Rok 1992 w Polsce z jednej strony był kopalnią płyt pop rockowych (Róże Europy, Formacja Nieżywych Schabuff, Skywalker, Wilki), a z drugiej strony zapoczątkował krótkotrwałą erę nowej fali w szeroko rozumowanym heavy-metalu (Acid Drinkers, KAT). Ogromną popularnością cieszyła się płyta T. Love - „King”. Nadal czynnie działali: Kobranocka, Brygada Kryzys, Apteka, Armia, VooVoo. Na świecie trwała era Grunge (Nirvana rzecz jasna) i garażowego, gitarowego grania (Soul Asylum, Therapy?, R.E.M., Ministry…). Uwagę całego świata jednak przykuł zespół Queen, pogrążony w żałobie po śmierci Freddie Mercury’ego. 20 kwietnia na stadionie Wembley w Londynie odbył się koncert poświęcony pamięci legendarnego frontmana. Oprócz pozostałych członków Queen, wystąpili na nim: Def Leppard, Lisa Stansfield, Elton John, David Bowie, Robert Plant, Tony Iommi, Annie Lennox, Guns N' Roses, Extreme, Roger Daltrey, George Michael, Ian Hunter, Mick Ronson, Zucchero, Metallica, Liza Minnelli, Elizabeth Taylor, Spinal Tap.
Marillion kontynuowali trasę koncertową, promującą swoje ostatnie wydawnictwo, „Holidays In Eden”. Promocja zataczała krąg przez USA i Kanadę. W maju zespół powrócił do Europy, by latem wziąć udział w szeregu festiwali „Open-Air”. W międzyczasie EMI wydała, podsumowującą 10 letnią historię singli zespołu, składankę: „A Singles Collection – 1982-1992”. Znalazły się na niej na przemian, raz utwory z Hogarthem, raz z Fishem. Kompilacji towarzyszyły dwa premierowe utwory: dynamiczny „I Will Walk On Water”, oraz stary standard zespołu Rare Bird – „Sympathy”. Zespół w tym czasie wyraźnie zwolnił obroty, choć wybrał się do gorącej Wenezueli. Zapis koncertu w Caracas, został wydany na albumie koncertowym, zatytułowanym „Live In Caracas”. Potem muzycy odwiedzili jeszcze Brazylię i USA, by wrócić do Anglii, i trochę odpocząć, oraz powoli myśleć nad dalszym planem historii zespołu. Fani byli nieco zaniepokojeni, widząc nieco zdezorientowany zespół. Przyzwyczajeni do bardzo częstych występów zespołu, i ciągłej jego pracy, trochę kręcili nosami.
Rozochoceni sukcesem „The World”, muzycy Pendragon ruszyli wiosną w trasę koncertową, promującą nowy album. Wiodła ona najpierw po Zjednoczonym Królestwie, a następnie po kilku krajach europejskich. Jeden z koncertów, we francuskim Lille został zarejestrowany specjalnie dla potrzeb oficjalnego wydawnictwa koncertowego. W kilka miesięcy później wydany został specjalny bootleg, zatytułowany: „The Very, Very Bootleg – Live In Lille, France ‘92”. Było to specjalne darmowe wydawnictwo, dla członków oficjalnego fan-clubu zespołu. Sukces finansowy pozwolił w tym czasie rozbudować także studio Nickowi Barrettowi, co miało niebawem zaowocować kolejnymi wydawnictwami, nie tylko Pendragon. Clive Nolan działał nie tylko z Pendragon. Powoli zaczynał dostrzegać w sobie ducha muzycznego pracoholika. Jego projekt muzyczny Cast właśnie przerodził się w Shadowland. Ojcami nowego zespołu byli Nolan i jego dobry znajomy Karl Groom. Muzycy zaprosili jeszcze do wspólnego działania basistę Iana Salomona i perkusistę Nicka Harradence. Ich wspólne starania właśnie zaowocowały debiutanckim wydawnictwem nowego zespołu, zatytułowanym „Ring Of Roses”. W muzyce słychać było bagaż doświadczeń obydwu twórców projektu. Clive tknął do twórczości Shadowland nieco typowego czaru noworomantycznego i neoprogresywnego, a Karl nutkę drapieżności i pikanterii. Całość brzmiała bardzo ciekawie i dość szybko zebrała dobre recenzje, choć zdarzali się i tacy, którzy zarzucali jej zbyt popowy i prosty charakter.
Tymczasem na scenę powracali także legendarni muzycy. Roger Waters podobnie jak Nolan, także w tym czasie należał do grona pracoholików. Jeszcze nie tak dawno temu pomagał burzyć mur w Berlinie, a jego sceniczne przedsięwzięcie zrobiło ogromne wrażenie na widzach i słuchaczach. Nic więc dziwnego, że oczekiwania zapowiedzianej, nowej płyty artysty były dość gorące. Rozbawiony na zabój otaczającą „masówką” i przerażony zgubnymi wpływami popkultury, sączącej się z telewizji były lider Pink Floyd nagrał album „Amused To Death”. Chciał ostrzec słuchaczy, i chyba mu się to udało, bo album cieszył się ogromną aprobatą. Roger zmienił podejście wokalne, wykorzystując mono-deklamację tekstów, która chwilami bardzo podkreślała kazania w jego tekstach. Jak się można było spodziewać Waters wprost zawładnął nad nagrywanym materiałem. Wszystko szło wyłącznie pod jego dyktando, a praca nad albumem trwała… 10 lat! Pomysł na powstanie materiału miał miejsce zaraz po wydaniu „The Final Cut” – ostatniego albumu Pink Floyd, w jakim Waters wziął udział. Podczas nagrywania płyty, udział w sesji wzięła ogromna liczba muzyków, chórzystów, wokalistów nie wspominając o technikach i innych pracownikach studyjnych. Mimo to album okazał się być dużym sukcesem komercyjnym artysty.
Inna sceniczna legenda, Peter Gabriel powracał z albumem „Us”. Szczególne wrażenie robiła jakość wydawnictwa, wznowionego po pewnym czasie w dwóch wersjach: remasteryzowanej w formacie audio oraz hybrydowej w podwyższonej jakości SACD. Gabriel od kilku lat bardzo starannie podchodził do swych nagrań, jak gdyby robiąc dobrą robotę dla późniejszych wydawnictw HD. Wrażenie robiła także lista muzyków, którzy wspomogli Petera na tym albumie. Wśród długiej listy nazwisk byli min: Tony Levin (bas), Richard Blair i Brian Eno (klawisze), Sinéad O'Connor (wokal). Materiał brzmiał bardzo nowocześnie. Oprócz standartowych „instrumentów rocka”, wykorzystano mnóstwo dźwięków pochodzenia elektronicznego (szumy, loopy, sound fx), a także całą gamę instrumentów etnicznych, takich jak rozmaite bębenki, tamburyny, kobzy. Jeśli dodać do tego sekcje smyczkowe, flety, saksofony, wiolonczele i harmonijki to chyba wystarczy, by potwierdzić wyjątkowość tegoż wydawnictwa. Tradycyjnie płycie towarzyszyły dopieszczone w każdym calu single, opatrzone mistrzowskimi teledyskami (choćby „Steam”, „Digging in the Dirt” czy „Come Talk To Me”). Równocześnie wydana została jeszcze jedna pozycja. Była nią kompilacja „Plus From Us”, zawierająca utwory wielu artystów, które wpłynęły na Gabriela podczas pracy nad „Us”. Peter i jego liczny zespół powoli szykowali się do ogromnej trasy koncertowej, która nazywać się miała „Secret World Tour”. Zespół IQ stawał na nogi. Owszem, muzycy zespołu nadal pracowali zawodowo po za muzyką, ale po godzinach, w nowym studio Martina Orforda pracowali nad nowym materiałem. Nie śpieszyli się. Chcieli, aby ewentualne, nowe wydawnictwo znów przywróciło markę zespołowi. W tym samym czasie Peter Nicholls, jako człowiek obdarzony artystyczną duszą opracował min okładkę do „Ring Of Roses” zespołowi Shadowland. Udzielił się także przy realizacji solowego projektu, chorego na raka Geoffa Manna (album „Second Chants”). Mike Holmes w tym czasie oddawał się swemu hobby, zabawiając się w DJ’a, a także zagłębiał tajniki informatyczne, pracując w firmie komputerowej. Z tych umiejętności zespół także miał mieć w przyszłości sporą pociechę. Wykształcony perkusista, Paul Cook w tym okresie nauczał w szkole muzycznej młody, perkusyjny narybek tajników gry na tym instrumencie. Martin i John Jowitt działali w jeszcze jednym projekcie z Southampton. Jadis, rozochoceni udanym debiutem „More Than Meets The Eye” koncertowali w najlepsze. Tak więc „rodzina” IQ miała się coraz lepiej.
