|
Nowe dziesięciolecie przynosiło ogromne zmiany w naszym kraju. W 1990 roku swój wieki przebój – „Zawsze tam gdzie Ty”, nagrali Lady Pank. Niezmiennie nadal szokowali kolejnymi skandalami, które powoli przestawały dziwić publikę. Niezmordowani nowofalowcy: Tilt, Kobranocka i KSU, oraz cała masa innych zespołów zagrały na pierwszym „wolnym” Jarocinie. Świat zdominowała płyta Depeche Mode - „Violator”, która była prawdziwą kopalną przebojów. Coraz więcej było słychać o Faith No More. Ogólnie nie był to bardzo bogaty w wyjątkowe wydawnictwa, rok. Australijczycy z Aragon dopięli swego. Dwa lata po zarejestrowaniu albumu „Don’t Bring The Rain”, wreszcie została wydana wersja płyty na cd. Muzycy z Melbeurne koncertowali w najlepsze, stając się kultowym zespołem progresywnym na Antypodach. A ponieważ w krainie kangurów dba się o dobrą muzykę, ich kompozycje szybko dostały się do stacji radiowych w Europie. O Aragon mówiło się, że chlubnie wypełniają lukę po Marillion ery Fish’a. Zespół miał dość bogaty repertuar, grając na koncertach nie tylko muzykę z debiutanckiego albumu. Wiele z kompozycji, było już zarejestrowanych w formie demo, i czekało na półce. Ciężkie czasy, jakie nastały w IQ, nie zniechęcały na szczęście zespołu do końca. Namówieni przez przyjaciół i najwierniejszych fanów, których nadal mieli mnóstwo, postanowili wrócić na scenę. Skład zespołu uzupełnił stary znajomy jeszcze z czasów The Lens - Les „Ledge” Marshal. Grał on zresztą wraz z Martinem Orfordem również w Jadis, więc sprawa była uproszczona. Pierwszy koncert odbył się w klubie Marquee, 6 stycznia 1990 roku. Partie wokalne wykonał Martin, ale w drugiej części występu jego miejsce za mikrofonem przejął niespodziewanie… Peter Nicholls. W serca fanów wstąpiła nadzieja reaktywacji „starego”, dobrego IQ. Została ona podsycona, gdy muzycy wystąpili jeszcze raz 22 lutego 1990 roku, tym razem w stolicy Francji. Przyjęcie znów było bardzo gorące, ale muzycy nadal nie mieli przekonania czy powinni grać razem jako IQ. Zespół zawieszony w próżni, czekał na dalszy rozwój zdarzeń… Tymczasem tuż za miedzą, w Jadis, Gary Chandler wolno łapał twórczy wiatr w żagle. Współpraca z Martinem Orfordem, wpłynęła na zespół, dając mu przysłowiowego kopniaka. Trudne zadanie czekało na Steve Hogartha. Zastąpić charyzmatycznego Fish’a na scenie, przed publicznością, dla której wielki Szkot był niemal bogiem. Nowy wokalista Marillion dysponował zupełnie innym głosem, bardziej subtelnym, ciepłym. Tymczasem Fish dynamicznie wykrzykiwał swoje protesty, i z energią manifestował swoje kazania zawarte w tekstach. Hoggy (bo tak nazwano zdrobniale nowego wokalistę) zapewne nie bardzo lubił interpretować teksty swego poprzednika, a nawet czasem próbować go naśladować. Bardzo niezręczna rola. Nie oszukujmy się, utwory z poprzedniej ery nie koniecznie mu na scenie wychodziły, choć bardzo się starał. Jednak części koncertów, na których Marillion grali nowe numery, były zupełnie inne. Widać to było i po samym wokaliście. W efekcie zdarzały się zarówno rzęsiste brawa, jak i gwizdy i okrzyki w stylu „gdzie jest Fish”. Zespół kontynuował trasę „Seasons End Tour” odwiedzając na początku roku, po raz pierwszy w swej historii gorącą Brazylię. Później trasa wiodła przez Kanadę i USA. Do Europy muzycy zawitali dopiero 8 marca, zaliczając koncert w Madrycie. Później na trasie były min Francja, Niemcy, Włochy. Złośliwcy mówili, że zespół unika koncertów w Zjednoczonym Królestwie, gdzie fanatyczni zwolennicy starej ery Marillion, mieliby okazję do „starcia” z Hoggym, którego póki, co nie trawili. Mniej ortodoksyjni fani jednak powoli przyzwyczaili się do sympatycznego Steve’a, choć koncerty zespołu nie niosły już takiej dawki energii jak kilka lat temu. W drugiej połowie roku wreszcie, zespół pojawił się w Anglii i powoli wprowadzał, w swych występach nowy materiał, nad którym zresztą właśnie zaczynał pracować. Protesty fanatycznej części publiczności zwolna zanikały, część z nich w ogóle odwróciła się od zespołu, tolerując tylko „stary” Marillion, i identyfikując go z osobą Fisha. Hoggy, można powiedzieć, był wprowadzony. Zespół zaczynał powoli zmieniać swój wizerunek oraz brzmienie… Fish tymczasem przygotowywał się do wydania swego pierwszego solowego albumu. Płyta „Vigil In A Wilderness Of Mirror” bardzo ucieszyła fanów starego Marillion. Derek był nadal sobą. Napisał bardzo dobre teksty, wciąż był silny osobowo, a co za tym idzie niezmiennie charyzmatyczny. Muzyka oczywiście brzmiała trochę inaczej, niż w jego dawnym zespole, ale to zupełnie naturalne. Wszak Szkot pracował teraz z zupełnie innymi muzykami. Utwory były prostsze w odbiorze, a siłą napędową albumu był jego głos. Wciąż ten sam, ten, na który czekali fani. Album promował singiel „State Of Mind”. Fish w wywiadach mówił, że chciał, aby „Vigil…” był tytułem kolejnego albumu Marillion. Większość tekstów zresztą była już wówczas gotowa. Echa Marillion najbardziej słychać było w utworze tytułowym, oraz w balladzie „Cliche”, w której Derek wyznał miłość swojej żonie, Tammy. Pozostałe utwory były po prostu rockowymi piosenkami, zagranymi przez zespół pod dyktando wielkiego Szkota, tak jak to sobie Szef wyznaczył. Płyta cieszyła się sporym powodzeniem, zwłaszcza wśród fanów starego Marillion, co zresztą było zrozumiałe. Sporym powodzeniem cieszyły się także koncerty artysty, choć te nie były już tak regularne jak występy jego starego zespołu. W 1990 roku do Pallas znów powrócił Alan Reed. Zespół jednak pracował na pół gwizdka, ograniczając się do wspólnych, nieregularnych prób. Muzycy zespołu potrzebowali odpoczynku po poprzednich, burzliwych latach. Zespół nadal istniał i nikt nie miał zamiaru go rozwiązać. Niall Mathewson w tym czasie zajął się budową własnego studio nagraniowego, co chwilowo pochłonęło go bez reszty, ale było też dobrym prognostykiem na przyszłość, dla dalszego funkcjonowania zespołu. W Warszawie, wreszcie kropkę nad „i” stawiają Collage. Długo wyczekiwany album „Baśnie” zbiera bardzo pochlebne recenzje. Zespół sporo koncertuje, nie tylko w Polsce. W międzyczasie dochodzi do ważnej zmiany na pozycji klawiszowca. Jacka Korzeniowskiego zastępuje Krzysztof Palczewski. Tuż przed występem w Jarocinie zespół opuszcza również wokalista, Tomek Różycki. Jego miejsce zajmuje Zbyszek Bieniak. W Szwajcarii tymczasem, od roku działała instrumentalna grupa Delta Prophecy. Tworzyli ją: Philip Hubert (klawisze), Lele Hofmann (gitary), Andy Thommen (gitara basowa), oraz Pietro Duca (perkusja). Zespół istniał czysto amatorsko, do momentu, kiedy w styczniu 1990 roku do muzyków dołączył Aluisio Maggini – wokalista z umiejętnościami pisania (często bardzo osobistych) tekstów. Wówczas zespół postanowił zmienić nazwę na Clepsydra. Choć Szwajcaria nie była pierwszą siłą europejskiego progrocka, to jednak zespół bardzo poważnie zabrał się do pracy, budując sporo zalążków wielowątkowych kompozycji, z których niebawem zasłynie. Innym Szwajcarem, który spróbował w 1990 roku zaistnieć na scenie był niejaki Tilo Wolff. Będąc pod ogromnym wpływem muzyki klasycznej (nazwa zespołu odnosi się do ostatniej części „Requiem d-moll” Mozzarta) oraz, z drugiej strony mrocznych syntezatorów i ciężko brzmiącego metalu postanowił założyć projekt muzyczny Lacrimosa. Nieodłączną postacią, towarzyszącą Tilo w dalszym istnieniu jego projektu stał się arlekin Jester, symbolizujący „płacz przez śmiech” (hołd dla Charliego Chaplina, ulubieńca Tilo). Jeszcze w tym samym roku muzyk, w pojedynkę zarejestrował krótki materiał demo, zatytułowany „Clamor”, który zawierał tylko dwie kompozycje („Requiem” i „Seele In Not”). Rok 1990 w ogóle obfitował w narodziny wielu progresywnych formacji, które za kilka lat znajdą się w I lidze gatunku. W angielskim Bournemouth dwaj znajomi postanawiają założyć band o nazwie Big Big Train. Są nimi: piszący piosenki Gregory Spawton, oraz odpowiedzialny za produkcję Andy Poole. Korzenie zespołu sięgają jednak dalej, bo aż do roku 1983, kiedy to Andy Poole wraz ze swym szkolnym przyjacielem – Ianem Cooperem odkrywają w sobie talent twórczy, pisząc piosenki i zakładając zespół Archshine. W tym samym czasie Greg Spawton tworzy swój pierwszy zespół, Equus. Ani jednym, ani drugim jednak nie było dane zaistnieć na tyle, by odnieść jakiś większy sukces. Andy i Greg poznali