|
„Błazeńskie łzy i bezwzględny Grendel otwierają świat Faktów i Fikcji”
Lata 1981-82 były okresem sporych zmian w muzyce. Królestwo Albionu wydało na świat swoje nowe dziecko – New Romantic. Styl ten charakteryzował się bogatym wykorzystaniem syntezatorów i elektroniki, która szturmem wdzierała się w owym czasie do muzyki, a także ostrym wizerunkiem scenicznym artystów, którzy ubierali się dość ekstrawagancko, nosili charakterystyczne, fantazyjne, kolorowe fryzury i zdobili swe twarze wyszukanymi makijażami. Bardzo ważnym elementem stylu stały się teledyski, wspomagane często bardzo bogatymi budżetami (słynęli z tego Duran Duran). Album „Vienna” zespołu Ultravox, kierowanego przez Midge Ure’a zatrząsł w swoim czasie listami przebojów, a do dnia dzisiejszego sporo ludzi słuchających rocka progresywnego za muzyczną odskocznię przyjmuje fascynację New Romantic i grupami, takimi właśnie jak: Ultravox, Alphaville, Classix Nouveaux, Human League, Icehouse, New Order, O.M.D. czy Tears For Fears. Po kilku latach do tego nurtu wdarło się niestety mnóstwo kiczu, co sprawiło, że zainteresowanie nim drastycznie zmalało. 14 marca 1981 roku, w Red Lion Pub, w angielskim Bicester miał miejsce pierwszy historyczny występ Fisha z… no właśnie, już nie Silmarillion, bowiem Derek uparł się, że pierwszy człon („sil”) kojarzy się zbytnio ze słowem „silly” (czyli głupek). Za jego namową zespół postanowił zmienić nazwę i w ten sposób narodził się Marillion. Grupa rozbijała się po środkowej Anglii, swoją starą furgonetką, zwaną pieszczotliwie Margaret (czyżby to na cześć ówczesnej Pani Premier?), biorąc w ciemno wszystkie możliwe okazje do zagrania na żywo. W efekcie dość szybko stała się rozpoznawalna. Duża w tym zasługa Fisha, który oprócz tego, że szokował swymi makijażami, odgrywał na scenie przeróżne role i potrafił zawładnąć publicznością! Szybko został okrzyknięty nowym Peterem Gabrielem. Twórczość wczesnego Genesis miała zresztą ogromny wpływ na muzykę Marillion). W owym czasie w ręce muzyków wpadła książka Johna Gardnera „Grendel”, opowiadająca historię tytułowego potwora, szykanowanego przez ludzi mieszkających opodal jego siedliska. Historia ta, będąca rozprawą nad ludzką nietolerancją i hipokryzją, tak bardzo wpłynęła na Fisha, że ten postanowił ją „opowiedzieć” w jednym z utworów. Steve Rothery zaintonował motyw na gitarze akustycznej i… powstał wielki, epicki, wielowątkowy „Grendel” – suita-klasyk, zbudowana trochę w sposób jak wielkie „Super’s Ready” Genesis. Odtąd „Grendel” stał się numerem obowiązkowym w repertuarze Marillion, w finale którego Fish, ucharakteryzowany na potwora, wciągał na scenę wybranego fana i rozprawiał się z nim, odgrywając krwawy akt zemsty. W lipcu Marillion wreszcie weszli do studia, by zarejestrować swoje demo, zarówno do celów promocyjnych, jak i do sprzedaży na koncertach – wszak każdy grosz liczył się dla zdolnych, acz ubogich muzyków. Zarejestrowane zostały: „He Knows You Know”, „Garden Party” i „Charting The Single”. Ogromnym sukcesem zespołu okazało się supportowanie występów Budgie, dzięki czemu zespół zaczął grywać w coraz większych klubach i salach. Niestety, klawiszowiec Brian Jelliman zaczął znacznie odstawać umiejętnościami od reszty zespołu.