Geoff Mann, pomimo ciężkiej choroby wciąż działał artystycznie. Najpierw w lutym, wraz z Marcem Catleyem wydali reedycję płyty „Fine Difference”. Prawdziwa uczta muzyczna jednak wciąż była przed Geoffem. Najpierw w Charter Studio, w angielskim Manchester zarejestrowana została kolejna płyta solowa „Second Chants”. Jej premiera miała miejsce w maju. Ale wtedy twórczy Geoff, wraz z Clive Nolanem i Carlem Groomem (współzałożycielami Shadowland) dłubali w najlepsze przy projekcie Casino. W projekcie udział brali jeszcze udział min: perkusista Twelfth Night – Brian Devoil, zdolny gitarzysta – Sylvain Gouvernaire, oraz współzałożyciel i klawiszowiec Pallas - Mike Stobbie. Skład iście mistrzowski! Premiera płyty „Casino” miała miejsce 12 lipca 1992 roku, i po latach stała się jedną z najbardziej kultowych pozycji wśród fanów neo-progresywnego podgatunku. Nie tylko sama muzyka robiła wrażenie. Temat płyty, oczywiście autorstwa Geoffa Manna, porównywał ludzkie życie do hazardowej gry w kasynie. Był rozprawą nad otaczającą nas rzeczywistością, w której nieustanna gra o zdobycze i tantiemy staje się zgubą dla słabej jednostki. Niestety… po tym wielkim wydawnictwie, stan zdrowia Geoffa pogorszył się znacznie. Diagnozy lekarskie były tragiczne. Wielki Artysta i Człowiek wypalał się…
Pokrzepieni lukratywnym kontraktem z wytwórnią EastWest Records, muzycy Dream Theater pracowali nad nowym materiałem. Miał go promować singiel „Another Day”. Niestety efekt promocji był mizerny, singiel zginął wśród mnóstwa innych. Kiedy jednak, równocześnie z nową płytą, zatytułowaną „Images and Words” ukazał się singiel „Pull Me Under”, sytuacja doznała zwrotu o 180 stopni. Po pierwsze udany teledysk do utworu dość często prezentowała MTV, a sam utwór był energiczny, chwytliwy i szybko stał się wizytówką kapeli. Po drugie, album był ciekawy, brzmiał o niebo lepiej od debiutanckiego. Po trzecie nowy wydawca również zadbał o odpowiednią promocję. James La Brie wprowadził się do grupy bardzo szybko, śpiewał na dużym luzie, a jego charakterystyczna barwa głosu stała się wizytówką Dream Theater. Od strony technicznej również muzycy zrobili ogromny postęp. Na albumie słychać to w zasadzie od początku do końca jego trwania. Wszystko spowodowało, że album sprzedał się znakomicie, szybko przekraczając: 500.000 sztuk w Stanach („Złota Płyta”), oraz 250.000 sztuk w Japonii („Platynowa Płyta”). Zespół ruszył w zakończoną sporym sukcesem trasę koncertową po Stanach Zjednoczonych i Japonii. Stąd zapewne również tak dobre wyniki sprzedaży płyty „Images and Words” w tych dwóch krajach. Tak czy inaczej Dream Theater zaczynali być rozpoznawalni, a to był już ogromny sukces.
W obozie wolno rozwijającego się Opeth tymczasem znów nastąpiła mała roszada personalna. Współzałożyciel zespołu, David Isberg znudzony trochę kręceniem się wokół i małym rozgłosem postanowił odejść do kapeli Liars in Wait. Pozostała trójka muzyków skupiła się tymczasem na nowym materiale, nie myśląc póki, co o zastąpieniu Davida. Tym samym liderem zespołu, już tak na poważnie został Mikael Åkerfeldt. Do stawiających coraz pewniejsze kroki muzyków Änglagård dołączyła flecistka Anna Holmgren. Udane demo, wydane w międzyczasie otworzyło drzwi w Studio Largen, w którego pieleszach powstał niebawem debiutancki album zespołu, zatytułowany „Hybris”. Wypełniły go cztery rozbudowane utwory, przesycone klimatami sprzed dwóch dekad (Yes, King Crimson, Genesis, Van Der Graaf Generator, U.K.). Fanów progrocka uderzała staranność uchwycenia brzmienia, charakterystycznego dla tamtych czasów. Oczywiście płyta nie zdobyła dużego rozgłosu, ginąc wśród popowych i grunge’owych wydawnictw, które tego roku zalały świat. Jednak wśród słuchaczy progresywnego gatunku, szybko o zespole Änglagård stawało się głośno. Sami muzycy zresztą podkreślali, że dla nich najważniejsze jest spełnienie się, a nie rozgłos i sława. Zespół Änglagård w roku 1992 tworzyli: Thomas Johanson (syntezatory, melotrony, hammondy, moogi i inne instrumenty klawiszowe), Jonas Engdegard (gitary), Tord Lindman (wokal, gitary: elektryczna i akustyczna), Johan Högberg (gitara basowa, efekty melotronowe), Anna Holmgren (flet), Mattias Olsson (perkusja i przeogromna liczba instrumentów perkusyjnych).
Po nitce do kłębka. To przysłowie jak ulał pasuje do Stevena Wilsona, który oprócz tego, że nagrał niedawno debiutancki album swego Porcupine Tree, to jeszcze z drugim swoim projektem – No-Man udało mu się podpisać kontrakt fonograficzny z wytwórnią One Little Indian! Zastrzyk gotówki spowodował, ze Steven mógł odetchnąć pełną piersią i zabrać się do pracy. Pierwszym dziełem był… 30-minutowy singiel, zatytułowany „Voyage 34”. Jeśli wspomnieć, że muzyka w tym długaśnym utworze oparta była na rytmach dance’owo – trance’owych to pomyślicie sobie, że facet nie bardzo wiedział, co chce w muzyce robić. Otóż nie! Materiał był przemyślany, można na wesoło powiedzieć w niezwykle perfidny (patrz cwany) sposób. Pod transowym rytmem kryły się liczne smaczki, w postaci sampli i zapętleń zapożyczonych z twórczości choćby Pink Floyd. „Voyage 34” z jednej strony brzmiał niezwykle nowocześnie, a z drugiej nie dawało się odeprzeć czaru lat 70. Długi singiel trafił nawet do… list przebojów! Co prawda tych niezależnych, choć z drugiej strony te właśnie zwykle są najbardziej obiektywne. Tematem przewodnim utworu była podróż do wnętrza duszy głównego bohatera, Briana po uprzednim zażyciu LSD. Po tym sukcesie Steven myślał już o kolejnym albumie Porcupine Tree. Sam singiel z kolei doczekał się sporej ilości rozmaitych remiksów, a po latach został wzbogacony o kolejne dwa segmenty, znacznie wydłużające jeszcze czas trwania „podróży”. Pokrzepieni udanym 1991 rokiem muzycy Final Conflict, nagrali kolejny album, zatytułowany „Quest”. Ideą przewodnią tego koncepcyjnego wydawnictwa była tutaj prawdziwa (lub nie) historia z czasów II wojny światowej, wg której tajemnice wojskowe były rzekomo przekazywane w zamieszczanych w gazetach krzyżówkach. Kiedy rząd podjął śledztwo w tej sprawie odkryto, że takie przypadki były niesamowitym zbiegiem okoliczności. Quest zgłębia tę historię rysując parabole pomiędzy 'krzyżówką' a życiem - próbujesz rozwiązać krzyżówkę ale czasami nie znajdujesz odpowiedniego słowa albo odpowiedź nie ma dla ciebie sensu. W nagraniu tej płyty uczestniczył nowo pozyskany klawiszowiec Steve Lipiec, który zastąpił Marka Price'a i Tony'ego Moore'a oraz perkusista Chrise Moyden.