się przypadkiem w 1987 roku, a ponieważ krążyli wokół tych samych muzycznych klimatów (Genesis, Van Der Graaf Generator) szybko się zaprzyjaźnili. Mając za sobą pierwsze doświadczenia związane z pracą zespołową, postanowili połączyć swe siły. Duże wrażenie w tym czasie robiły na nich takie zespoły jak Marillion i IQ. Andy Poole nawet miał epizod jako wolnotariusz wspomagający koncerty The Lens i IQ. Zespół Big Big Train oficjalnie jest kontynuatorem schedy po zespole Archshine. To właśnie w 1990 roku nastąpiła jej zmiana. W tym czasie niezwykle trudno było o dobrych wokalistów, w dodatku zainteresowanych współpracą z zespołami, nastawionymi na rocka progresywnego. Po długich poszukiwaniach, zespół natrafił wreszcie na wokalistę Martina Read’a. Skład uzupełniali: młodziutki perkusista Steve Hughes oraz stary przyjaciel Andy’ego, klawiszowiec Ian Cooper. Teraz będzie o zespole, którego korzenie są w… afrykańskiej Bostwanie! Przynajmniej korzenie nazwy. Według książki Wilbura Smitha „Ptak Słońca”, Opeth to zaginione, starożytne miasto Fenicjan, zwane także „Księżycowym Miastem”, położone właśnie na południu afrykańskiego kontynentu. Ale zespół nie tworzyli Fenicjanie tylko Szwedzi. Geneza była dość prosta. W Sztokholmie młody David Isberg skontaktował się z Mikaelem Åkerfeldtem, mając w zamiarach założenie kapeli. Będący pod wpływem wspomnianej książki Mikael postanowił nazwać zespół nazwą Opeth. Sam grał na gitarze i potrafił śpiewać. Posiadał także zdolności kompozytorskie, oraz umiejętność pisania tekstów. Od początku stał się liderem formacji, która na początku swego istnienia grała ciężki Death Metal. Pierwszy skład uzupełniali: perkusista Anders Nordin, basista Nick Döring oraz gitarzysta Andreas Dimeo. Dwaj ostatni nie zagrzali jednak długo miejsca w zespole, zostając zastąpionymi przez basistę Johana DeFarfalla oraz gitarzystę Kima Petterssona. Od początku Opeth mieli jednak pecha do basistów. Johan także opuścił formację. Szybko jednak znalazł się Peter Lindgren i w ten sposób skład zespołu wreszcie się ustabilizował. Jak powszechnie wiadomo, miasto Liverpool to wylęgarnia zespołów rockowych. Jeden z nich powstał także w 1990 roku. Początkowo nazywał się Pagan Angel, a w skład jego wchodzili: Darren White (wokal), Daniel Cavanagh (gitara), Vincent Cavanagh (gitara), Jamie Cavanagh (gitara basowa), John Douglas (perkusja). Od początku liderem formacji był gitarzysta Daniel. Młodzi, ambitni muzycy, wywodzący się z miasta z ogromnymi, rockowymi tradycjami mieli ułatwiony dostęp do możliwości rejestrowania materiałów demo. Kilku z nich pracowało w miejscowej wytwórni muzycznej. Jeszcze w listopadzie 1990 roku zarejestrowali kasetę demo, zatytułowaną "An Iliad Of Woes". Wraz z pierwszymi nagraniami została zmieniona również nazwa zespołu na Anathema. Od początku grali gotyckiego rocka z zabarwieniem w kierunku rockowej progresji. Fascynatów King Crimson na świecie było wielu. Dwaj z nich byli na tyle zamiłowani w muzyce Karmazynowego Króla, że postanowili razem eksperymentować instrumentalnie w jego klimatach. Nazywali się: Nicklas Berg (grający na gitarze) i Jan Erik Liljeström (śpiewający basista). Poszukując perkusisty postanowili skorzystać z usług Petera Nordinsa – wieloletniego przyjaciela Nicklasa. Nazwali się King Edward, grając muzykę instrumentalną (głównie covery King Crimson) do momentu, gdy wokalnie (na jedynym zresztą koncercie zespołu pod tą nazwą) wspomogła ich Anna Sofi Dahlberg. Wówczas postanowili zmienić nazwę na Anekdoten, decydując się na stworzenie własnych kompozycji z myślą o wydaniu ich na płycie. W stolicy Anglii swe pierwsze kroki stawiał zespół Landmarq, utworzony na podwalinach legendarnej formacji Quasar. Zespół Quasar swe początki miał w 1979 roku i działał, z drobnymi przerwami w latach 80, będąc kierowanym przez Keitha Turnera oraz wydając kilka płyt (w tym kultową wśród neoprogresywnych słuchaczy płytę „Loreli” w 1989 roku). Z poprzedniego zespołu pozostali: Steve Lake (instrumenty klawiszowe) oraz Uwe D'Rose (gitary). Dołączył do nich basista Steve Gee, wywodzący się z mało znanego zespołu Artemis. Po pewnym czasie do muzyków dołączył także perkusista Quasar - Dave Wagstaffe, oraz wokalista Bob Daisley. W ten sposób powstał pierwszy skład zespołu, który rozpoczął komponowanie muzyki a także występy na żywo, głównie w Londynie. Również we Włoszech powstawały nowe zespoły. Spośród nich wymienić koniecznie trzeba dwa: FancyFluid i Eris Pluvia. Pierwszy z nich nawiązywał wyraźnie do nurtu neo-progresywnego, mając w tym czasie za wzór wczesny Marillion. Zespół tworzyli: Max Gotta (gitary) Paolo Annone (bas) Roberto Pasquino (perkusja) Fabrizio Goria (śpiew, gitara akustyczna) Sandro Bruni (instrumenty klawiszowe). Zespół starał się ubarwić swą muzykę, stosując tak klasyczne instrumenty jak: saksofon, flet i skrzypce. W tym samym roku muzycy zarejestrowali materiał, który wydali na swym debiutanckim krążku, zatytułowanym „Weak Waving” potwierdzając spore, muzyczne możliwości. Druga grupa (Eris Pluvia) grała bardzo charakterystycznie dla włoskiej sceny rocka progresywnego, mając za wzór choćby legendarne Le Orme. Muzycy obcowali z jazzem, bluesem a także nowocześnie brzmiącymi składowymi, charakterystycznymi dla rocka neoprogresywnego. W skład zespołu wchodzili: Marco Foralla (bas) Martino Murtas (perkusja) Paolo Raciti (klawisze) Alessandro Serri (gitary, wokal). Jeszcze w roku 1990 muzycy zarejestrowali pierwszą próbkę swych umiejętności na mini albumie „Pushing Together”. W niespełna rock później, w towarzystwie jeszcze kilku innych muzyków, zaproszonych specjalnie na tą okazję wydali album „Rings of Earthly Light”. U podnóży Beskidów, w Bielsku-Białej swe pierwsze kroki stawiała formacja Lizard, poruszająca się po orbitach wyznaczonych przez mistrzów progresywnego gatunku, takich jak: King Crimson, U.K. czy E.L.P. Od początku, muzycy zespołu niezwykle perfekcyjnie podchodzili do muzykowania, co w przyszłości miało się przełożyć na szereg znakomitych, perfekcyjnych koncertów. Od samego początku liderem zespołu był Damian Bydliński – wokalista i gitarzysta zespołu. Czasy w Polsce to były dość trudne, ale ambitny zespół starał się jak najczęściej występować na żywo, biorąc udział w niezliczonych przeglądach, konkursach i targach muzycznych. Amerykanie lubili mocniejszą stronę rockowej progresji. Obok istniejących już od jakiegoś czasu: Queensryche i Dream Theater (wcześniej znanego jako Majesty), na scenach Los Angeles poczęła raczkować grupa Tool. Dotychczasowe zajęcia poszczególnych muzyków były dość rozstrzelone, choć z drugiej strony pokrewne. Gitarzysta Adam Jones i basista Paul d'Amour pracowali wcześniej w przemyśle filmowym, traktując muzykowanie jako hobby. Ten pierwszy w 1989 roku poznał Maynarda Jamesa Keenana, utalentowanego wokalistę i razem postanowili założyć rockową kapelę. Aby grać na scenie wspomniana trójka muzyków musiała zatrudnić perkusistę. Został nim profesjonalny pałker, Danny Carey, występujący jak dotąd choćby z dość znaną w tamtych czasach wokalistką Carole King. Od samego początku zespół grał muzykę alternatywną, ale czuć było ciągoty do muzyki nieco bardziej złożonej, brzmiącej progresywnie. Do dziś zespół Tool uważany jest jako „złoty środek”, między rockiem alternatywnym a progresywnym. Rok 1991 obfitował w wiele znakomitych albumów muzycznych. W Seattle, można powiedzieć, że na salony został wystrzelony nurt rocka, o nazwie Grunge. Wszystko to za sprawą Curta Cobaina i jego Nirvany. Album „Nevermind” po prostu zmiatał wszystko z powierzchni ziemi. Drugim równie ważnym wydawnictwem była płyta Queen – „Innuendo”. Album, zdaniem krytyków i fanów, znakomity w każdym calu. Niestety przeciwwagą dla sukcesu tej płyty był coraz gorszy stan zdrowia Frediego Mercury, chorego na AIDS. Dzień 24 listopada 1991 roku, zapisał się w czarnych barwach. Jest do dziś uważany, za jeden z najczarniejszych w historii rocka. Freddie, wycieńczony wirusem, zmarł. Po kilku latach milczenia, na scenę powracali, z albumem „On Every Street”, Dire Straits. Płyta sprzedawała się bardzo dobrze, podobnie jak dzieło REM, zatytułowane „Out Of Time”. Swoje brzmienie przebudowali w tym czasie U2. Płyta „Achtung Baby” brzmiała, dla fanów zespołu dość kontrowersyjnie, ale również odniosła sukces komercyjny. Udane