W tym czasie ci, których muzyka była główną inspiracją dla większości młodych zespołów, czyli Genesis, nagrali mocno kontrowersyjną i wzbudzającą mieszane uczucia płytę „Abacab”. Płyta brzmiała… (nikogo nie urażając) zgoła inaczej, niż dotychczasowe. Zabrakło na niej wielu elementów, do jakich Genesis przyzwyczaili słuchaczy dotychczas, natomiast pojawiło się sporo eksperymentów z dźwiękiem oraz z zalewającymi świat muzyki elektronicznymi cackami. Panował na „Abacab” głównie rytm, którego rozmaite wcielenia, rzadko, niestety, wywodziły się z akustycznej perkusji. Znane z wcześniejszych albumów dłuższe partie instrumentalne reprezentował tu tylko jeden jedyny fragment w utworze „Dodo/Luker”. W efekcie spora liczba starych fanów zaczęła tracić serce do zespołu, by delikatnie odzyskiwać wiarę i nadzieję w Genesis na koncertach. Na nich, bowiem utwory takie jak „Dodo”, „Abacab”, czy też „Me & Sarah Jane” brzmiały znacznie lepiej. Spora to zasługa Daryla Stuermera, który na koncertach wspomagał zespół. Można rzec, że stał się jego stałym gitarzystą koncertowym. Również za perkusją zasiadał, wspomagający Genesis, Chester Thompson. Dzięki tym zabiegom występy na żywo brzmiały co najmniej dobrze.
W tym też czasie na scenę powrócili King Crimson, z albumem „Discipline”, który również brzmiał o zgoła inaczej, niż ostatnie dokonania zespołu, od których minęło ponad 5 lat! Robert Fripp, w porozumieniu z Billem Brufordem, tym razem zaprosił do składu gitarzystę Talking Heads, Adriana Belew oraz basistę Tony’ego Levina, będącego dotychczas tylko muzykiem sesyjnym. Okazał się to być strzał w dziesiątkę, gdyż wszyscy wspomniani muzycy na bardzo długo zagościli w King Crimson. Ciekawostką jest fakt, że Fripp początkowo nie chciał, by nowy skład nosił nazwę Karmazynowego Króla. Zespół nazywał się wówczas tak, jak tytuł płyty – Discipline. Jednak po pewnym czasie chęć wskrzeszenia Króla wygrała i płyta ukazała się pod sztandarem King Crimson. Brzmiała dość skomplikowanie, by nie powiedzieć chaotycznie, ale jako całość uderzała kolejnym przemyślanym materiałem. Tradycyjnie, według lidera zespołu, najlepszym sposobem na tworzenie nowej muzyki były występy na żywo i liczne towarzyszące im improwizacje. Dlatego też zespół koncertował, można rzec, bezustannie. Podczas występów wrażenie robił instrument nowego basisty, Tony’ego. Jego gitara basowa posiadała bowiem aż 10 strun, a sam Levin grał na niej tak swobodnie, jakby była najnormalniejszą pod słońcem gitarą. W czerwcu 1982 roku muzycy wydali kolejny album nowego wcielenia Króla. Nosił on tytuł „Beat” i był poniekąd rozwinięciem „Discipline”. Szaleńcza trasa koncertowa trwała nadal, a nowi muzycy, odkryci niejako przez Frippa, otrzymywali mnóstwo propozycji udziału w licznych projektach muzycznych. Pod koniec roku zespół zawiesił nagle działalność, by po dwóch kolejnych latach wydać album „Three Of The Perfect Pair”. Po nagraniu tej płyty Karmazynowy Król znów zapadł w sen. Tym razem na bardzo długo…
Nieco wcześniej słynne trio: Di Meola, McLaughlin, de Lucia wydało album „Friday Night In San Francisco”, przepełniony gitarowymi improwizacjami, do dziś uznawany za wirtuozerską klasykę. Z kolei, na zupełnie innym biegunie muzycznej sceny, Krafwerk budowali swoje kalkulatory i mikrokomputery na albumie „Computer World”, a w Polsce Exodus wydał swój album „Supernova”.