W Londynie Landmarq również ostro nagrywali swój materiał. Miał on posłużyć zespołowi, w wydaniu pierwszego albumu zatytułowanego „Solitary Witness”. W muzyce zespołu można się było doszukać bardzo melodyjnych form rockowych, owianych nutką rockowej symfonii oraz hard-rocka, bardzo bogato zaaranżowanych i brzmiących nowocześnie. Wszak muzycy zespołu nie byli scenicznymi żółtodziobami. Obdarzony niezwykle ciekawą barwą głosu, Damian Wilson stawał się wizytówką zespołu. Charakterystyczny głos wokalisty został doceniony i nominowany w kategorii „wokal roku”, w dorocznym konkursie ogłoszonym przez „Classic Rock Society”, a był to spory sukces. Muzycy byli już myślami przy następnej płycie.
W mało znanej miejscowości Lehigh Valley w stanie Pensylwania od połowy lat 80 działał zespół Sorcerer. Grupa kierowana przez wokalistę Mike Bakera a także Carla Cadden-Jamesa, Rona Evansa oraz Johna Coonie zdecydowanie ukierunkowała się w heavy-metalu. Od początku jednak, oprócz mocnych form gitarowych, muzycy poruszali się także w klimatach zbliżonych do Rush. Po pewnym czasie w zespole pojawili się dwaj gitarzyści: Chris Ingles i Brendt Allman. Bogactwo gitarowe w składzie zespołu skłoniło tego pierwszego do prób z instrumentami klawiszowymi. Jak się później okazało, był to strzał w dziesiątkę. Brzmienie zespołu zostało wzbogacone i podkreślone, a zespół parał się z coraz bardziej złożonymi formami. Na przełomie dekad muzycy nagrali 8-utworowe demo, które zwróciło uwagę wytwórni Magna Carta. W tym samym czasie zespół postanowił zmienić nazwę na Shadow Gallery. I właśnie w 1992 roku grupa wydała swoją debiutancką płytę, zatytułowaną po prostu „Shadow Gallery”. Słychać było na niej wyraźne fascynacje Pink Floyd i Rush. Obok nich zespół stosował dość ostre, niemal metalowe zagrywki instrumentalne. W 1992 roku zespół tworzyli: Mike Baker (wokal), Brendt Allman (gitary), Chris Ingles (instrumenty klawiszowe), Carl Cadden-James (gitara basowa, flet) a także gościnnie perkusiści: Ben Timely oraz John Cooney a także wokalistka Lianne Himmelwright. Debiut może nie wypadł szczególnie okazale, ale został dostrzeżony i na pewno rozochocił muzyków z Pensylwanii.
Po udanym debiucie, nie próżnował również Tilo Wolf. Jego projekt, Lacrimosa zyskał sobie sporo fanów, wśród słuchaczy mrocznych klimatów. Kolejnym obrazem (po debiutanckim strachu) miała być samotność. Płyta "Einsamkeit" tym razem uderzała gitarowym rozmachem. Gitara rządziła z pełnym rozmachem, w każdym utworze na płycie. Zaskakiwały również liczne zmiany tempa, nastrojów oraz bogactwo brzmienia. Tilo zrobił spory krok w jakości muzyki Lacrimosy. Muzycy Fancyfluid byli jednym, z typowych dla tego okresu zespołów neoprogresywnych. Drzemał w nich duch przeszłości, który chciał w dość nowoczesny sposób objawić się słuchaczom. Drugi album, koncepcyjny "King's Journey", pokazał prawdziwe oblicze włoskich muzyków. Typowo neoprogresywny materiał został tutaj okraszony elementami charakterystycznymi dla włoskiego rocka progresywnego lat 70-ych. Słychać wpływy ikony włoskiego rocka PFM, jak i nie mniej znanego zespołu Banco Del Mutuo Soccorso. Zresztą gitarzysta tego ostatniego zespołu, Rodolfo Maltese, wspomógł gościnnie młodszych kolegów. W materiale mogliśmy odczuć bogatość brzmienia. Pojawiały się harfy, trąbki, flety, saksofony, kobzy, skrzypce. Główny trzon zespołu stanowili: Paolo Annone ( bas, gitary ), Sandro Bruni ( instrumenty klawiszowe ), Fabrizio Goria ( śpiew, gitary ), Gianfaio Cappello ( perkusja ), Pietro Ratto ( gitary ), wspomagani przez kilku muzyków występujących gościnnie, w tym wspomnianego Rodolfo Maltese.
Tommy Eriksson nie pozwolił zwolnić tempa swemu, założonemu rok temu zespołowi zespołowi, Ageness. Skandynawia zawsze należała to krain, w których rock progresywny był nurtem dość popularnym. Muzycy z Helsinek dość szybko dostali się do studia, by zarejestrować debiutancki album. Słuchając płyty „Showing Paces” nie da się odeprzeć wrażenia ogromnej fascynacji zespołem Genesis. Gdy posłucha się dziesiątego utworu na płycie, zatytułowanego „Revelation” i końcówki, będącej refrenem „I Know What I Like”, skojarzenia staja się jednoznaczne. Kompozycje były udane, choć w kilku przypadkach nie do końca rozwinięte. Słuchając płyty, odnosi się wrażenie, że niektóre utwory urywają się w chwili, gdy słuchacz czeka na rozwinięcie ciekawego numeru. Mimo to, debiut należy zaliczyć do udanych, a ambitnych muzyków z Finlandii należy pochwalić za świetny warsztat instrumentalny.