albumy wydali też: Sting, Guns’n’Roses (bardzo popularne w tym czasie), oraz nieco komercyjna Metallica. Na scenie pojawili się także ci, o których niebawem będzie głośniej, min.: Soundgarden, The Smashing Pumpkins, Pearl Jam (świetny debiut „Ten”). W Polsce, wraz z powstaniem komercyjnych stacji radiowych, do głosu dochodził pop, a z ważniejszych rockowych wydarzeń mieliśmy powrót Republiki. W roku 1991 wychodzi również pewna płyta, która wielu wykonawcom z progresywnego nurtu nakreśli dalszą drogę. Płytą tą jest „The World” Pendragon. Przepiękny, dopracowany w każdym calu album, długo dopieszczany w studio przez swych twórców. Materiał przynosi kilka krótkich piosenek, popartych dwoma długimi, rozbudowanymi utworami, które na zawsze zapisały się w sercach fanów. Mowa tu o: „The Voyager” oraz rozbudowanej, wielowątkowej suicie „The Queen Of Hearts”. Niedawno rozbudowane studio muzyczne wytwórni TOFF Records, po prostu wydało perełkę. To właśnie „The World” sprawiła, że o zespole wreszcie stało się głośno, a sam album odniósł wielki sukces komercyjny, co w kanonach rocka progresywnego nie jest częstą rzeczą. Odtąd Pendragon stali na równi z innymi wielkimi tegoż gatunku, i byli kojarzeni jako filar neoprogresywnego rocka. Nareszcie odnalazł się zaginiony Andrew Latimer. Kilka lat posuchy w Camel było spowodowane min kłopotami finansowymi Andy’ego, który musiał wyemigrować do Stanów Zjednoczonych. Tam komponował, a wraz ze swoją żoną Susan Hoover postanowił otworzyć własną wytwórnię, którą nazwał Camel Productions. Książka Johna Steinbecka - "The Grapes of Wrath" niezwykle pasowała do tego trudnego okresu artysty. Nic więc dziwnego, że powstały wreszcie concept-album artysta oparł właśnie na jej podstawie. Płyta nosiła tytuł „Dust & Dreams”. Z Latimerem, nad muzyką pracowali min: klawiszowiec Ton Scherpenzeel, wokalistka Mae McKenna, wokalista David Paton, i oczywiście basista Colin Bass. Materiał wypełniała bardzo subtelna, chwilami wręcz smutna, piękna muzyka, obrazująca migrację biednych rolników z Oklahomy do Californii, przeciwstawiających się niezliczonym trudom tej drogi, takim jak przemoc, burze piaskowe, choroby. Stroną aranżacji tematu, oraz napisaniem większości tekstów zajęła się żona Andy’ego – Susan.Ci, którzy obawiali się twórczego kryzysu w Marillion, mieli trochę racji. Zespół, owszem przygotowywał kolejny album, ale w poczynania zespołu wdawała się niestety pop-rockowa komercja. Brzmienie nowego albumu, wydanego w czerwcu 1991 roku było bardzo rozmyte. Były pop-rockowe ballady, były hard-rockowe przeboje i niestety tylko mała dawka dawnego rozmachu. Nie oznacza to, że płyta „Holidays In Eden” była kompletną klapą. Odniosła jakiś tam sukces, zdobyła trochę nowych fanów dla zespołu. Starzy, po zapoznaniu się z materiałem nieco kręcili nosami, ale kilka utworów na szczęście broniło się nieźle. Przede wszystkim finał płyty z kompozycją „The Rakes Progress/100 Nights”. Marillion tradycyjnie ruszyli w kolejną trasę koncertową. Ważną odmianą była osoba wokalisty Steve Hogartha, który śpiewał z coraz większym luzem, a nowe kompozycje na koncertach zaczynały zastępować, starsze, te legendarne, choć zespół nigdy nie zrezygnował do końca z identyfikowania się z nimi. Tak, czy inaczej zaczęły powstawać napięcia na linii „nowy” Marillion – Fish. Batalia toczyła się o prawa do starych utworów. Ponieważ sprawa była o tyle zagmatwana, że teksty były głównie autorstwa Ryby, a sama muzyka, napisana przez pozostałą część zespołu, to utarczki przerodziły się w poważną sprawę, w którą wmieszała się także wytwórnia EMI. 22 lipca zespół wziął udział w Sopot Pop Festival. Nie był to chlubny występ. Ci, którzy go pamiętają wiedzą, o co chodzi. Wina jednak leżała po stronie organizatorów tego, częściowo playback’owego show. Tym razem „normalne” koncerty, zespół kontynuował w ramach trasy „Holidays In Eden Tour”, kolejno odwiedzając: Niemcy, Anglię, Szkocję, Francję, Danię, Holandię, czyli tradycyjny, Marillionowski Tour. Fish w tym okresie również wydał płytę. Album „Internal Exile” zadedykował swojej córce, Tarze. Płyta brzmiała nieco inaczej, niż poprzedniczka. O starych związkach z Marillion przypominała w zasadzie tylko kompozycja „Shadowplay”. Fish, bowiem usilnie starał się o swój własny, oryginalny wizerunek. W związku z tym, sporo było w materiale, celtyckich, folkowych naleciałości. W tym czasie oprócz nagrywania muzyki, Szkot na dobre odkrył w sobie rolę aktora. Ponieważ gra sceniczna podczas koncertów, nie była mu obca, ba! Nawet z niej słynął, zaczął grywać w filmach i serialach TV. Pierwszą jego rolą była gra w filmie „Zorro”, a następnie występ w filmie TV – „Jute City”.Steven Wilson odnosił pierwsze, małe sukcesy. Rozesłane przez niego kasety demo dotarły do Richarda Allena i Ivora Truemana, autorów fanzinu „Freakbeat”. Obaj w zamiarach mieli także utworzenie własnej wytwórni, dla wykonawców muzyki o zabarwieniu psychodelicznym. Firma Delirium wystartowała z pierwszą składanką, na której menadżerowie umieścili utwór „Linton Samuel Dawson”. Po kilku tygodniach nawet zaproponowali młodemu Stevenowi kontrakt fonograficzny! Projekt The Porcupine Tree, miał tak dużą ilość materiału, że w zamierzeniach wytwórni było wydanie dwóch niezależnych albumów. Skończyło się na jednym, ale podwójnym, który Wilson nazwał „On The Sunday Of Life”. W wywiadach Steve podkreślał ogromną rolę Pink Floyd, oraz ich albumu „Ummagumma” na jego rozwój muzyczny. Na uwagę zasługiwało odważne połączenie transowych, niemal tanecznych rytmów ambient, z dość wyrafinowanymi fragmentami rockowymi. Utwór „Radioactive Toy”, pochodzący właśnie z tego album, do dziś jest często grany w finale koncertów zespołu. Rok 1991 był także szczęśliwy dla Galahad. Po nagraniu pierwszego singla: „Dreaming From The Inside” (1987), oraz kasety “In A Moment Of Madness” (1989), ambitnemu zespołowi udaje się przedostać do studio. Tam Galahad rejestrują swój pierwszy album „Nothing Is Written”, poparty typowym dla tamtych czasów rockiem progresywnym, na płycie objawiającym się w postaci kilku mniej lub bardziej rozbudowanych kompozycji. Sporym sukcesem zakańcza się udział zespołu w plebiscycie legendarnego Radio One. Zespół wygrał go, zdobywając nagrodę w postaci sesji nagraniowej w studio BBC. We wrześniu 1991 roku, zespół supportował występ formacji Magnum. Muzycy Twelfth Night, przez ostatnich kilka lat tylko pozornie milczeli. Tak naprawdę spotykali się kilkukrotnie, a owocem owych spotkań było zarejestrowanie starego, 20-minutowego, epickiego utworu „The Collector”, granego przez zespół już na początku lat 80’tych. Zespół zarejestrował także nową wersję „Love Song”, jednego z najbardziej charakterystycznych utworów zespołu. Co niezwykle ważne, w przedsięwzięciach tych uczestniczył legendarny wokalista zespołu, Geoff Mann. W 1991 roku wytwórnia Music For Nations postanowiła wydać kompilacyjny album zespołu, zawierający min. wspomniane obydwie kompozycje. Płytę nazwano „Collectors Item” i do dziś stanowi kultową kompilację zespołu. Największe znaczenie, obok ciekawej zawartości, w tym wypadku ma fakt, że było to ostatnie dzieło Geoff’a z zespołem. Frontman od jakiegoś czasu był ciężko chory na raka, a choroba niestety postępowała… Rok 1991 dla IQ miał dwa oblicza. Muzycy spotykali się, bawiąc się graniem, i nadal pracowali zawodowo poza muzyką, gdy w połowie roku zdarzyła się tragedia. Basista Les niespodziewanie popełnił samobójstwo. Było to wielkim szokiem dla reszty zespołu. Les nie dość, że od lat był przyjacielem zespołu, to jeszcze teraz, kiedy w nim grywał, był jednym z motorów napędowych. To również dzięki niemu, zespół wciąż nie był rozwiązany. Tragiczne odejście Lesa „Ledge” Marshala, paradoksalnie scementowało grupę. Artyści postanowili, właśnie dla zmarłego basisty, za wszelką cenę utrzymać zespół IQ. Była to chwila moralnego kopniaka. Jeszcze w 1989 roku, podczas promocji ostatniego albumu, IQ grali wspólne koncerty z mało znaną grupą ARK. Na basie, w tym zespole grał bardzo utalentowany John Jowitt. To właśnie on został zwerbowany do zespołu. Martin Orford, mając już dość opieszałości menadżerów wytwórni płytowych, postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Szybko zarejestrował skromną, prywatną wytwórnię fonograficzną, którą ochrzcił jako Giant