Za oceanem, w dalekim Seattle, dwóch kumpli od jakiegoś czasu tłukło się po rozmaitych cover-bandach, grając przeróbki swych heavy-metalowych guru. Chris DeGarmo i Michael Wilton byli gitarzystami, a ich ambicje powoli wychylały się po za „coverowy” światek. Postanowili zatem, posiadając szczere chęci stworzenia czegoś własnego, założyć własną kapelę, którą nazwali The Mob. Ich kolega ze studiów, Geoff Tate, dysponował całkiem niezłym głosem. Dość szybko udało się go namówić, do stanięcia przed mikrofonem. Skład dopełnili: basista Eddie Jackson oraz perkusista Scott Rockenfield. Nazwa The Mob nie przetrwała długo. Muzycy zastąpili ją najpierw Queensryche a następnie, oficjalnym już, Queensryche. Początki były, oczywiście, trudne. Ciężko jest czasem stworzyć swój właściwy, sceniczny wizerunek. Również w przypadku zespołu z Seattle, taka reguła się potwierdzała. Zespół grywał, owszem, solidnego, dość ciężkiego rocka, ale w tym czasie, tego typu zespołów było mnóstwo.
W mieście Southampton nie tylko grał zespół IQ. Les „Ledge” Marshall, były członek nieistniejącego już The Lens, odnalazł się w innym zespole, pochodzącym z tego miasta. Wraz z nim nową formację tworzył Ridout Mark, który również miał bardzo krótki epizod w „soczewkach”, a także w IQ. Jednak najważniejszą osobą w nowym zespole był Gary Chandler, wokalista grający na gitarze. Skład uzupełniał Trevor Dawkins, grający na basie. Zespół nazwany został Jadis. Wcześniej Gary grał wraz z Mike’iem Holmesem tworząc grupę Saruman Grass (O wielki Tolkienie – byłeś wszędzie !). Grupa Jadis stawiała dopiero pierwsze kroki i choć niektórzy jej członkowie grali już od kilku lat, to miała ona utrudniony start. Występowała i działała dość nieregularnie, ale mimo to powoli tworzyła swoje pierwsze utwory. Na jej prawdziwy rozkwit przyszło nam czekać jeszcze kawał czasu, ale jej powstanie koniecznie trzeba w tym miejscu zaznaczyć. Czas wspomnieć o naszych przyjaciołach z Kanady. Obydwaj wszak przedstawiciele progresywnej sceny z tego pięknego kraju byli niezwykle ważni dla rozwoju rocka neoprogresywnego. Ci bardziej znani, czyli Rush, właśnie wydali swój sztandarowy album „Moving Pictures”. Uznawani za tzw. „szkołę grania”, byli wzorcem dla wielu zespołów, które stawiały w tym okresie swoje pierwsze kroki. Płyta brzmiała niezwykle nowocześnie – została wzbogacona o dość dużą dawkę partii syntezatorowych. Podsumowując bardziej progresywne wcielenie Rush, była jak gdyby wypadkową kilku ostatnich albumów. Dbałość o szczegóły kipiała na każdym kroku, co powodowało, że materiał brzmiał niezwykle bogato, choć z drugiej strony wyrafinowanie chłodno i monotonnie – tak jak to sobie założyli muzycy. Do dziś pozostaje najlepiej sprzedającą się płytą zespołu, przez większość fanów uznawaną za najlepszą. Wkrótce po wydaniu albumu studyjnego przyszła pora na koncertowy. Tym razem było to swego rodzaju koncertowe Greatest Hits, zatytułowane „Exit… Stage Left”. Płyta zamykała pewien rozdział w historii zespołu, bowiem po nim Rush postanowili przebudować nieco swoje brzmienie… Muzycy zespołu Saga również nie próżnowali. Michael Sadler i spółka, właśnie wypuścili swój czwarty album! Po debiucie ukazywały się kolejno: „Images At Twilight” (1980), „Silent Knight” (1980) i właśnie, świeżo upieczony, „Worlds Apart”. Zespół najbardziej był popularny w Niemczech, choć fanów zyskał sobie w wielu krajach na świecie. Saga miała nowoczesne, jak na owe czasy, brzmienie i można powiedzieć, że była pionierem w na przełomie ówczesnych dekad, opierając swą muzykę na dość prostych i przejrzystych liniach melodycznych, ale popartych bogatym wykorzystaniem syntezatorów.