Gdyby postawić obok siebie Johna Wettona i wokalistę zespołu Galleon ze Szwecji, Görana Forsa, zgasić światło i kazać im śpiewać, to można by nie zgadnąć, który z nich jest legendą, a kto wokalistą młodszego, ale bardzo ciekawego zespołu. Göran, bowiem dysponuje głosem bardzo podobnym do swego mistrza. Zespół Galleon właśnie debiutował z materiałem, zatytułowanym „Lynx”. Muzycy nigdy nie ukrywali, że źródłem ich inspiracji jest zespół Rush. Grali melodyjnego rocka neoprogresywnego, z chwilami dość ostrawym zacięciem. Całość spinał symfoniczny klimat, a wszystko to spowodowało, że muzycy szwedzkiego zespołu, debiut mogą zaliczyć do udanych. Oprócz Görana Forsa, który użyczał swego ciekawego głosu i grał na basie (kolejny związek z Rush ), w zespole grali jeszcze perkusista Dan Fors i gitarzysta oraz klawiszowiec w jednej osobie - Micke Värn. Czyli klasyczne trio… także jak Rush…
Troszkę pominęliśmy zespół Asgrad, który w latach 80 działał w najlepsze. Czas, więc wreszcie napisać o Włochach, którzy w 1992 roku mieli za sobą już prawie 10 lat istnienia. Zespół Asgard powstawał w pierwszej połowie lat 80, na północy Włoch w mieście Treviso. Pierwsza nazwa formacji brzmiała Fire Dusk i tworzyli ją: gitarzysta Massimo „Max” Michieletto, perkusista Marco Micheletto, basista Glauco Giaccello oraz klawiszowiec Alberto Ambrosi. Muzycy obrali sobie, za kierunek muzykę Genesis i Pink Floyd, wzmacniając ją elementami znanymi z twórczości Black Sabbath. Dość szybko zaistnieli w lokalnych stacjach radiowych, a nawet i telewizyjnych. Gdy w roku 1987 artyści dostali się pod oko słynnego Nicka Griffithsa (ex producenta Pink Floyd!), postanowili zmienić nazwę na Asgard. W tym czasie zarejestrowali kilka utworów, które pojawiły się na składance „Italia Rock Invasion”. Był to pierwszy poważny sukces zespołu, któremu wróżono świetlaną przyszłość. W rok później, kilka kolejnych próbek zespołu zostało umieszczonych na składance „Exposure’88”, która była dystrybuowana tym razem po całej Europie. W 1991 roku zespół został dostrzeżony przez producenta Petera Wustamnna, współpracującego z wytwórnią WMMS z Niemiec. Współpraca zaowocowała dość szybkim nagraniem i wydaniem pierwszego albumu Asgard – „Götterdämmerung”. W tym czasie zespół tworzyli: Francesco Grosso (wokal), Max Michieletto (gitara), Marco Michieletto (perkusja), Chris Bianchi d'Espinosa (bass i wokal) oraz Alberto Ambrosi (klawisze, flet, wokal). Muzyka nadal była zainspirowana głównie Genesis (ery Gabriela), ale brzmiała momentami dość ciężko. W rok później, osiadły na dobre w Niemczech, mający w swym archiwum sporo materiału, zespół nagrywa kolejny album – „Esoretic Poem”. Nie minęło kilka miesięcy, a jeszcze raz w 1992 roku zespół wszedł do studia. Tym razem perkusistę Marco Michieletto zastąpił Marco Ferrero. Nowy materiał został wydany pod tytułem „Arkana”, i był zdecydowanie najdojrzalszą płytą w dotychczasowym dorobku zespołu. Muzyka urzekała niezwykłym, baśniowym klimatem okraszonym gotyckimi, ostrzejszymi wstawkami i stała się wizytówką zespołu. Po sukcesie debiutanckiego albumu, australijski zespół Aragon podążał w obranym kierunku. Fascynacji wczesnym Marillion nie można było się oprzeć, słuchając „Kangurów”. Zespołowi zresztą przypięto łatkę kontynuacji tradycji, jaką zapoczątkowali w latach 80 muzycy z Aylesbury. W 1992 roku Australijczycy wydali udany mini-album „The Meeting”. Materiał brzmiał nowocześnie i o niebo dojrzalej niż debiut. Muzycy zespołu jeszcze nie wiedzieli, że te kilka utworów w przyszłości posłuży za finał (a właściwie dokończenie) pewnej opowieści, którą wydadzą za kilka lat. Póki co, zespół stawał się rozpoznawalny zarówno dzięki ciekawej grze instrumentalnej, jak i nietuzinkowej manierze głosowej wokalisty – Lessa Dougana. W Liverpoolu, Anathema miała już ugruntowaną pozycję. Brakowało tylko oficjalnego wydawnictwa. Latem zespół zadomowił się w Academy Studios i zarejestrował lwią część materiału, który miał posłużyć do pierwszego, oficjalnego mini-albumu. Nosił on tytuł „The Crestfallen” i zdecydowanie dodał skrzydeł młodym Anglikom. Anathema była gotowa na nagranie kompletnego, debiutanckiego albumu.
„Religia jest opium ludu”, to znany cytat Karola Marksa. Stał się on inspiracją dla tytułu pierwszego oficjalnego wydawnictwa Tool. Grupa zbratała się z wytwórnią Zoo Entariament, dzięki której nagrała mini-album „Opiate”. Materiał stanowiły ostro brzmiące utwory, poparte ciekawie rozbudowanymi formami instrumentalnymi. Dzięki teledyskom, oraz singlom do utworów „Opiate” i „Hush”, o zespole stawało się coraz głośniej. Tool ruszyli w trasę koncertową, grając u boku popularnych w tym okresie Rollins Band, Rage Against The Machine, Skitzo i Fishbone.
Fani Steve Hacketta musieli czekać całe 17 lat na album koncertowy swego mistrza. Płyta „Time Lapse” była zapisem dwóch koncertów, które dzieliło aż 10 lat. Pierwszy z nich, zagrany w Nowym Jorku przypomniał choćby fanom progrocka, że obecny perkusista Marillion, Ian Mosley wówczas właśnie należał do bandu wielkiego gitarzysty. Obok niego ze Stevem występował oczywiście jego brat, John Hackett oraz Chas Cronk i Nick Magnus. Część młodsza o 10 lat (studio TV w Nottingham) zagrana była w składzie: Ian Ellis, Julian Colbeck (dotąd choćby ABWH), John Hackett i perkusista Pendragon, Fudge Smith. Obok koncertowego wydawnictwa, wytwórnia Charisma wypuściła kompilację "The Unauthorised Biography", na którą składały się najwspanialsze utwory Steve’a, wydane pod banderą właśnie tegoż wydawnictwa. W bonusach mogliśmy usłyszeć kompozycje napisane do spółki z samym Brianem Mayem z Queen! Steve i jego zespół ruszyli w trasę koncertową za ocean, zabierając ze sobą także wydawnictwo video, które mieli tam promować.
Skoro jesteśmy już przy legendach, to należy odnotować także reaktywację klasycznego trio – Emerson Lake & Palmer. Muzycy spotykali się już od roku w studio, co zaowocowało nowym albumem, zatytułowanym „Black Moon”. Płyta została przyjęta ciepło, ale bez jakichś rewelacji. Zespół ruszył w trasę koncertową, podczas której w zamiarach miał zarejestrowanie występów do celów wydawnictwa koncertowego. Również w serca fanów King Crimson wstąpiła nadzieja kolejnego wskrzeszenia Karmazynowego Króla. Mówiło się, że Robert Fripp znów chce powrócić na scenę, z jego nowym wcieleniem. By po raz kolejny zaskoczyć słuchaczy, lider wpadł na pomysł, by tym razem wykorzystać dwie perkusje: elektroniczną i akustyczną. Fripp rozpoczął kompletowanie składu. Jednocześnie, na rynku ukazała się składanka dokonań koncertowych składu: Fripp, Brufford, Wetton, Cross, zatytułowana „The Great Deceiver”.
Coraz więcej było słychać o zespole Abraxas. Na szersze wody zespół wypłynął po dwóch znakomitych koncertach, które miały miejsce w Bydgoszczy w marcu i kwietniu 1992 roku. Zespół nie ukrywał swych genesisowskich inspiracji, stosując na scenie elementy "teatru rockowego", czyli liczne rekwizyty, maski, przedmioty, barwną grę świateł i pokazy wizualne. Koncerty te zaowocowały współpracą z bydgoską rozgłośnią radiową, dla której zespół wkrótce zarejestrował nawet materiał live. Dużym sukcesem zakończył się także występ zespołu na festiwalu w Węgorzewie.