Electric Pea (GEP). Pierwszym wydawnictwem maleńkiej wytwórni była kompilacja zawierające strony „B” singli, niepublikowane dotąd numery, oraz kilka fragmentów koncertowych. „Ja’i Polette D’Arnu”, bo tak się nazywała, okazała się być strzałem w dziesiątkę. Rozeszła się w oka mgnieniu, a przedsiębiorczy Martin miał trochę kasy na dalsze funkcjonowanie GEP. Sukces składankowego albumu IQ sprawił, ze Martin Orford otworzył drzwi wytwórni, dla kilku innych wykonawców. Sam grywał przecież z Garym Chandlerem i Stephenem Christeyem w zespole Jadis. Od jakiegoś czasu grywał także z nimi nowy basista IQ – John Jowitt. Istniejąca już od prawie 10 lat formacja, właśnie dorobiła ciekawego materiału, który złożony w studio Martina, ujrzał światło dzienne na numerze dwa, w katalogu nowej wytwórni, czyli „More Than Meets The Eye”. Jak się później okazało, również i ta płyta sprzedała się bardzo dobrze, odnosząc sukcesik i artystyczny, i komercyjny. Innym dużym sukcesem w tym okresie, była nominacja, w "branżowym" czasopiśmie SI Magazine, do albumu roku gdzie płyta otrzymała sporą ilość głosów. Jadis zaczęli dość regularnie koncertować, i stawać na nogi. Podobnie jak ich macierzysta wytwórnia – Giant Electric Pea. Spośród wszystkich artystów, kojarzonych z rockiem progresywnym, wydających tegoż roku swe płyty nikt nie odniósł jednak takiego sukcesu komercyjnego jak Genesis. Zajęci swymi solowymi projektami trzej panowie: Banks, Collins i Rutherford znów spotkali się razem, by nagrać wspólnie kolejny album tego zasłużonego zespołu. Owszem, płyta „We Can’t Dance” brzmiała niesamowicie komercyjnie, ale obok tego bardzo różnorodnie. Obok kilku niekwestionowanych przebojów, znalazły się i utwory dłuższe, które były przygotowane specjalnie dla starych fanów zespołu. Całość spinała bogatość brzmienia i dbałość o każdy najmniejszy szczegół. W efekcie album sprzedawał się w zawrotnym tempie, a na świecie było raczej mało słuchaczy muzyki, którzy nie otarliby się o którąś z kompozycji. Można bez przesady powiedzieć, że płyta grana była w niemal każdej stacji radiowej, oraz stacjach TV nie tylko o typowo muzycznym profilu. Genesis przygotowywali wielką trasę koncertową. Mieli ich wspomóc tradycyjnie: Daryl Stuermer oraz Chester Thompson.Po dwóch latach milczenia do gry (tym razem do gry w kości) powrócili Rush. We wrześniu 1991 roku wydali album „Roll The Bones”. Była to jedna z najszybciej skomponowanych i nagranych przez zespół płyt. Wszystko zamknęło się w zaledwie kilku tygodniach. Kanadyjczycy po długich i żmudnych eksperymentach w drugiej połowie poprzedniej dekady, postanowili znacznie uprościć formy ku muzyce niemal pop-rockowej. Fani znów kręcili nosami, choć po latach albumu słucha się ze sporą przyjemnością. Muzycy jednak nie byli do końca z siebie zadowoleni i do produkcji kolejnej płyty znów zaangażowali Petera Collinsa, obiecując sobie powrót do nieco ostrzejszych form. Dziwne czasy nastały w Yes. Odłączeni od tej nazwy: Jon Anderson, Bill Bruford, Rick Wakeman i Steve Howe zajęci byli w najlepsze swym kolejnym projektem pod szyldem ABWH, gdy pokłócony z nimi „właściciel” nazwy YES, Chris Squire postanowił znów nagrać płytę pod legendarnym szyldem. Współpracowali z nim: Trevor Rabin, Tony Kaye i Alan White. Jednakże wytwórnia muzyczna niespodziewanie postawiła ultimatum: „ok.! nagrywacie, ale tylko z Andersonem”. Jon, niekwestionowana ikona zespołu jednak nie miał w zamiarach opuszczenia swoich kolegów z „nazwiskowego” projektu. Mając asa w rękawie zaproponował YesUnion, czyli nagranie podwójnego wydawnictwa pod szyldem Yes, które miały wypełnić zarówno kompozycje ABWH jak i „nowego Yes”. Przypominało to wszystko dobrą komedię, bo tych dziewięciu muzyków nigdy nie pojawiało się w studio razem. Jedynymi łącznikami byli właśnie Anderson (wiadomo, wokal) i Squire który zajął się chórkami. Ale i oni spotykali się sporadycznie. Płyta wyszła z tego tworu trochę nierówna, ale zawierająca kilka całkiem ciekawych fragmentów. Jednak nie wydaniem samego krążka najbardziej zainteresowani byli fani zespołu. O wiele bardziej interesującą sprawą była trasa koncertowa, promująca „Union”. Na scenie Yes nazywani byli Frankensteinem albo Ośmiornicą (a właściwie Dziewięciornicą). Rzecz jasna, na siłę „zjednoczeni” przez wytwórnię muzycy nie byli w stanie, a właściwie nawet nie próbowali wytrwać ze sobą dłużej niż do ostatniego, planowanego koncertu. Z ulgą rozjechali się w swoje strony. Komedia się skończyła, a mimo to nikt Yes nie rozwiązał. Bo… nie mógł. Ciążył nad zespołem jeszcze pewien zapis w kontrakcie z wytwórnią. Sądząc z następnych przypadków personalnych, dość kosztowny. Ale o tym później… Dream Theater po debiutanckim albumie i odejściu wokalisty, wzbogacił się o nową postać. Mowa oczywiście o Jamesie LaBrie, który stanie się wokalistą zespołu na dobre. James dotychczas występował w mało znanym zespole Winter Rose. Bardzo odpowiadał mu kierunek, w jakim idzie jego nowy zespół. Zbiegło się to z podpisaniem dość lukratywnego kontraktu z wytwórnią East-West Records, dzięki któremu muzycy mogli zabrać się za przygotowanie nowego, drugiego w dyskografii albumu studyjnego.Anathema tymczasem nie zwalniała tempa. Operatywni muzycy wkręcili się choćby jako support zdobywającego sporą popularność Paradise Lost. Był to strzał w dziesiątkę, który pozwolił młodym muzykom uwierzyć w siebie. Z dostępem do studio nie było problemu, bo Daniel i Vincent Cavanagh’owie pracowali zawodowo w MA Studios. Tam właśnie, w maju 1991 roku, zespół zarejestrował kolejne, cztero-utworowe demo, nazwane "All Faith Is Lost". Demo zostało wydane w lipcu i zebrało dobre recenzje. Zespół w stosunku do poprzedniej próbki okrzepł i nabrał dość oryginalnego brzmienia. Na horyzoncie pojawiła się pierwsza zmiana w składzie zespołu. Basista, Jamie Cavanagh postanowił poświecić się studiom. Na jego miejsce szybko znaleziono Duncana Pattersona. Nowy muzyk właściwie sam wpadł w łapy Daniela, który pracując w sklepie muzycznym poznał go, po prostu jako klienta. Słysząc próbkę umiejętności Duncana, zaproponował mu „posadę” basisty. Anathema koncertowała coraz częściej, robiło się o niej głośno, co spowodowało spore zainteresowanie ludzi z branży muzycznej. Po jednym z koncertów pojawił się człowiek z wytwórni Paceville. Zaproponował zespołowi współpracę, na początek namawiając muzyków na wzięcie udziału w składankowym albumie wytwórni, które ukazało się już w 1992 roku i nosiło tytuł „Paceville Volume 4”. Od jego powodzenia, jak powszechnie mówiono, uzależniony był kontrakt zespołu, choć ludzie z wytwórni już i tak byli nań zdecydowani, widząc ogromny potencjał w grupie z Liverpoolu. Rozwijali się także muzycy Big Big Train. W październiku 1991 roku wypuścili swoje pierwsze demo, zatytułowane „From the River to the Sea”. Zawierało ono 8 utworów, i w przeciągu kolejnych kilku miesięcy zostało nagrane jeszcze raz. W efekcie wydane zostało powtórnie w 1992 roku, tym razem już jako bardzo poważny materiał, dostępny już bardziej ogólnie. Szwajcarska Clepsydra weszła w rok 1991, z mocnym postanowieniem nagrania debiutanckiego albumu. I faktycznie długo czekać nie było trzeba! Najpierw ukazał się mini-album „Pieces From The Hologram” zawierający cztery utwory, z mającej niebawem ukazać się płyty „Hologram”. Sama płyta ukazała się jeszcze w tym samym roku i określała, w jakim kierunku zespół będzie podążał. Nowocześnie brzmiący rock symfoniczny, z mnóstwem ciekawych zakrętów instrumentalnych, oraz bardzo osobistymi tekstami Alouisio Magginiego. O zespole zrobiło się dość głośno wśród fanów gatunku. Była to typowa dla tego okresu muzyka, brzmiąca bardzo świeżo i bogato zaaranżowana.Tilo Wolff skierował swoją Lacrimosę do… własnej wytwórni (Hall Of Termon Records), którą właśnie otworzył. Wierzył w powodzenie zarówno swojego projektu muzycznego, jak i biznesowego przedsięwzięcia. Jeszcze w tym samym roku ukazał się debiutancki album, wydany oczywiście pod banderą nowej wytwórni, zatytułowany „Angst”. Przy muzycznej formie wyrażenia tytułowego strachu wspomogli Tilo: klawiszowiec Philippe Alioth, gitarzysta Roland Thaler oraz wiolonczelista Eric The Phantom. Muzycznie Lacrimosa oscylowała w klimatach muzyki klasycznej, elektronicznej i metalowej, bardzo odważnie je ze sobą spinając. Ponieważ było to zjawisko