Greg Lines, opiekujący się Pendragon, postanowił skontaktować się z Marillion, grupą już dość w Anglii znaną. Jego celem było załatwienie wspólnej trasy. Było to bardzo dobre posunięcie, ponieważ Pendragon byli, póki co, tylko lokalnym zespołem z okolic miasteczka Stroud, a koncerty u boku Marillion okazały się dla Nicka Barretta i spółki cennym doświadczeniem. Zespoły zagrały pierwszy raz razem w hali Gloucester Leisure Center pod koniec grudnia 1981 roku. Za jakiś czas wspólne występy staną się regułą, a Pendragon powoli, z prowincjonalnego zespołu, staną się rozpoznawalni w coraz dalszych częściach Zjednoczonego Królestwa.
Geoff Mann odnalazł się w najlepszym momencie, w jakim mógł. Kłopoty Twelfth Night związane z brakiem frontmana, zostały zatem zażegnane. Zaraz po powrocie wokalisty okazało się jak ważną jest on postacią dla Twelfth Night. Sposób, w jaki interpretował teksty na festiwalu w Reading, w którym zespół wziął udział w 1981 roku, na długo pozostały w pamięci 15 000 widzów. Ogromne wrażenie zrobiła zwłaszcza suita „Sequences”. Tymczasem był już koniec 1981 roku, a grupa miała znacznie większy repertuar. Były w nim już nie tylko długie, rozbudowane utwory, ale także i krótsze piosenki, opatrzone świetnymi tekstami Geoffa. To skłoniło zespół do zarejestrowania materiału, który początkowo miał być demo. Ale okazało się, że jest na tyle dobry, żeby stać się albumem! „Smiling At Grief” został wydany pierwotnie na kasecie, w grudniu 1981 roku. Podczas sesji nagraniowej nieoczekiwanie zespół opuścił Rick Battersby, tłumacząc ten fakt potrzebą zajęcia się własnym biznesem i karierą solową. W efekcie Twelfth Night nagrali materiał w czwórkę, w składzie: Andy Revell (gitary), Clive Mitten (instrumenty klawiszowe i gitara akustyczna), Geoff Mann (wokal) i Brian Devoil (perkusja). W ten właśnie sposób wykrystalizował się skład, który niebawem znów miał wejść do studia.
Mark Kelly, wraz ze swoją grupą Chemical Alice, właśnie zdążył wydać maxi singla (1000 kopii w zasadzie na własny koszt), zatytułowanego „Curiouser And Curiouser”. Muzyka zespołu nawiązywała mocno w klimacie do Camel. Ze względu na położenie nacisku na dość chwytliwe melodie, kompozycje grupy były znacznie prostsze niż te, które wówczas grał Marillion. Oczywiście na pierwszy plan wysuwały się tu instrumenty klawiszowe. Choć gra w tym zespole była niewątpliwą frajdą, Mark pragnął czegoś więcej. 11 listopada 1981 roku w Electric Stadium (Chadwell Heath) „Chemiczni” grali jako support przed występem Marillion. Gra Marka na klawiszach od razu wpadła w ucho Fishowi i Steve’owi Rothery. Niosła powiew świeżości – to, czego właśnie potrzebowali. Brian Jelliman od jakiegoś czasu przestał się rozwijać i tracił dystans do robiących milowe postępy muzyków Marillion. Mark został zaproszony na jeden z ich kolejnych występów, w miejscowości Chesham (klub Elgiva Hall). Na krótkie pytanie zadane po występie: „czy chcesz z nami grać”, Mark równie szybko odpowiedział „tak” i data 21 listopada 1981 roku okazała się być dniem ostatniego występu Jellimana, jako klawiszowca Marillion. Brian, widząc wśród publiczności Kelly’ego już podczas tego feralnego występu domyślał się, mając w pamięci zachwyty sprzed kilkunastu dni, że koledzy będą mieli mu „coś” do zakomunikowania. Mark musiał się przenieść do Aylesbury, można powiedzieć z dnia na dzień. Debiut nowego „nabytku” Marillion miał miejsce 1 grudnia 1981 roku w klubie Great Northen w słynnej miejscowości Cambridge. Kolejną ważną postacią był niejaki Pete Trewavas, co prawda pochodzący z Middlesbrough, ale od dawna osiadły w Aylesbury. Pete od jakiegoś czasu grywał w rozmaitych zespołach (Orthi, The Robins, Tamberlane, Heartbeat, East Goes West), ale na początku lat 80., związał się z dość znanym w środkowej Anglii zespołem