Genesis, mając za sobą morderczą trasę koncertową, promująca najnowszy album „We Can’t Dance” postanowili udokumentować ją dwoma niezależnymi albumami: „The Way We Walk” w częściach „volume one” i „volume two”. Było to podyktowane faktem, że fani tego zasłużonego zespołu dzielili się na młodszych i starszych. Tym samym jedna z części, nazwana „The Shorts” zawierała bardziej przebojową część repertuaru zespołu. Część „The Longs” z kolei zawierała utwory starsze i dłuższe (choćby udany przegląd starych numerów „Medley”). Tradycyjnie trzech panów wspomogli: gitarzysta Daryl Stuermer oraz Chester Thompson grający na perkusji. Podczas trasy koncertowej okazało się, że Phil Collins zamierza zakończyć swoją historię w Genesis. Frontman postanowił bez reszty oddać się swojej karierze solowej. Mike i Tony również rozjechali się w swoje strony, ale nikt nie zakończył istnienia Genesis, co napawało optymizmem fanów zespołu. Nikt zresztą, póki co nie ogłaszał światu faktu odejścia Phila, co wyjść miało na jaw dopiero za kilka lat.
Pierwsze kroki zaczynał stawiać zespół Spock’s Beard. Choć w zasadzie określenie „pierwsze kroki” nie bardzo pasowało w tym czasie do założycieli, a także pozostałych instrumentalistów kolejno wcielanych do składu. Zespół został utworzony w Los Angeles, przez braci: Neala i Alana Morse. Pierwszy z nich już od jakiegoś czasu był znanym muzykiem, grywając w towarzystwie rozmaitych, uznanych wykonawców. Mówiło się o nim, że jest wirtuozem klawiatury, oraz niezwykle sprawnym gitarzystą i perkusistą. Multiinstrumentalne zdolności Neala, jednak na scenie na nic się zdawały, bo akurat tych trzech instrumentów na raz muzyk połączyć nie mógł. Jego brat, Alan posiadał zdolności gry na wiolonczeli, tereminie i mandolinie. Ponadto grywał na wielu innych instrumentach strunowych, w tym gitarze basowej i elektrycznej. Ponadto miał już bogate doświadczenia w pracy studyjnej, co miało w przyszłości zaprocentować. Do braci dołączył kolejny znany w światku muzyk - Nick D'Virgilio. Został dokooptowany jako perkusista, ale potrafił także znakomicie śpiewać i grać na gitarze basowej i waltorni. Nick znany był choćby ze współpracy z Tears For Fears i Genesis, i także miał ugruntowaną pozycję w światku muzycznym. Jako basistę bracia zaprosili do składu, znanego ze współpracy z samym Ericem Burdonem – Dave Merosa. Wkrótce skład uzupełnił doświadczony japoński klawiszowiec i producent - Ryo Okumoto. Muzyków od początku najbardziej kręciły rozbudowane formy instrumentalne, co w przyszłości miało się stać wizytówką zespołu.
W Polsce, rock progresywny miał się całkiem nieźle. Wolne stacje radiowe, wyskakujące jak grzyby po deszczu grały dość chętnie taką muzykę. Sporo było audycji autorskich, w których prezenterzy dobrze wiedzieli, czego w minionej epoce słuchali Polacy. Co kupowali w rozmaitych bazarach i komisach, co rodziny zza granicy podsyłały na święta, a przede wszystkim czym raczyli nas legendarni prezenterzy jedynej w poprzednich dekadach stacji radiowej (PR III), którym wielu z nas zawdzięczało muzyczną edukację w tych trudnych latach. Stąd też zapewne powstawały zespoły, które starały się kultywować te tradycje. Niewątpliwie należy wyróżnić w tym czasie dwa zespoły, które właśnie się rodziły. Pierwszym z nich był Albion, formacja utworzona przez czterech krakowskich fascynatów progresywnych: gitarzystę Jerzego Antczaka, klawiszowca Krzysztofa Malca, perkusistę Pawła Koniecznego oraz basistę Tomasza Kaczmarczyka. Zespół początkowo działał w krakowskim podziemiu jako zespół instrumentalny, do momentu, gdy na ich drodze nie pojawiła się Ania Batko – uzdolniona wokalnie, bardzo wrażliwa dziewczyna. Druga formacja to Annalist, kierowana od początku przez Roberta Srzednickiego i Artura Szolca. Pierwszy to gitarzysta i wokalista. Drugi był perkusistą. Zespół od początku miał trochę ciągoty do dość ciężkich form, ale zaraz pod nią kryły się fascynacje Marillion, IQ (gitara wyraźnie naśladowała chwilami Mike Holmesa), Pink Floyd i King Crimson. Wkrótce skład uzupełnili jeszcze: Krzysztof Wawrzak (bas) oraz Bartek Gołembnik (klawisze).
Na wschodnim wybrzeżu USA, w Baltimore od 1983 działał już zespół Sojourn. Był to cover-band grający własne wersje progresywnych mistrzów. W 1992 roku muzyków znużyło odgrywanie w kółko tych samych kawałków, które i tak wszyscy dobrze znali. Postanowili zmienić nazwę, i spróbować zrobić coś autorskiego. W ten sposób powstał zespół Iluvatar. Wkrótce jego skład tworzyli: Glenn McLaughlin (wokal i bass pedals), Dennis Mullin (gitary), Jim Rezek (klawisze), Mick Trimble (gitara basowa) oraz Gary Chambers (perkusja). Należy jednak pamiętać o innej ważnej postaci, która maiła ogromny wpływ na pierwsze, samodzielne dokonania zespołu. Był nią gitarzysta Paul Kraus, który w międzyczasie odszedł do zespołu Brave New World, pozostawiając swym kolegom lwią część, jak się niebawem okaże, debiutanckiego materiału. Zespół obrał sobie za kierunek, twórczość Genesis, Pink Floyd, Marillion czy Styx i szybko stał się w okolicach Baltimore rozpoznawalny.
W roku 1993 po raz kolejny o sobie dawała znać Republika. Grzegorz Ciechowski i spółka nagrali następny krążek, zatytułowany „Siódma Pieczęć”. Dodając jeszcze składankę „82-85” i koncert „Bez Prądu” można powiedzieć, że był to znakomity powrót Republiki. W kraju nadal grało się dość mocno (Acid Drinkers, Kat). Sporą popularność zdobywała grupa Iluzjon, kierowana przez Tomasza Lipnickiego. Kolejnych zagorzałych fanów zdobywali: Kazik, Hey i Elektryczne Gitary. Za granicą rok ten zapisał się przede wszystkim za sprawą reinkarnacji dwóch zespołów: U2 i Depeche Mode. Jedni i drudzy w znaczny sposób zmienili w tym czasie swój wizerunek sceniczny, zaskakując fanów i krytyków, oraz zdobywając spory rozgłos. Pierwsi nagrali płytę „Zooropa”, drudzy bardzo odmienny w stosunku do poprzednich, album „Songs From Faith and Devotion”. Odnotować także należy ciekawe, klimatyczne albumy Björk i Radiohead. Niezmiennie nadal szokował Kurt Kobain i jego Nirvana (album „In Utero”). Znakomity album wydał zespół Pearl Jam („Vs.”), a krążek „Get A Grip” Aerosmith przyniósł zespołowi prawdziwą kopalnię przebojów, oraz pożywkę dla stacji MTV.