dość pionierskie, szybko spotkało się z zainteresowaniem słuchaczy. Tilo mógł, więc kontynuować swe wizje. Sporo działo się także u naszych rodzimych wykonawców. Przełom lat 80 i 90 był okresem rozkwitu zespołu Abraxas. Inspiracją dla nazwy była mityczna postać z powieści H. Hessego pt: "Demian", będąca bóstwem sił dobra i zła. Od początku istnienia kompozycje zespołu właśnie skupiają w sobie tematykę walki dobra ze złem. Staje się ona bardzo charakterystyczna dla twórczości muzyków. Liczne koncerty (min. z Ziyo, Rezerwatem...), kilka nagród muzycznych w różnych konkursach... Był to bardzo płodny twórczo okres w historii zespołu. Łukasza i Adama wspomagali wówczas Mikołaj Matyska na perkusji, pianista Krzysztof Pacholski, basista Rafał Ratajczak i grający na gitarze klasycznej Radek Kamiński. Cieszący się coraz większą popularnością warszawski Collage, bierze udział w festiwalu upamiętniającym postać Johna Lennona. Udany występ i kilka udanie, we własny sposób zaaranżowanych piosenek tego wielkiego muzyka, dają do zrozumienia „kolażom”, że warto by ten temat „pociągnąć”. Rozpoczynają się prace nad albumem, którego ideą będzie wspomnienie Lennona i jego wybranych utworów. W 1991 roku sporo działo się w obozie Landmarq. Zespół wszedł w kontakty z holenderską wytwórnią SI, która zaproponowała mu nagranie materiału demo. Zbiegły się z tym kłopoty z wokalistą zespołu - Bobem Daisley’em, który nie potrafił pogodzić pracy z zespołem, z zajęciami aktorskimi. Wybrał tą drugą drogę kariery. Zespół usilnie poszukując głosu do swej muzyki, zwrócił się do wokalistki Tracy Hitchings ale ta, zajęta współpracą z zespołem Ulysses odmówiła, choć bardzo poważnie rozważała współpracę z Landmarq. Na szczęście z pomocą przyszedł opiekun zespołu Ulysses, Karl Groom, oferując zespołowi obdarzonego bardzo charakterystycznym głosem Damiana Wilsona. Rok 1991 był także płodny w powstanie kilku ważnych zespołów. Jednym z nich był bez wątpienia szwedzki Änglagård. Wszystko zaczęło się latem tegoż roku, kiedy to uzdolniony wokalnie gitarzysta Tord Lindman oraz basista Johan Högberg poszukiwali muzyków, rozkochanych w progresywnej muzyce lat 70. Ich marzeniem było założyć zespół, grający właśnie w klimatach sprzed dwóch dekad. Dość szybko zgłosili się Thomas Johnson i Jonas Engdegård. Ten pierwszy okazał się prawdziwym multi-klawiszowcem, ogarniając niezliczoną liczbę tego typu instrumentów (z Hammondami, moogami i mallotronami włącznie). Jonas z kolei najlepiej czuł się w towarzystwie wszelkich gitar, najlepiej egzemplarzy z minionych dekad. Cała czwórka dość szybko znalazła wspólny język powoli komponując zalążki utworów, a także poszukując perkusisty. I dopięli swego niebawem, dołączając do składu utalentowanego Mattiasa Olssona, którego grę cechowała nie tylko dobra gra na perkusji, ale i niezliczonych instrumentach perkusyjnych. Od samego początku muzyka Änglagård nawiązywała do takich zespołów jak: King Crimson, Van Der Graaf Generator czy Genesis. Muzycy powoli snuli wizję nagrania swej pierwszej próbki demo. Kolejną nową nazwą było Pain Of Salvation. Choć w tym akurat wypadku zespół korzenie miał aż w roku 1984. Wtedy to właśnie Daniel Gildenlöw (wokal, gitara) założył swój pierwszy zespół mając (!!!) 11 lat. I o d razu trzeba wspomnieć, że to nie był żart! Zespół nazywał się Reality i dość szybko zasłynął w Szwecji, zarówno ze względu na wiek młokosa, jak i naprawdę dobre umiejętności instrumentalne. Idąc ścieżką wydeptaną przez słynny w połowie lat 80 Europe, młody muzyk zaprowadził swój zespół na cykliczny przegląd Swedish Annual Music Contest Rock-SM. Było to w 1987 roku. Po dalszych trzech latach okazało się, że dotychczasowy skład zespołu przestał się w pełni rozwijać. Dwaj napędowi muzycy: wspomniany Gildenlöw oraz Daniel Magdic postanowili przemeblować personalia zespołu. Za perkusją zasiadł zaledwie 14 letni John Langell. Dokooptowano też nowego basistę, Gustafa Hielma. W 1991 roku formacja postanowiła zmienić nazwę na Pain Of Salvation, grywając regularne próby, oraz okazjonalne koncerty. Na szersze wody wypływał także kolejny skandynawski frontman. Kiedyś już nawet o nim wspomnieliśmy, przy okazji szkolnej grupy Scarab, założonej na początku lat 80 w Helsinkach. Tommy Eriksson przez te kilka lat dojrzał muzycznie na tyle poważnie, by znów spróbować założyć zespół. Tommy, który dysponuje dość ciekawą barwą głosu oraz umiejętnościami gry na gitarze i instrumentach klawiszowych, lubował się przede wszystkim w muzyce Genesis. Zapewne niewielu z Was zdziwi fakt, że muzyk postanowił nazwać swą formację jako Ageness, stosując prawie anagram nazwy tego wielkiego zespołu. Od samego początku wraz z Tommym zespół współtworzył perkusista Kari Saaristo. Wkrótce do składu dokooptowani zostają: gitarzysta Vesa Auvinen, klawiszowiec z umiejętnościami wokalnymi Jari Laasanen oraz basista Jari Ukkonen. Młodzieńcze marzenia Toomy’ego zaczynały się spełniać.Po kilku bezowocnych latach istnienia, dla założonego w połowie lat 80-tych zespołu Final Conflict nareszcie nadeszły lepsze czasy. Dotychczas zespołowi udało się zarejestrować (na własny koszt w formie kasety) tylko dwa materiały, które należy traktować jako próbki demo. Pierwszy pod roboczym tytułem „Channel 8” w 1987 roku, a następny zatytułowany „The Time Has Arrived”, wydany w dwa lata później. Tym drugim wydawnictwem zespół zwrócił uwagę na siebie w wytwórni GAIA Records, która to zgodziła się wydać upragniony, debiutancki album zespołu, zatytułowany „Redress The Balance”. Zespołem niezmiennie kierowali Mark Price i Tony Moore, biorąc na siebie grę na wiodących muzykę gitarach i instrumentach klawiszowych. Wspomagali ich: basista Dave Bridgett oraz perkusista Darren Bland. Muzycznie oscylowali wokół kanadyjskiej Sagi, choć po latach przypięto im jeszcze łatkę święcącego właśnie swoje pierwsze poważne sukcesy Galahad. Całkiem niezły sukces spowodował, że wytwórnia GAIA dała muzykom zielone światło na pracę, nad kolejnym wydawnictwem. Mad Puppet przez wiele lat istnieli czynnie, ale z tej działalności mieliśmy dotąd tylko jeden owoc w postaci debiutanckiej płyty „Masque”. Było to… bagatela, okrągłe 10 lat temu. Zespół wreszcie się pozbierał i ni stąd, ni zowąd, we włoskim studio Newport nagrał drugą płytę! Nosiła ona tytuł „Not Only Mad”, a zespół w tym okresie tworzyli: Günter Falser (perkusja, instrumenty perkusyjne), Tom Pichler (gitara basowa, klarnet), Manni Kaufmann (instrumenty klawiszowe), Christoph Senoner (gitary), Manfred Schweigkafler (śpiew). Jeśli już jesteśmy we Wloszech, to należy jeszcze wspomnieć o zespole Men Of Lake. Tworzyli go: klawiszowiec Maurizio Poli, basista Marco Gadolti, perkusista Claudio Oberti oraz gitarzysta Mauro Borgogno. Obrali sobie oni wzorce sprzed dwóch dekad, oscylując wokół legend rocka progresywnego, takich jak Pink Floyd czy King Crimson. Debiutancki materiał, jaki właśnie zarejestrowali i wydali, zatytułowany po prostu „Men Of Lake” spotkał się z bardzo przychylnymi recenzjami. Zapewne było to po trosze podyktowane bardzo bogatym wykorzystaniem sporej ilości stylów w muzyce Men Of Lake. Artyści stosowali, bowiem zarówno zagrywki typowe dla rocka symfonicznego, space-rockową psychodelię, a obok nich jazz i blues. Mając poparcie słuchaczy, zespół mógł kontynuować obrany kierunek. Progresywny świat, zatem znów jaśniał wśród kolorowych reflektorów. Ci, którzy uparcie o niego walczyli pod koniec lat 80, mogli być z siebie dumni. Ci młodzi, mając ambitne wzorce, mogli ze spokojem patrzeć w przyszłość. Najważniejsze, że rozkwit postępował, obfitując w wiele świetnych wydawnictw, które właśnie powstały oraz tych które niebawem ujrzą światło dzienne. Krzysztof Baran Zobacz też: |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|



Nowe dziesięciolecie przynosiło ogromne zmiany w naszym kraju. W 1990 roku swój wieki przebój – „Zawsze tam gdzie Ty”, nagrali Lady Pank. Niezmiennie nadal szokowali kolejnymi skandalami, które powoli przestawały dziwić publikę. Niezmordowani nowofalowcy: Tilt, Kobranocka i KSU, oraz cała masa innych zespołów zagrały na pierwszym „wolnym” Jarocinie. Świat zdominowała płyta Depeche Mode - „Violator”, która była prawdziwą kopalną przebojów. Coraz więcej było słychać o Faith No More. Ogólnie nie był to bardzo bogaty w wyjątkowe wydawnictwa, rok.