The Metros. Zespół grał mocno popową odmianę rocka i zasłynął m.in. z otwarcia koncertu niezwykle wówczas popularnych Duran Duran! Muzycy czysto rockowi (w tym i Marillion), żartobliwie mówili o The Metros „Brygada Białych Butów”, ze względu na ich sceniczny wizerunek. Ale charakterystyczna gra Pete’a na gitarze basowej budziła spore uznanie, robiąc także wrażenie na Dereku i Steve z lokalnej konkurencji, czyli z Marillion. Tymczasem w Southampton IQ odnieśli pierwszy, spory sukces. Dostrzeżeni przez skautów „Mellody Maker”, nagrali próbkę swych umiejętności, która została załączona na kasecie – dodatku do czasopisma. Choć trzeba zaznaczyć, że redaktorzy tego pisma określili IQ jako nadzieję muzyki dance (być może dlatego, że usłyszeli tylko taneczną kompozycję „Beef In The Box”). Odnalazł się także stary znajomy, Peter Nicholls rozwiązując tym samym kłopoty zespołu ze znalezieniem wokalisty. Za zestawem perkusyjnym, w miejsce Ridouta Marka (odszedł do Jadis), zasiadał Paul Cook, lokalny perkusista jazzowy, o wysokich umiejętnościach. Wykrystalizował się, zatem klasyczny skład IQ: Peter Nicholls (wokal), Mike Holmes (gitary), Martin Orford (instrumenty klawiszowe), Paul Cook (perkusja) oraz Tim Essau (gitara basowa). Pierwszy koncert nowego składu miał miejsce oczywiście w Southampton (Park Hotel), 24 lipca 1982 roku. Muzycy grali już wówczas swoje niezniszczalne klasyki, m.in.: „Inteligence Quotient”, „It All Stop Here” czy „Dans Le Parc Du Chateau Noir”. Wkrótce udało się zespołowi wydać kasetę zatytułowaną „Seven Stories Into Eight”. Znalazły się na niej utwory z żelaznego wówczas repertuaru grupy, zarejestrowane podczas rozmaitych prób, na dodatek w różnych składach (składanki tej możemy teraz posłuchać na podwójnym wydawnictwie „Seven Stories Into Ninety Eight”, do którego wspomniany materiał jest dodatkiem).
Pallas parli ostro do przodu. Tym razem muzyczny świat usłyszał o nich za sprawą singla „Arrive Alive”. Dzięki temu wydawnictwu zespół zaistniał w stacjach radiowych, a także w fachowych czasopismach muzycznych (m.in. wzmianki w „Kerrang!”). W połowie 1982 roku zespół koncertował już w całej Wielkiej Brytanii, w Londynie zaś supportował Marillion. Co ciekawe, w Szkocji sprawy się miały na odwrót. Podczas wspólnej z Marillion trasy koncertowej, to Pallas byli głównym daniem, a zespół z Aylesbury otwierał koncerty. Ci pierwsi byli po prostu w Szkocji bardziej znani. Zespół powoli przygotowywał się do nagrania materiału na pierwszy album studyjny.
Andrew Latimer powracał do tematycznej koncepcji. Pierwszy od kilku lat tzw. concept-album nosił tytuł „Nude” i zainspirowany był autentyczną historią japońskiego żołnierza, który zagubił się na małej wyspie podczas II wojny światowej i od 30 lat myśląc, że wojna nadal trwa, trwał na posterunku, czekając na rozkaz. Oczywiście muzyka Camel również poszła z duchem czasu, brzmiąc znacznie nowocześniej. Nie traciła jednak przy tym symfonicznego rozmachu, którego elementów na albumie było dość dużo. Po nagraniu tej płyty wieloletni perkusista Camel, ostatni, który pozostawał z Latimerem od czasów pierwszych płyt – Andy Ward, doznał złośliwej kontuzji ręki i odszedł z zespołu. W tym czasie zmian w składzie zespołu było jeszcze więcej. Do zespołu dołączył m.in. David Paton, by wspomóc wokalnie Latimera oraz zagrać na basie. Oprócz niego do zespołu dołączył kalwiszowiec Anthony Phillips, ex-członek Genesis. Wspomagał go drugi pianista – Francis Monkan. Jeszcze więcej było… perkusistów, bo aż trzech! Andrew zatrudnił: Simona Phillipsa, Dave'a Mattacks'a oraz Grahama Jarvisa. Zespół bardzo intensywnie pracował nad kolejną płytą studyjną, zatytułowaną „The Single Factor”, ale album nie zdobył pochlebnych opinii. Andrew musiał zastanowić się nad przyszłością swojego zespołu.
