonii i zero rocka:) Nie no może przesadzam:) Oczywiście sporo daje tu mellotron i od razu rzucają się w uszy porównania do wczesnych King Crimson, Genesis oraz Spring. Gdy słucham tych nagrań czuje się jakbym przebywał w środku baśni. Mnóstwo pięknych i delikatnych dźwięków, także częste zmiany klimatu. Zresztą nawet okładka jest taka pastelowo-baśniowa. Zajmijmy się na chwile poszczególnymi kompozycjami. Vert rozpoczynają dźwięki fletu. Potem dochodzi gitara, bas, klawisze, wokal i... o kurcze, nie ma perkusji!! Nie będzie jej z resztą w ogóle na tym albumie. I ten zabieg powoduje, że muzyka Harmonium posiada bardzo delikatną konstrukcję. Więc już wiemy... akustycznie, bez perkusji i baśniowo:) Drugi kawałek jest taki kabaretowy. No i brzmi jakby zespół był faktycznie z Francji a nie z Kanady:) W sumie to taki ładny muzyczny żarcik. I w tej układance całkowicie na miejscu. Widocznie zmieniliśmy bajkę:) Ale, że to krótka opowiastka więc szybko zmieniamy klimat. Na jesienny, bardziej nostalgiczny. Pierwszy z dwóch długich utworów. Gdy w drugiej minucie klawisze zostają na chwilę same wydaje się jakbyśmy słuchali co najmniej Chopina. Ale już po chwili robi się bardziej 'Springowo'. Cały czas jednak mamy do czynienia z bardzo oryginalnym zjawiskiem. I tak się zagłębiamy tą opowieść coraz bardziej i bardziej... póki nas czasami nie wyrwie z niej wokalista:) Ale to też taka jego rola co by nie pozwolić słuchaczowi odpłynąć zbyt daleko:) A, że głos ma ładny i śpiewać potrafi to nie ulega wątpliwości. Jeszcze nam panowie serwują trochę niepokoju w ostatnich 25 sekundach, ale po chwili wybija nas z niego utwór numer 4. Schemat oczywiście dalej ten sam. Tylko teraz jest tak bardziej Gensisowo i folkująco. W Polsce taka muzyka na pewno by nie zdobyła miana progresywnej, podobnie jak Skaldowie i Grechuta. No nic... Ostatni 17 minutowy utwór to majstersztyk. Podsumowanie całej płyty i wszystkich świetnych pomysłów na niej zawartych. Więc tu dźwięków klawiszy i tła niż w poprzednich kompozycjach. Bardzo dużo pieknej muzyki i świetnych motywów. Tak na zmianę flet-gitara-klawisze-gitara -flet... Można słuchać bez końca. Wokaliście przypada tu tylko drobna rola. Piękne zwieńczenie pięknego albumu. Dla kogoś kto czasami ma dość zgiełku rocka i dla kogoś kto lubi czytać baśnie. Ja się zagłębiam w tą płytę i wszystkim radzę tak samo. 5/5
Napisał Rafał Ziemba, dzień 12/04/2007 o godz. 20:02