Na początek wspomnimy o sprawach bardzo smutnych. W roku 1993 ze światem pożegnał się jeden z największych muzycznych ekscentryków wszech czasów, Frank Zappa (zm. 4 grudnia 1993). Artysta długo chorował na raka prostaty i nie było dla niego ratunku. Podobnie jak dla Geoffa Manna, byłego frontmana Twelfth Night, który odszedł nieco wcześniej, bo 5 lutego 1993 roku. Obydwaj do dziś, w swych kręgach są traktowani jako prawdziwe legendy, którymi niewątpliwie byli, jeszcze za życia. Marillion w roku 1993 zagrali tylko jeden oficjalny koncert. Stało się to w czerwcu, przed holenderskim fan-clubem, w miejscowości Utrecht. Muzycy zespołu postanowili najpierw odpocząć, a dopiero później zabrać się za tworzenie i nagrywanie kolejnego materiału studyjnego. Tym razem nie chcieli się śpieszyć, mając w zamiarach coś wyjątkowego. Zaniepokoiło to fanów oraz krytyków, którzy zaczęli mówić o kryzysie, a nawet rozpadzie zespołu. Nic z tych rzeczy! Po pewnym czasie zespół spotykał się znów regularnie, a niecierpliwi fani musieli po prostu uzbroić się w cierpliwość.
Fish tymczasem popadł w rozmaite problemy. Zarówno te osobiste, jak i artystyczne. Mimo to postanowił tym razem nagrać płytę („Songs From the Mirror”), na której zawarł covery utworów, które w przeszłości wywarły na niego największy wpływ. Płyta jednak nie odniosła spodziewanego sukcesu. Derek popadał w tarapaty coraz głębiej i niewiele rzeczy wskazywało na to, żeby artysta mógł łatwo z nich wyjść. Dodatkowo utarczki i przepychanki z jego byłym zespołem, oraz wytwórnią EMI przerodziły się w wojnę. Nick Barrett prowadził Pendragon zdecydowanie na falę. Po cudownym śnie, jakim okazał się być album „The World”, zespół znów był w studio. Tym razem muzycy postanowili otworzyć okno na swój świat, rejestrując materiał „The Window Of Life”. Muzyka na płycie była kontynuacją poprzedniej płyty, z lekką dozą mroku i delikatnie wzmocnionym brzmieniem. Coraz doskonalsze studio Nicka, procentowało. Znów dawały znać o sobie rozbudowane formy instrumentalne, piękne melodie i duża doza romantycznego klimatu. Obok nowego albumu, na światło dzienne wyszedł także oficjalny bootleg, wydany specjalnie dla fan-clubu, zatytułowany „The Very Very Bootleg”, o którym już wspomnieliśmy. Nie próżnował także basista, Peter Gee wydając swój album solowy, zatytułowany „Heart Of David”.
Wolno, ale za to z jakim skutkiem na szersze wody powracał zespół IQ. Muzycy wydali absolutną perełkę w swej dyskografii, album „Ever”. Wieloletnie doświadczenie muzyczne, coraz nowocześniej rozbudowane studio Martina Orforda, stająca coraz bardziej na nogi prywatna wytwórnia GEP, wszystko procentowało ze wspaniałym skutkiem. Po wydaniu albumu muzycy ruszyli w Europę, by go promować. Koncert zagrany 12 czerwca 1993 roku, w niemieckim Kleve został nawet specjalnie zarejestrowany, pod koncertowe wydawnictwo planowane w przyszłości. Po serii koncertów, zespół postanowił nieco zwolnić tempa, a z czasem nawet rozpoczął milczenie. W żadnym wypadku jednak nie miał w zamiarach zaprzestania swego istnienia. Po prostu poszczególni muzycy IQ postanowili poświęcić się innym projektom muzycznym, z którymi byli związani. A było ich sporo…
Dość już mieli eksperymentów muzycy Rush. Skazywani na nieuchronne pożarcie, przez własne kombinacje z brzmieniem, postanowili nagrać tym razem album taki, na jaki czekali fani zespołu. Muzyka miała brzmieć spontanicznie, ale przy jednoczesnej, wyrafinowanej grze poszczególnych instrumentalistów. Ogromny nacisk miał być tym razem na „podstawowe” narzędzia, jakimi się Kanadyjczycy posługiwali, a więc: gitary elektryczne i basowe oraz perkusja i instrumenty perkusyjne. Płyta „Counterparts” pojawiła się w październiku ’93, i odbiła się dość szerokim echem po świecie (singiel „Nobody’s Hero” zdobył spora popularność), choć bardzo dużego sukcesu komercyjnego nie odniosła. Jest jednak pozycją, przez fanów zaliczaną do jednych z najlepszych w dyskografii zespołu, a to wiele mówi. Jej siłą jest niespotykana różnorodność z jednej strony, a z drugiej jednoznacznie wysoki poziom kompozytorski i realizatorski, dzięki czemu muzyka lśni soczystym, klarownym, współczesnym brzmieniem. Tradycyjnie Rush ruszyli w trasę koncertową promującą nowy album. Rozochoceni nagraniem dwóch udanych albumów, muzycy australijskiego Aragon, tym razem postanowili cofnąć się w czasie. W swej prywatnej szafie posiadali mnóstwo utworów, które nigdy nie ujrzały światła dziennego. Był pośród nich absolutny klasyk zespołu, epicki, rozbudowany utwór „Rocking Horse”, od zarania zespołu grany na koncertach. To właśnie na nim artyści oparli budowę nowego, kompilacyjnego albumu, który zatytułowali „Rocking Horse and Other Stories”. Klasyk zajmował prawie 20 minut czasu płytki. Resztę stanowiło kilka ciekawych, krótszych utworów.
Podpisanie lukratywnego kontraktu wróżyło wiele dobrego obiecującym londyńczykom z Landmarq. Na przełomie roku 1992/93 muzycy wydali kolejny, udany album „Infinity Parade”. Tymczasem na horyzoncie zebrały się czarne chmury. Wokalista Damian Wilson ogłosił, że chce się przenieść do… Luksemburga, do formacji La Salle. Pozostali muzycy, w myśl zasady „z niewolnika nie ma pracownika” postanowili nie robić wokaliście problemów. W międzyczasie znaleźli już nowy głos – Iana „Moon” Goulda, obdarzonego potężnym wokalem, ale szybko okazało się, że nie pasował on do wizerunku zespołu. Landmarq znów byli pod ścianą. Sprawa wokalisty spędzała im sen z powiek, tym bardziej, że dopełnienie kontraktu zbliżało się wielkimi krokami.
Sukcesem zakończył się dla Galahad rok 1992. Zespół udanie koncertował po całej Europie, a tuż przed świętami nawet zagrał specjalny, noworoczny koncert, którego zapis po pewnym czasie został wydany w formie kasety. Rok 1993 zaowocował jednak kolejnym wydawnictwem studyjnym. „In A Moment Of Complete Madness” początkowo była wydawnictwem EP, jednak wersja CD, wydana w kwietniu została wzbogacona o trzy dodatkowe utwory i o albumie mówiło się jak o pełnoprawnej płycie długogrającej. Zespół nadal czynnie koncertował, a pod koniec roku wszedł do studia, by zarejestrować stary standard Twelfth Night – „The Celling Speak”, który miał być umieszczony na specjalnym, kompilacyjnym wydawnictwie, upamiętniającym osobę Geoff’a Manna.