Australijczycy z Aragon dopięli swego. Dwa lata po zarejestrowaniu albumu „Don’t Bring The Rain”, wreszcie została wydana wersja płyty na cd. Muzycy z Melbeurne koncertowali w najlepsze, stając się kultowym zespołem progresywnym na Antypodach. A ponieważ w krainie kangurów dba się o dobrą muzykę, ich kompozycje szybko dostały się do stacji radiowych w Europie. O Aragon mówiło się, że chlubnie wypełniają lukę po Marillion ery Fish’a. Zespół miał dość bogaty repertuar, grając na koncertach nie tylko muzykę z debiutanckiego albumu. Wiele z kompozycji, było już zarejestrowanych w formie demo, i czekało na półce.
Ciężkie czasy, jakie nastały w IQ, nie zniechęcały na szczęście zespołu do końca. Namówieni przez przyjaciół i najwierniejszych fanów, których nadal mieli mnóstwo, postanowili wrócić na scenę. Skład zespołu uzupełnił stary znajomy jeszcze z czasów The Lens - Les „Ledge” Marshal. Grał on zresztą wraz z Martinem Orfordem również w Jadis, więc sprawa była uproszczona. Pierwszy koncert odbył się w klubie Marquee, 6 stycznia 1990 roku. Partie wokalne wykonał Martin, ale w drugiej części występu jego miejsce za mikrofonem przejął niespodziewanie… Peter Nicholls. W serca fanów wstąpiła nadzieja reaktywacji „starego”, dobrego IQ. Została ona podsycona, gdy muzycy wystąpili jeszcze raz 22 lutego 1990 roku, tym razem w stolicy Francji. Przyjęcie znów było bardzo gorące, ale muzycy nadal nie mieli przekonania czy powinni grać razem jako IQ. Zespół zawieszony w próżni, czekał na dalszy rozwój zdarzeń… Tymczasem tuż za miedzą, w Jadis, Gary Chandler wolno łapał twórczy wiatr w żagle. Współpraca z Martinem Orfordem, wpłynęła na zespół, dając mu przysłowiowego kopniaka.
Trudne zadanie czekało na Steve Hogartha. Zastąpić charyzmatycznego Fish’a na scenie, przed publicznością, dla której wielki Szkot był niemal bogiem. Nowy wokalista Marillion dysponował zupełnie innym głosem, bardziej subtelnym, ciepłym. Tymczasem Fish dynamicznie wykrzykiwał swoje protesty, i z energią manifestował swoje kazania zawarte w tekstach. Hoggy (bo tak nazwano zdrobniale nowego wokalistę) zapewne nie bardzo lubił interpretować teksty swego poprzednika, a nawet czasem próbować go naśladować. Bardzo niezręczna rola. Nie oszukujmy się, utwory z poprzedniej ery nie koniecznie mu na scenie wychodziły, choć bardzo się starał. Jednak części koncertów, na których Marillion grali nowe numery, były zupełnie inne. Widać to było i po samym wokaliście. W efekcie zdarzały się zarówno rzęsiste brawa, jak i gwizdy i okrzyki w stylu „gdzie jest Fish”. Zespół kontynuował trasę „Seasons End Tour” odwiedzając na początku roku, po raz pierwszy w swej historii gorącą Brazylię. Później trasa wiodła przez Kanadę i USA. Do Europy muzycy zawitali dopiero 8 marca, zaliczając koncert w Madrycie. Później na trasie były min Francja, Niemcy, Włochy. Złośliwcy mówili, że zespół unika koncertów w Zjednoczonym Królestwie, gdzie fanatyczni zwolennicy starej ery Marillion, mieliby okazję do „starcia” z Hoggym, którego póki, co nie trawili. Mniej ortodoksyjni fani jednak powoli przyzwyczaili się do sympatycznego Steve’a, choć koncerty zespołu nie niosły już takiej dawki energii jak kilka lat temu. W drugiej połowie roku wreszcie, zespół pojawił się w Anglii i powoli wprowadzał, w swych występach nowy materiał, nad którym zresztą właśnie zaczynał pracować. Protesty fanatycznej części publiczności zwolna zanikały, część z nich w ogóle odwróciła się od zespołu, tolerując tylko „stary” Marillion, i identyfikując go z osobą Fisha. Hoggy, można powiedzieć, był wprowadzony. Zespół zaczynał powoli zmieniać swój wizerunek oraz brzmienie…
Fish tymczasem przygotowywał się do wydania swego pierwszego solowego albumu. Płyta „Vigil In A Wilderness Of Mirror” bardzo ucieszyła fanów starego Marillion. Derek był nadal sobą. Napisał bardzo dobre teksty, wciąż był silny osobowo, a co za tym idzie niezmiennie charyzmatyczny. Muzyka oczywiście brzmiała trochę inaczej, niż w jego dawnym zespole, ale to zupełnie naturalne. Wszak Szkot pracował teraz z zupełnie innymi muzykami. Utwory były prostsze w odbiorze, a siłą napędową albumu był jego głos. Wciąż ten sam, ten, na który czekali fani. Album promował singiel „State Of Mind”. Fish w wywiadach mówił, że chciał, aby „Vigil…” był tytułem kolejnego albumu Marillion. Większość tekstów zresztą była już wówczas gotowa. Echa Marillion najbardziej słychać było w utworze tytułowym, oraz w balladzie „Cliche”, w której Derek wyznał miłość swojej żonie, Tammy. Pozostałe utwory były po prostu rockowymi piosenkami, zagranymi przez zespół pod dyktando wielkiego Szkota, tak jak to sobie Szef wyznaczył. Płyta cieszyła się sporym powodzeniem, zwłaszcza wśród fanów starego Marillion, co zresztą było zrozumiałe. Sporym powodzeniem cieszyły się także koncerty artysty, choć te nie były już tak regularne jak występy jego starego zespołu.
Innym Szwajcarem, który spróbował w 1990 roku zaistnieć na scenie był niejaki Tilo Wolff. Będąc pod ogromnym wpływem muzyki klasycznej (nazwa zespołu odnosi się do ostatniej części „Requiem d-moll” Mozzarta) oraz, z drugiej strony mrocznych syntezatorów i ciężko brzmiącego metalu postanowił założyć projekt muzyczny Lacrimosa. Nieodłączną postacią, towarzyszącą Tilo w dalszym istnieniu jego projektu stał się arlekin Jester, symbolizujący „płacz przez śmiech” (hołd dla Charliego Chaplina, ulubieńca Tilo). Jeszcze w tym samym roku muzyk, w pojedynkę zarejestrował krótki materiał demo, zatytułowany „Clamor”, który zawierał tylko dwie kompozycje („Requiem” i „Seele In Not”).
Rok 1990 w ogóle obfitował w narodziny wielu progresywnych formacji, które za kilka lat znajdą się w I lidze gatunku. W angielskim Bournemouth dwaj znajomi postanawiają założyć band o nazwie Big Big Train. Są nimi: piszący piosenki Gregory Spawton, oraz odpowiedzialny za produkcję Andy Poole. Korzenie zespołu sięgają jednak dalej, bo aż do roku 1983, kiedy to Andy Poole wraz ze swym szkolnym przyjacielem – Ianem Cooperem odkrywają w sobie talent twórczy, pisząc piosenki i zakładając zespół Archshine. W tym samym czasie Greg Spawton tworzy swój pierwszy zespół, Equus. Ani jednym, ani drugim jednak nie było dane zaistnieć na tyle, by odnieść jakiś większy sukces. Andy i Greg poznali się przypadkiem w 1987 roku, a ponieważ krążyli wokół tych samych muzycznych klimatów (Genesis, Van Der Graaf Generator) szybko się zaprzyjaźnili. Mając za sobą pierwsze doświadczenia związane z pracą zespołową, postanowili połączyć swe siły. Duże wrażenie w tym czasie robiły na nich takie zespoły jak Marillion i IQ. Andy Poole nawet miał epizod jako wolnotariusz wspomagający koncerty The Lens i IQ. Zespół Big Big Train oficjalnie jest kontynuatorem schedy po zespole Archshine. To właśnie w 1990 roku nastąpiła jej zmiana. W tym czasie niezwykle trudno było o dobrych wokalistów, w dodatku zainteresowanych współpracą z zespołami, nastawionymi na rocka progresywnego. Po długich poszukiwaniach, zespół natrafił wreszcie na wokalistę Martina Read’a. Skład uzupełniali: młodziutki perkusista Steve Hughes oraz stary przyjaciel Andy’ego, klawiszowiec Ian Cooper.
Teraz będzie o zespole, którego korzenie są w… afrykańskiej Bostwanie! Przynajmniej korzenie nazwy. Według książki Wilbura Smitha „Ptak Słońca”, Opeth to zaginione, starożytne miasto Fenicjan, zwane także „Księżycowym Miastem”, położone właśnie na południu afrykańskiego kontynentu. Ale zespół nie tworzyli Fenicjanie tylko Szwedzi. Geneza była dość prosta. W Sztokholmie młody David Isberg skontaktował się z Mikaelem Åkerfeldtem, mając w zamiarach założenie kapeli. Będący pod wpływem wspomnianej książki Mikael postanowił nazwać zespół nazwą Opeth. Sam grał na gitarze i potrafił śpiewać. Posiadał także zdolności kompozytorskie, oraz umiejętność pisania tekstów. Od początku stał się liderem formacji, która na początku swego istnienia grała ciężki Death Metal. Pierwszy skład uzupełniali: perkusista Anders Nordin, basista Nick Döring oraz gitarzysta Andreas Dimeo. Dwaj ostatni nie zagrzali jednak długo miejsca w zespole, zostając zastąpionymi przez basistę Johana DeFarfalla oraz gitarzystę Kima Petterssona. Od początku Opeth mieli jednak pecha do basistów. Johan także opuścił formację. Szybko jednak znalazł się Peter Lindgren i w ten sposób skład zespołu wreszcie się ustabilizował.