Ex-członek Genesis, Peter Gabriel, także unowocześnił brzmienie na swoim czwartym solowym albumie nazwanym po prostu „IV” (z podtytułami „Security” i „Mask”). Na uwagę zasługiwała lista muzyków, którzy wspomogli Petera (min: Tony Levin, Jerry Marotta, Peter Hamill). Ten stan rzeczy okazał się być regułą na płytach artysty. Gabriel stawał się także znany ze względu na swą działalność charytatywną na rzecz ochrony środowiska.
Lata 80. był to okres ogromnych zmian w muzyce, przede wszystkim wraz ze skokiem technologicznym, jaki wdzierał się do rynku muzycznego. Swoje ważne albumy nagrywali m.in: Dire Straits – „Love Over Gold” (notabene z dość rozbudowanymi, nawet, można rzec, progresywnymi kompozycjami), Kate Bush – „The Dreaming”, Eloy – „Time To Burn”. Coraz bardziej znani stawali się Iron Maiden, którzy w tym czasie nagrali swój charakterystyczny album „The Number Of The Beast”, z bardzo energetycznym, tytułowym utworem. Inną ważną płytą, ze zgoła odmienną muzyką była pozycja Talk Talk – „The Party Is Over”. Zespół zaczynał w stylu new romantic, ale wciąż ewoluował, rozbudowując nieco swoje kompozycje, oparte na bogatym wykorzystaniu syntezatorów. Bryan Ferry wciąż trwał przy Roxy Music, nagrywając piękny album „Avalon”.
Po sukcesie „Moving Pictures” kanadyjczycy z Rush wydali album „Signals”. Tytuł płyty był bardzo adekwatny do jej zawartości. Muzycy dawali sygnały, że w najbliższym czasie przebudują nieco swoje brzmienie. Koncerty Rush cieszyły się niezmiennie ogromną popularnością, ściągając wielkie rzesze fanów. Niezwykle ważnym wydawnictwem w 1982 roku była także pierwsza płyta supergrupy Asia, o tym samym tytule („Asia”), założonej przez mistrzów poprzedniej dekady: Steve’a Howe (Yes – gitary), Carla Palmera (ELP – perkusja) i Johna Wettona (King Crimson, UK – bas i wokal). Dołączył do nich jeszcze zdolny multiinstrumentalista Geoffrey Downes. Choć muzyka zespołu nie była czystym rockiem progresywnym (określono ją jako pop-rock albumowy, z radiowymi hitami – m.in. słynne „Heat Of The Moment”), to płyta była bardzo ważnym wydawnictwem w tym czasie i była bardzo bliska fanom rocka progresywnego. Przy okazji zespół trafiał w serca ludzi o niesprecyzowanych do końca muzycznych gustach, naprowadzając spore ich rzesze do obcowania z klimatami bardziej złożonymi.