Jak już niejednokrotnie wspominałem, Clive Nolan był wybitnym pracoholikiem. Tym razem, do spółki ze swym nie mniej pracowitym kolegą, Karlem Groomem postanowili pomóc niemieckiej formacji Ulysses. Zespół powstał w Niemczech pod koniec lat 80-tych. Swoją pierwszą płytę, zatytułowaną "Neronia", nagrywał od 1989 roku, ale udało się ją wydać dopiero w 1993r. Jest to jedyna płyta nagrana pod nazwą Ulysses. Niestety, szybko okazało się, że nazwy takiej, używa już pewien holenderski zespół, grający prog-metal, i jest ona zastrzeżona. W efekcie zespół później używał nazwy Neronia, tak jak tytuł płyty. Debiut Ulysses jest naprawdę imponujący. Stylistycznie zespół porusza się gdzieś pomiędzy Marillion a Pendragon. Głos wokalisty Gerarda P. Hynesa przypomina troszkę Nicka Barretta, a z drugiej strony Fisha, ale jest jednak oryginalny i bardzo ciekawy. Również Mirko Rudnik, ze swą grą na gitarze, wpisuje się w spectrum gitarzysty Pendragon. Słychać to szczególnie w przepięknym utworze "The Sunday Rising" z rewelacyjną solówką. Wydawnictwo zginęło wśród mnóstwa innych albumów wydanych w tym czasie, choć oddani fani muzyki neo-progresywnej uważają go za przedmiot kultu, i bardzo go cenią. Podkreśleniem dobrej passy twórczej muzyków Asgard był album „Imago Mundi”. Zespół znów zachwycił bardzo ciekawym, złożonym materiałem, bardzo bogato zaaranżowanym, przesyconym epickim klimatem i tematem. W tym czasie Asgard grał w składzie: Kikko Grosso (wokal), Max Michieletto (gitary), Alberto Ambrosi (klawisze), Chris Bianchi D'Espinosa (gitara basowa) oraz Marco Ferrero (perkusja). Po wydaniu tego właśnie albumu, poczęły następować poważne zmiany w składzie. Część muzyków, tęskniąca za Italią postanowiła wrócić do kraju, część (ze względów osobistych) osiadła na stałe w Niemczech. W efekcie problemy finansowe i organizacyjne, zmusiły bardzo obiecująco zapowiadający się zespół Asgard do zawieszenia działalności, na kilka ładnych lat… Muzycy Iluvatar szybko zakasali rękawy do pracy, i przy pierwszej nadarzającej się okazji weszli do studia, by zarejestrować swój debiutancki materiał. Rozochoceni pochlebnym rozgłosem, jaki powstał w okolicach ich rodzinnego miasta, Baltimore postanowili kuć żelazo póki gorące. I bardzo dobrze! Bo wydany właśnie debiutancki album, zatytułowany po prostu „Iluvatar” dość szybko wzbudził szerokie uznanie, zataczając kręgi coraz dalej od Baltimore! Muzyka wyraźnie zainspirowana wczesnym Genesis, King Crimson i Pink Floyd budziła spore uznanie.
W Polsce zespół Collage łapał powoli drugi oddech po debiutanckich „Baśniach”. Trudne to były czasy dla tego typu rocka w naszym kraju. Paradoksalnie polskojęzyczna płyta zdobywała większy rozgłos za granicą niż w kraju nad Wisłą. Znakomitym posunięciem były, zatem jej zagraniczne reedycje. Tymczasem zespół miał już sporo nowego materiału. Zaaranżowane na swój własny sposób utwory Johna Lennona, od jakiegoś czasu czekały na półce, a starania o ich wydanie właśnie dobiegały finału. W taki oto sposób wkrótce ukazał się album „Nine Songs Of John Lennon”. Jeszcze przed jego wydaniem nastąpiły ważne zmiany w składzie zespołu. Do oficjalnego składu Collage dołączył basista Piotr „Mintay” Witkowski, dotychczas technik zespołu, zastępując Przemka Zawadzkiego. Jeszcze więcej problemów zespół miał ostatnimi czasy z wokalistami. Zmieniało się ich w ostatnim czasie dwóch (po Tomku Różyckim kolejno: Zbyszek Bieniak i Jarek Wajk), gdy wreszcie na horyzoncie pojawił się pełen pozytywnej energii Robert Amirian. Skład scementował się, a nowa płyta zaczęła odnosić nie duże, ale jednak sukcesy. Zespół zabrał się do pracy nad kolejnym, tym razem własnym, autorskim materiałem. Artyści chcieli, by tym razem było to coś bardzo wyjątkowego.
Bardzo smutnym czasem, okazał się być dla Andy Latimera rok 1993. Muzykowi zmarł ojciec. W akcie rozpaczy, Andy postanowił zadedykować ojcu swój następny studyjny album. Tymczasem ukazały się dwa wydawnictwa sygnowane nazwą Camel. Przede wszystkim ukazała się podwójna kompilacja „Echoes”, zawierająca przegląd twórczości grupy na przestrzeni wszystkich dotychczasowych lat. To swoisty „The Best Of…” , o ile w ogóle można, w przypadku tego zespołu taki stworzyć. Mimo to, piękna i udana to kompilacja. Drugim wydawnictwem był album koncertowy, na którym Andy umieścił po jednym utworze, z każdej, dotychczasowej płyty studyjnej Camel (za wyłączeniem „Stationary Traweller”, z której nie było przedstawiciela). Na drugim krążku mogliśmy posłuchać całej płyty „Dust & Dreams”. Koncert został zagrany w składzie: Andy Latimer (gitary, wokal), Paul Burgess (perkusja), Mickey Simmonds (klawisze) oraz Colin Bass (gitara basowa). O Porcupine Tree wreszcie można było powiedzieć jako o zespole. Po EP „Voyage 34” Steven Wilson zabrał się do pracy nad kolejnym albumem studyjnym. Do jego realizacji zaprosił dwóch gości: basistę Colina Edwina oraz znajomego z No-Man, klawiszowca Richarda Barbieri. Szło opornie. Stevenowi wyczerpał się zapas tekstów, jakie miał jeszcze ze starej przyjaźni z Alanem Duffym. W efekcie większą część nowego materiału miały stanowić kompozycje w 100% instrumentalne. Wreszcie album zatytułowany „Up The Downstair” ujrzał światło dzienne, i jak się później okazało odniósł nie mały sukces. Choć z drugiej strony, Steven nie był zadowolony z części rytmicznej. Denerwował go wykorzystany automat perkusyjny. Steven został niejako zmuszony do odbycia pierwszych koncertów ze swoim zespołem. Zaproszeni do składu Richard i Colin zgodzili się bez problemów. Potrzebny był jeszcze perkusista. Z pomocą wyszedł Barbieri, namawiając swego przyjaciela, Chrisa Maitlanda. I stało się! Narodził się pierwszy, klasyczny skład Porcupine Tree, który miał przetrwać ładnych kilka lat. Jako ciekawostkę należy nadmienić, ze debiutancki występ nowego składu nastąpił w miejscowości High Wycombe, 4 grudnia 1993 roku. Ambitni muzycy Anekdoten dopięli swego. Doprowadzili do wydania debiutanckiej płyty ich zespołu, zatytułowanej „Vemod”. Niezmiennie nadal poruszali się w klimatach nakreślonych w przeszłości przez Karmazynowego Króla. Płyta została przyjęta bardzo ciepło. Wrażenie robiły rozbudowane kompozycje, bogato zaaranżowane i kipiące wprost mądrością, czerpaną z rockowej przeszłości. Swój debiut Anekdoten zaliczyli w składzie: Jan Erik Liljestrom (gitara basowa, głos) Nicklas Berg (gitary, mellotron, głos), Peter Nordins (perkusja), Anna Sofi Dahlberg (mellotron, instrumenty klawiszowe, cello, głos), Per Wiberg (pianino).
Udany powrót klasycznego składu Emerson Lake & Palmer stał się zapewne powodem wydania 4-dyskowej retrospekcji, zatytułowanej „Return Of The Manticore”. Zebrano na niej wszystko, co tylko można było wybrać z długiej i burzliwej historii zespołu. Tymczasem słynne trio w najlepsze koncertowało na całym świecie, a po cichu także szykowało się do nagrania kolejnego albumu studyjnego, który miał się ukazać w roku 1994.