Jak powszechnie wiadomo, miasto Liverpool to wylęgarnia zespołów rockowych. Jeden z nich powstał także w 1990 roku. Początkowo nazywał się Pagan Angel, a w skład jego wchodzili: Darren White (wokal), Daniel Cavanagh (gitara), Vincent Cavanagh (gitara), Jamie Cavanagh (gitara basowa), John Douglas (perkusja). Od początku liderem formacji był gitarzysta Daniel. Młodzi, ambitni muzycy, wywodzący się z miasta z ogromnymi, rockowymi tradycjami mieli ułatwiony dostęp do możliwości rejestrowania materiałów demo. Kilku z nich pracowało w miejscowej wytwórni muzycznej. Jeszcze w listopadzie 1990 roku zarejestrowali kasetę demo, zatytułowaną "An Iliad Of Woes". Wraz z pierwszymi nagraniami została zmieniona również nazwa zespołu na Anathema. Od początku grali gotyckiego rocka z zabarwieniem w kierunku rockowej progresji.
Fascynatów King Crimson na świecie było wielu. Dwaj z nich byli na tyle zamiłowani w muzyce Karmazynowego Króla, że postanowili razem eksperymentować instrumentalnie w jego klimatach. Nazywali się: Nicklas Berg (grający na gitarze) i Jan Erik Liljeström (śpiewający basista). Poszukując perkusisty postanowili skorzystać z usług Petera Nordinsa – wieloletniego przyjaciela Nicklasa. Nazwali się King Edward, grając muzykę instrumentalną (głównie covery King Crimson) do momentu, gdy wokalnie (na jedynym zresztą koncercie zespołu pod tą nazwą) wspomogła ich Anna Sofi Dahlberg. Wówczas postanowili zmienić nazwę na Anekdoten, decydując się na stworzenie własnych kompozycji z myślą o wydaniu ich na płycie.
Również we Włoszech powstawały nowe zespoły. Spośród nich wymienić koniecznie trzeba dwa: FancyFluid i Eris Pluvia. Pierwszy z nich nawiązywał wyraźnie do nurtu neo-progresywnego, mając w tym czasie za wzór wczesny Marillion. Zespół tworzyli: Max Gotta (gitary) Paolo Annone (bas) Roberto Pasquino (perkusja) Fabrizio Goria (śpiew, gitara akustyczna) Sandro Bruni (instrumenty klawiszowe). Zespół starał się ubarwić swą muzykę, stosując tak klasyczne instrumenty jak: saksofon, flet i skrzypce. W tym samym roku muzycy zarejestrowali materiał, który wydali na swym debiutanckim krążku, zatytułowanym „Weak Waving” potwierdzając spore, muzyczne możliwości.
Druga grupa (Eris Pluvia) grała bardzo charakterystycznie dla włoskiej sceny rocka progresywnego, mając za wzór choćby legendarne Le Orme. Muzycy obcowali z jazzem, bluesem a także nowocześnie brzmiącymi składowymi, charakterystycznymi dla rocka neoprogresywnego. W skład zespołu wchodzili: Marco Foralla (bas) Martino Murtas (perkusja) Paolo Raciti (klawisze) Alessandro Serri (gitary, wokal). Jeszcze w roku 1990 muzycy zarejestrowali pierwszą próbkę swych umiejętności na mini albumie „Pushing Together”. W niespełna rock później, w towarzystwie jeszcze kilku innych muzyków, zaproszonych specjalnie na tą okazję wydali album „Rings of Earthly Light”.
Rok 1991 obfitował w wiele znakomitych albumów muzycznych. W Seattle, można powiedzieć, że na salony został wystrzelony nurt rocka, o nazwie Grunge. Wszystko to za sprawą Curta Cobaina i jego Nirvany. Album „Nevermind” po prostu zmiatał wszystko z powierzchni ziemi. Drugim równie ważnym wydawnictwem była płyta Queen – „Innuendo”. Album, zdaniem krytyków i fanów, znakomity w każdym calu. Niestety przeciwwagą dla sukcesu tej płyty był coraz gorszy stan zdrowia Frediego Mercury, chorego na AIDS. Dzień 24 listopada 1991 roku, zapisał się w czarnych barwach. Jest do dziś uważany, za jeden z najczarniejszych w historii rocka. Freddie, wycieńczony wirusem, zmarł. Po kilku latach milczenia, na scenę powracali, z albumem „On Every Street”, Dire Straits. Płyta sprzedawała się bardzo dobrze, podobnie jak dzieło REM, zatytułowane „Out Of Time”. Swoje brzmienie
przebudowali w tym czasie U2. Płyta „Achtung Baby” brzmiała, dla fanów zespołu dość kontrowersyjnie, ale również odniosła sukces komercyjny. Udane albumy wydali też: Sting, Guns’n’Roses (bardzo popularne w tym czasie), oraz nieco komercyjna Metallica. Na scenie pojawili się także ci, o których niebawem będzie głośniej, min.: Soundgarden, The Smashing Pumpkins, Pearl Jam (świetny debiut „Ten”). W Polsce, wraz z powstaniem komercyjnych stacji radiowych, do głosu dochodził pop, a z ważniejszych rockowych wydarzeń mieliśmy powrót Republiki.
W roku 1991 wychodzi również pewna płyta, która wielu wykonawcom z progresywnego nurtu nakreśli dalszą drogę. Płytą tą jest „The World” Pendragon. Przepiękny, dopracowany w każdym calu album, długo dopieszczany w studio przez swych twórców. Materiał przynosi kilka krótkich piosenek, popartych dwoma długimi, rozbudowanymi utworami, które na zawsze zapisały się w sercach fanów. Mowa tu o: „The Voyager” oraz rozbudowanej, wielowątkowej suicie „The Queen Of Hearts”. Niedawno rozbudowane studio muzyczne wytwórni TOFF Records, po prostu wydało perełkę. To właśnie „The World” sprawiła, że o zespole wreszcie stało się głośno, a sam album odniósł wielki sukces komercyjny, co w kanonach rocka progresywnego nie jest częstą rzeczą. Odtąd Pendragon stali na równi z innymi wielkimi tegoż gatunku, i byli kojarzeni jako filar neoprogresywnego rocka.
Nareszcie odnalazł się zaginiony Andrew Latimer. Kilka lat posuchy w Camel było spowodowane min kłopotami finansowymi Andy’ego, który musiał wyemigrować do Stanów Zjednoczonych. Tam komponował, a wraz ze swoją żoną Susan Hoover postanowił otworzyć własną wytwórnię, którą nazwał Camel Productions. Książka Johna Steinbecka - "The Grapes of Wrath" niezwykle pasowała do tego trudnego okresu artysty. Nic więc dziwnego, że powstały wreszcie concept-album artysta oparł właśnie na jej podstawie. Płyta nosiła tytuł „Dust & Dreams”. Z Latimerem, nad muzyką pracowali min: klawiszowiec Ton Scherpenzeel, wokalistka Mae McKenna, wokalista David Paton, i oczywiście basista Colin Bass. Materiał wypełniała bardzo subtelna, chwilami wręcz smutna, piękna muzyka, obrazująca migrację biednych rolników z Oklahomy do Californii, przeciwstawiających się niezliczonym trudom tej drogi, takim jak przemoc, burze piaskowe, choroby. Stroną aranżacji tematu, oraz napisaniem większości tekstów zajęła się żona Andy’ego – Susan.
Fish w tym okresie również wydał płytę. Album „Internal Exile” zadedykował swojej córce, Tarze. Płyta brzmiała nieco inaczej, niż poprzedniczka. O starych związkach z Marillion przypominała w zasadzie tylko kompozycja „Shadowplay”. Fish, bowiem usilnie starał się o swój własny, oryginalny wizerunek. W związku z tym, sporo było w materiale, celtyckich, folkowych naleciałości. W tym czasie oprócz nagrywania muzyki, Szkot na dobre odkrył w sobie rolę aktora. Ponieważ gra sceniczna podczas koncertów, nie była mu obca, ba! Nawet z niej słynął, zaczął grywać w filmach i serialach TV. Pierwszą jego rolą była gra w filmie „Zorro”, a następnie występ w filmie TV – „Jute City”.
Muzycy Twelfth Night, przez ostatnich kilka lat tylko pozornie milczeli. Tak naprawdę spotykali się kilkukrotnie, a owocem owych spotkań było zarejestrowanie starego, 20-minutowego, epickiego utworu „The Collector”, granego przez zespół już na początku lat 80’tych. Zespół zarejestrował także nową wersję „Love Song”, jednego z najbardziej charakterystycznych utworów zespołu. Co niezwykle ważne, w przedsięwzięciach tych uczestniczył legendarny wokalista zespołu, Geoff Mann. W 1991 roku wytwórnia Music For Nations postanowiła wydać kompilacyjny album zespołu, zawierający min. wspomniane obydwie kompozycje. Płytę nazwano „Collectors Item” i do dziś stanowi kultową kompilację zespołu. Największe znaczenie, obok ciekawej zawartości, w tym wypadku ma fakt, że było to ostatnie dzieło Geoff’a z zespołem. Frontman od jakiegoś czasu był ciężko chory na raka, a choroba niestety postępowała…
Spośród wszystkich artystów, kojarzonych z rockiem progresywnym, wydających tegoż roku swe płyty nikt nie odniósł jednak takiego sukcesu komercyjnego jak Genesis. Zajęci swymi solowymi projektami trzej panowie: Banks, Collins i Rutherford znów spotkali się razem, by nagrać wspólnie kolejny album tego zasłużonego zespołu. Owszem, płyta „We Can’t Dance” brzmiała niesamowicie komercyjnie, ale obok tego bardzo różnorodnie. Obok kilku niekwestionowanych przebojów, znalazły się i utwory dłuższe, które były przygotowane specjalnie dla starych fanów zespołu. Całość spinała bogatość brzmienia i dbałość o każdy najmniejszy szczegół. W efekcie album sprzedawał się w zawrotnym tempie, a na świecie było raczej mało słuchaczy muzyki, którzy nie otarliby się o którąś z kompozycji. Można bez przesady powiedzieć, że płyta grana była w niemal każdej stacji radiowej, oraz stacjach TV nie tylko o typowo muzycznym profilu. Genesis przygotowywali wielką trasę koncertową. Mieli ich wspomóc tradycyjnie: Daryl Stuermer oraz Chester Thompson.