Kolejnym, słabo rozwijającym się muzykiem Marillion, który odstawał swymi umiejętnościami od reszty kolegów, był basista Diz Minnitt. Pomimo, że znał się z Fishem najdłużej, to na taryfę ulgową liczyć nie mógł. Derek i koledzy robili ogromne postępy i dla dobra grupy porozumieli się z Petem Trewavasem. Ostatni występ Diza miał miejsce w Sali Dacorum College, w Hemel Hempstead. Pete zadebiutował 2 kwietnia 1982 roku (General Wolfe Club w miejscowości Coventry), a wraz z nim… kompozycja „Market Square Heroes”, przygotowywana na debiutancki singiel zespołu. Jak się okazało, Pete niezwykle szybko przyswoił sobie materiał Marillion. Początkowo był obiektem żartów (zarówno jako „nowy”, jak i za przeszłość związaną z „Brygadą Białych Butów”, czyli The Metros). Peter był bardzo drobnej budowy i na scenie z wielką gitarą basową wyglądał dość zabawnie, ale jego gra i umiejętności techniczne robiły ogromne wrażenie. Marillion grali niemal codzienne koncerty w całym Zjednoczonym Królestwie, ale co ciekawe zamiast zmęczenia, wdzierała się do muzyki grupy coraz większa charyzma i polot. Ciekawe, wielowątkowe kompozycje, przygotowywane coraz to nowe stroje i rekwizyty, makijaże Fisha oraz jego gra sceniczna do niemal każdego utworu – to wszystko przyciągało ludzi na koncerty, po których stawali się oni nowymi fanami zespołu. Sam frontman porównywany był z Peterem Gabrielem, ale przy okazji tych porównań wymieniał zawsze nazwisko swego mistrza – Petera Hamilla, lidera Van Der Graaf Generator. Pochlebne recenzje, ciekawy materiał demo oraz… monstrualna postura Szkota (Fish wystraszył nieco managera w jego biurze, choć w żadnym wypadku nie miał złych zamiarów…), ściągnęły na zespół uwagę związanego z EMI menadżera, Johna Arnisona. Także dzięki jego działaniom zespół zaczął grywać w coraz większych halach, podbijając także Londyn. W stolicy, Marillion grywali choćby w słynnym „Marquee”, które powoli stawało się ich drugim domem. Podbój Londynu spowodował duże zainteresowanie zespołem przez fachową prasę muzyczną. Marillion byli gotowi na coś więcej…
Mad Puppet, koncertując po południowej Austrii wreszcie weszli do studia, by zarejestrować swój debiutancki album: „Masque”. Zrobili to w składzie: Mauro Rossi (perkusja), Michael Seberich (gitara basowa), Manfred Kaufmann (instrumenty klawiszowe), Manfred Schweigkofler (wokal), Christoph Senoner (gitara) oraz Arthur Frei (gitara). Sprzedał się on bardzo dobrze, zwłaszcza wśród lokalnych entuzjastów gatunku, dla których stał się wręcz pozycją kultową. Dla Twelfth Night, rok 1982 upływał pod dyktando wytężonej pracy w studiu. Zespół w tym czasie nie koncertował w ogóle, przez co stracił dystans choćby do Marillion. Muzycy dysponowali zbyt skromnym budżetem, by nowy album nagrać w krótkim czasie. W efekcie pracowali nad nim po nocach, a w dzień… zarabiali zawodowo na chleb. Trwało to aż 9 miesięcy, ale nagrodą miał być debiutancki album długogrający. Album ujrzał światło dzienne ostatecznie w październiku 1982 roku i zatytułowany był „Fact And Fiction”. Po jego wydaniu grupa zaczęła wreszcie regularnie koncertować. Niespodziewanie powrócił także klawiszowiec, Rick Battersby, który nie brał udziału w nagraniu płyty. Tymczasem Abel Ganz zaczęli wreszcie koncertować w okolicach Glasgow. Sukcesy Pallas i Marillion na wspólnej trasie koncertowej po Szkocji tchnęły w muzyków zespołu nowego ducha. Ganz oprócz kilku swoich kompozycji, grali covery Genesis (m.in.: „Squonk” i „The Cinema Show”). Materiał z kilku zapisów muzyki granej na żywo przez zespół, posłużył do zarejestrowania pierwszego demo, jakie Abel Ganz nagrali. Kaseta nosiła nazwę „The Cottage Session” i została wysłana do kilku fanzinów oraz czasopism muzycznych. Partie wokalne muzycy starali się dzielić między siebie. Jednak nadal gorączkowo poszukiwali wokalisty z prawdziwego zdarzenia. Rozpoczynał się rok 1983. W Polsce, od jakiegoś czasu rozwijała się nowa era w muzyce, zwana „muzyką nowej generacji”. Prym wiedli: Maanam, Budka Suflera, Republika i Perfect. Ciekawostką jest, że pierwszym tego typu wydawnictwem, jakie pojawiło się na polskim rynku, była kaseta zatytułowana „Muzyka Nowej Generacji”, na której można było usłyszeć między innymi: Krzak i Exodus. Została ona wydana jeszcze w 1979 roku. W naszym kraju, wbrew systemowi, powstawały setki młodych zespołów, a pierwsze kroki stawiali ci, którzy za kilka lat mieli zatrząść rodzimą sceną. Pojawiały się także nieco ambitniejsze formacje, jak choćby Mech, łączący w swej twórczości sporo różnych naleciałości, łącznie z progresywnie rozbudowanymi formami (choćby słynny wówczas utwór „Piłem z Diabłem Bruderszaft”). W Europie dalsze sukcesy odnosiła Asia (album „Alpha”) oraz Mike Oldfield (album „Crises”).