Wyniki sprzedaży najnowszego albumu Dream Theater, „Images & Words” rosły z miesiąca na miesiąc. Zespół dużo koncertował, a efektem tych występów były wydawnictwa live, dość chętnie wydawane przez zespół. Pierwszym takim bootlegiem był album koncertowy „Live @ Marquee” (kwiecień ’93), zarejestrowany podczas trasy koncertowej, nazwanej przez zespół „Music In Progres ‘93”. Kolejną niespodziankę członkowie DT zafundowali swym fanom w drugiej połowie roku, wypuszczając tym razem kasetę video z zapisem koncertu w Japonii („Live In Tokyo”). Zresztą tego typu wydawnictwa wpisały się w historię zespołu już na zawsze. Były dobrym zabiegiem marketingowym, gdyż rozchodziły się jak świeże bułeczki, ponadto stały się obiektem pożądania fanów, którzy chętnie je kolekcjonowali.
Od kilku lat działał już zespół Magellan. Jak sama nazwa wskazuje, muzycy zespołu to muzyczni podróżnicy i odkrywcy, łączący w swych utworach wpływy często dość odległych nurtów. Ich główną inspiracją była muzyka rockowych i progresywnych pionierów takich jak: Genesis, Kansas, Yes, Rush, której artyści słuchali w dzieciństwie, a teraz mając możliwość grania postanowili odkryć na nowo, tym razem w praktyce. Zespołem kierowali bracia Gardner: Trent (wokal, instr. klawiszowe) oraz Wayne (gitary). Szybko do zespołu dołączył basista Fallow Imbris oraz niejaki Hal, grający na różnych instrumentach strunowych. Za perkusją zasiadała tajemnicza postać o pseudonimie Magellan (czyżby sam kapitan?). Generalnie jednak perkusję stanowił po prostu automat perkusyjny. W 1993 roku zespół miał już za sobą debiut wydany w 1991 roku (płyta „Hour of Restoration”) i właśnie wypływał w swą kolejną podróż, której historię w zamiarach miał wydać na drugim albumie. Tym razem bracia Gardnerowie skorzystali tylko z pomocy perkusisty, Brada Kaisera, a nowy album nazwali: „Impending Ascension”. Muzykę cechowało staranne podporządkowanie jej tekstom (często historycznym), mocne brzmienie gitar, częste zmiany tempa a także płynne przechodzenie od hard do soft rocka. Swój pierwszy, pełny album długogrający nagrał zespół Tool. Płyta nosiła tytuł „Undertow” i została bardzo dobrze przyjęta przez fanów i krytyków muzycznych. Zapewne bardzo w promocji płyty pomogła wspólna trasa koncertowa, z popularnymi w tym czasie: Rage Against the Machine, Rollins Band i Fishbone. Szybko okazało się, że zespół, by wzbudzić rozgłos wokół siebie, nie będzie stronił od kontrowersji. Nakręcony do utworu „Prison sex” takowe wzbudzał, i pomimo zakazania jego emisji w niektórych stacjach TV (w tym MTV), zespół zdobywał nowe rzesze fanów, głównie za sprawą soczystego, mocnego brzmienia oraz nienagannej techniki.
Kolejnym obrazem jaki chciał namalować Tilo Wolf, było „nasycenie”. Tak właśnie artysta zatytułową kolejny album Lacrimosy („Satura”). Dzieło znów zachwycało sporym krokiem naprzód, co chodzi o brzmienie i realizację projektu. Po latach uznaje się tą płytę, za zwrot i punkt przełomowy w twórczości Lacrimosy. Tilo ruszył w trasę promocyjną, koncertując po całych Niemczech. Wspomagała go fińska grupa Two Witches, a jego uwagę przykuła liderka zespołu, Anne Nurmi (wokal, instrumenty klawiszowe). Przedsiębiorczy lider Lacrimosy, mając już w zamiarach kolejny projekt zaproponował instrumentalistce i wokalistce z Finlandii współpracę, na którą dziewczyna przystała. Początkowo maiły to być same partie wokalne, ale szybko okazało się, że również w sferach instrumentalnych umiejętności Anne bardzo przydadzą się Tilo.
Doświadczenia z pracą w studio, jakie posiadali już muzycy Anathemy, za sprawą wydania EP-ki „The Crestfallen”, pozwoliły na samodzielne zajęcie się produkcją debiutanckiego krążka. Został on wydany w lutym 1993 roku i nosił tytuł „Serenades”. Płyta została entuzjastycznie przyjęta, co podkreśliły choćby „fachowe” pisma: KERRANG! czy METAL HAMMER. O Anathemie głośno zrobiło się także za sprawą koncertów, jakie początkowo u boku bardziej znanego zespołu Canibal Corpse, muzycy grali po całej Wielkiej Brytanii. W efekcie, w drugiej połowie roku, tym razem jako gwiazda, po raz pierwszy wybrali się na stary kontynent, koncertując min. w krajach Beneluksu. Muzycy mieli za sobą także nagranie pierwszego videoklipu, do singla „Sweet Tears”, który również przynosił im rozgłos, będąc chętnie granym choćby przez MTV.
W styczniu 1993 roku swoje drugie demo wydali muzycy Big Big Train. Płytkę nazwano „Infant Hercules”. W kilka miesięcy później artyści znów spotkali się w studio. Tym razem z zamiarami zarejestrowania swojego debiutanckiego materiału, który pisali przez całą pierwszą połowę roku. Mieli mało czasu, ze względu na dość skromny budżet, ale w dwa lipcowe tygodnie uporali się z zadaniem. I to na tyle dobrze, że wysłany do wytwórni GEP Martina Orforda (IQ) materiał, zrobił na słynnym klawiszowcu duże wrażenie. Martin postanowił wziąć zespół pod swoje skrzydła i pomóc ambitnym „kolejarzom” w wydaniu płyty. Album miał nosić tytuł „Goodbye To Age Of Steam”, a jego debiut datowano na rok 1994.
Działający jako trio zespół Opeth pracował z mozołem nad swym autorskim materiałem. Jednak podczas tej pracy na horyzoncie pojawił się basista, Stefan Guteklint. Teraz praca szła już łatwiej. Tym bardziej, że rozsyłane do rozmaitych wytwórni demówki zespołu, zaczęły zwracać ich uwagę. Dzięki temu zespół dostał przysłowiowego kopniaka. Sprawa ewentualnej, debiutanckiej płyty nadal była tematem odległym, ale z każdym dniem przybliżającym się do muzyków zespołu.
Dla naszego rodzimego Abraxas, rok 1993 był czasem bardzo burzliwym, pełnym zaskakujących zwrotów. Gdy wydawało się, że grupa idzie w idealnym kierunku, kilka zdarzeń podkopało jej istnienie. Po trosze był to fakt zaistnienia nowego projektu Łukasza Święcha - Anyway, a w większym stopniu tragedia, która wydarzyła się pod holenderską Bredą (5.07.1993). Dotychczas dobry duch zespołu, Radek Kamiński zginął w wypadku samochodowym... Adam Łassa jednak nie poddawał się. Młode Wilki progresywnej sceny dochodziły do głosu. W roku progresywnym zaczęła dawać o sobie moc i soczyste brzmienie. Pojęcie „Prog-Metal” stawało się coraz bardziej popularne. Starzy, klasyczni wyjadacze jednak nie zapominali o definicji gatunku, i nadal kultywowali jego wieloletnie tradycje. Muzycznej młodzieży pomagał zdecydowanie postęp techniczny, i ułatwiony dostęp do rejestrowania materiałów demo, co niejednokrotnie bardzo pomagało im w wypłynięciu na szerszy, muzyczny ocean. Nie bez znaczenia było powstanie sporej ilości niezależnych wydawców, którzy starali się skupiać całą progresywną niszę. To dzięki nim mamy teraz możliwość posłuchanie wielu albumów, które w normalnych warunkach raczej by nie powstały. Krzysztof Baran Zobacz też:
|