Dziwne czasy nastały w Yes. Odłączeni od tej nazwy: Jon Anderson, Bill Bruford, Rick Wakeman i Steve Howe zajęci byli w najlepsze swym kolejnym projektem pod szyldem ABWH, gdy pokłócony z nimi „właściciel” nazwy YES, Chris Squire postanowił znów nagrać płytę pod legendarnym szyldem. Współpracowali z nim: Trevor Rabin, Tony Kaye i Alan White. Jednakże wytwórnia muzyczna niespodziewanie postawiła ultimatum: „ok.! nagrywacie, ale tylko z Andersonem”. Jon, niekwestionowana ikona zespołu jednak nie miał w zamiarach opuszczenia swoich kolegów z „nazwiskowego” projektu. Mając asa w rękawie zaproponował YesUnion, czyli nagranie podwójnego wydawnictwa pod szyldem Yes, które miały wypełnić zarówno kompozycje ABWH jak i „nowego Yes”. Przypominało to wszystko dobrą komedię, bo tych dziewięciu muzyków nigdy nie pojawiało się w studio razem. Jedynymi łącznikami byli właśnie Anderson (wiadomo, wokal) i Squire który zajął się chórkami. Ale i oni spotykali się sporadycznie. Płyta wyszła z tego tworu trochę nierówna, ale zawierająca kilka całkiem ciekawych fragmentów. Jednak nie wydaniem samego krążka najbardziej zainteresowani byli fani zespołu. O wiele bardziej interesującą sprawą była trasa koncertowa, promująca „Union”. Na scenie Yes nazywani byli Frankensteinem albo Ośmiornicą (a właściwie Dziewięciornicą). Rzecz jasna, na siłę „zjednoczeni” przez wytwórnię muzycy nie byli w stanie, a właściwie nawet nie próbowali wytrwać ze sobą dłużej niż do ostatniego, planowanego koncertu. Z ulgą rozjechali się w swoje strony. Komedia się skończyła, a mimo to nikt Yes nie rozwiązał. Bo… nie mógł. Ciążył nad zespołem jeszcze pewien zapis w kontrakcie z wytwórnią. Sądząc z następnych przypadków personalnych, dość kosztowny. Ale o tym później…
Dream Theater po debiutanckim albumie i odejściu wokalisty, wzbogacił się o nową postać. Mowa oczywiście o Jamesie LaBrie, który stanie się wokalistą zespołu na dobre. James dotychczas występował w mało znanym zespole Winter Rose. Bardzo odpowiadał mu kierunek, w jakim idzie jego nowy zespół. Zbiegło się to z podpisaniem dość lukratywnego kontraktu z wytwórnią East-West Records, dzięki któremu muzycy mogli zabrać się za przygotowanie nowego, drugiego w dyskografii albumu studyjnego.
Szwajcarska Clepsydra weszła w rok 1991, z mocnym postanowieniem nagrania debiutanckiego albumu. I faktycznie długo czekać nie było trzeba! Najpierw ukazał się mini-album „Pieces From The Hologram” zawierający cztery utwory, z mającej niebawem ukazać się płyty „Hologram”. Sama płyta ukazała się jeszcze w tym samym roku i określała, w jakim kierunku zespół będzie podążał. Nowocześnie brzmiący rock symfoniczny, z mnóstwem ciekawych zakrętów instrumentalnych, oraz bardzo osobistymi tekstami Alouisio Magginiego. O zespole zrobiło się dość głośno wśród fanów gatunku. Była to typowa dla tego okresu muzyka, brzmiąca bardzo świeżo i bogato zaaranżowana.
Sporo działo się także u naszych rodzimych wykonawców. Przełom lat 80 i 90 był okresem rozkwitu zespołu Abraxas. Inspiracją dla nazwy była mityczna postać z powieści H. Hessego pt: "Demian", będąca bóstwem sił dobra i zła. Od początku istnienia kompozycje zespołu właśnie skupiają w sobie tematykę walki dobra ze złem. Staje się ona bardzo charakterystyczna dla twórczości muzyków. Liczne koncerty (min. z Ziyo, Rezerwatem...), kilka nagród muzycznych w różnych konkursach... Był to bardzo płodny twórczo okres w historii zespołu. Łukasza i Adama wspomagali wówczas Mikołaj Matyska na perkusji, pianista Krzysztof Pacholski, basista Rafał Ratajczak i grający na gitarze klasycznej Radek Kamiński.
Rok 1991 był także płodny w powstanie kilku ważnych zespołów. Jednym z nich był bez wątpienia szwedzki Änglagård. Wszystko zaczęło się latem tegoż roku, kiedy to uzdolniony wokalnie gitarzysta Tord Lindman oraz basista Johan Högberg poszukiwali muzyków, rozkochanych w progresywnej muzyce lat 70. Ich marzeniem było założyć zespół, grający właśnie w klimatach sprzed dwóch dekad. Dość szybko zgłosili się Thomas Johnson i Jonas Engdegård. Ten pierwszy okazał się prawdziwym multi-klawiszowcem, ogarniając niezliczoną liczbę tego typu instrumentów (z Hammondami, moogami i mallotronami włącznie). Jonas z kolei najlepiej czuł się w towarzystwie wszelkich gitar, najlepiej egzemplarzy z minionych dekad. Cała czwórka dość szybko znalazła wspólny język powoli komponując zalążki utworów, a także poszukując perkusisty. I dopięli swego niebawem, dołączając do składu utalentowanego Mattiasa Olssona, którego grę cechowała nie tylko dobra gra na perkusji, ale i niezliczonych instrumentach perkusyjnych. Od samego początku muzyka Änglagård nawiązywała do takich zespołów jak: King Crimson, Van Der Graaf Generator czy Genesis. Muzycy powoli snuli wizję nagrania swej pierwszej próbki demo.
Kolejną nową nazwą było Pain Of Salvation. Choć w tym akurat wypadku zespół korzenie miał aż w roku 1984. Wtedy to właśnie Daniel Gildenlöw (wokal, gitara) założył swój pierwszy zespół mając (!!!) 11 lat. I o d razu trzeba wspomnieć, że to nie był żart! Zespół nazywał się Reality i dość szybko zasłynął w Szwecji, zarówno ze względu na wiek młokosa, jak i naprawdę dobre umiejętności instrumentalne. Idąc ścieżką wydeptaną przez słynny w połowie lat 80 Europe, młody muzyk zaprowadził swój zespół na cykliczny przegląd Swedish Annual Music Contest Rock-SM. Było to w 1987 roku. Po dalszych trzech latach okazało się, że dotychczasowy skład zespołu przestał się w pełni rozwijać. Dwaj napędowi muzycy: wspomniany Gildenlöw oraz Daniel Magdic postanowili przemeblować personalia zespołu. Za perkusją zasiadł zaledwie 14 letni John Langell. Dokooptowano też nowego basistę, Gustafa Hielma. W 1991 roku formacja postanowiła zmienić nazwę na Pain Of Salvation, grywając regularne próby, oraz okazjonalne koncerty.
Na szersze wody wypływał także kolejny skandynawski frontman. Kiedyś już nawet o nim wspomnieliśmy, przy okazji szkolnej grupy Scarab, założonej na początku lat 80 w Helsinkach. Tommy Eriksson przez te kilka lat dojrzał muzycznie na tyle poważnie, by znów spróbować założyć zespół. Tommy, który dysponuje dość ciekawą barwą głosu oraz umiejętnościami gry na gitarze i instrumentach klawiszowych, lubował się przede wszystkim w muzyce Genesis. Zapewne niewielu z Was zdziwi fakt, że muzyk postanowił nazwać swą formację jako Ageness, stosując prawie anagram nazwy tego wielkiego zespołu. Od samego początku wraz z Tommym zespół współtworzył perkusista Kari Saaristo. Wkrótce do składu dokooptowani zostają: gitarzysta Vesa Auvinen, klawiszowiec z umiejętnościami wokalnymi Jari Laasanen oraz basista Jari Ukkonen. Młodzieńcze marzenia Toomy’ego zaczynały się spełniać.
Mad Puppet przez wiele lat istnieli czynnie, ale z tej działalności mieliśmy dotąd tylko jeden owoc w postaci debiutanckiej płyty „Masque”. Było to… bagatela, okrągłe 10 lat temu. Zespół wreszcie się pozbierał i ni stąd, ni zowąd, we włoskim studio Newport nagrał drugą płytę! Nosiła ona tytuł „Not Only Mad”, a zespół w tym okresie tworzyli: Günter Falser (perkusja, instrumenty perkusyjne), Tom Pichler (gitara basowa, klarnet), Manni Kaufmann (instrumenty klawiszowe), Christoph Senoner (gitary), Manfred Schweigkafler (śpiew).
Jeśli już jesteśmy we Wloszech, to należy jeszcze wspomnieć o zespole Men Of Lake. Tworzyli go: klawiszowiec Maurizio Poli, basista Marco Gadolti, perkusista Claudio Oberti oraz gitarzysta Mauro Borgogno. Obrali sobie oni wzorce sprzed dwóch dekad, oscylując wokół legend rocka progresywnego, takich jak Pink Floyd czy King Crimson. Debiutancki materiał, jaki właśnie zarejestrowali i wydali, zatytułowany po prostu „Men Of Lake” spotkał się z bardzo przychylnymi recenzjami. Zapewne było to po trosze podyktowane bardzo bogatym wykorzystaniem sporej ilości stylów w muzyce Men Of Lake. Artyści stosowali, bowiem zarówno zagrywki typowe dla rocka symfonicznego, space-rockową psychodelię, a obok nich jazz i blues. Mając poparcie słuchaczy, zespół mógł kontynuować obrany kierunek. 






