W Pink Floyd dochodziło do ostatnich cięć, dosłownie i w przenośni. Album „The Final Cut” był ostatnią płytą tego wielkiego zespołu z Rogerem Watersem w składzie. Zabrakło na nim za to Ricka Wrighta, który nie mógł się porozumieć z charyzmatycznym basistą.
Genesis czarowali kolejnymi przebojami i trzeba przyznać, że album „Genesis” nagrany był bardzo starannie i robił wrażenie. Nazwa albumu do dziś jest kwestią umowną, bo na okładce płyty nie ma żadnego tytułu. Są za to klocki układanki w wielu kształtach. Dlatego też niektórzy płytę ochrzcili jako „Shapes” (czyli kształty). Płyta odniosła wielki sukces komercyjny, przysparzając zespołowi mnóstwo nowych fanów. Rozbudowanych form jednak na albumie było jak na lekarstwo. W zasadzie starzy fani strzygli uszami słuchając tylko rozbudowanej, dwuczęściowej kompozycji „Home By The Sea”. Uwagę przykuwał jednak utwór „Mama”, który podbił Europę i określał nowy styl zespołu. Phil Collins zagłębiał się coraz bardziej w swą karierę solową, stając się jedną z najczęstszych postaci, pojawiających się w rozwijającej się właśnie MTV.
Przyzwyczajeni do ciągłych przepychanek w swym ulubionym zespole, fani Yes z radością przyjęli rozejm pomiędzy muzykami zespołu. Najważniejszy był fakt dogadania się Jona Andersona z Crisem Squirem. W efekcie artyści nagrali najbardziej kasowy album, zatytułowany „90125”. Po starym Yes w zasadzie pozostało niewiele. Formy były czysto pop-rockowe, bardzo przebojowe, ale właśnie dzięki tym zabiegom zespół zyskał sobie mnóstwo nowych fanów. Do większości z nich jednak legendarna twórczość zespołu nie trafiała, będąc dla nich niezrozumiałą i dziwaczną. Utwór „Owner Of The Lonely Heart” opatrzony był udanym teledyskiem, dzięki czemu święcił spore sukcesy na listach przebojów. Produkcja albumu była bardzo staranna, dopieszczona w każdym calu tak, że brzmiał on niezwykle nowocześnie. Przynajmniej na tym podłożu słychać było lata doświadczeń muzyków. Mimo wszystko płyty słucha się do dziś bardzo przyjemnie, jednak znakomita większość oddanych bez reszty fanów starego Yes traktuje ją z przymrużeniem oka.
Marillion od dawna już byli gotowi na wydanie swojej debiutanckiej płyty. Napotkanie Johna Arnisona skierowało zespół w stronę słynnej wytwórni EMI, która wzięła zespół pod swoje skrzydła. I stało się! W marcu 1983 roku ukazał się debiutancki album „Script For A Jester’s Tear”. Zrobił na krytykach ogromne wrażenie, pod niemal każdym względem. Wszystko tu współgrało: muzyka, teksty i, nakreślona piórem grafika Marka Wilkinsona, okładka. Wspomniany artysta, stał się nieformalnym członkiem Marillion na kilka lat, tworząc kolejne, pełne symboli okładki zespołu. Płyta miała bardzo ciekawy temat przewodni, za który odpowiadały świetne teksty Fisha. Opowiadała o kłamstwach i obłudzie współczesnego świata, opisanych w siedmiu tematach, pełnych błazeńskich łez. Sam finał płyty („Forgotten Sons”) wprost wbijał w ziemię! Był jednak jeden aspekt, z którego muzycy byli niezadowoleni. Wszyscy oprócz jednej osoby. Tą jednostką był nie byle kto, bo sam założyciel zespołu, perkusista Mick Pointer. Bębniarz nie tylko zdaniem pozostałych członków Marillion, stawał się najsłabszym ogniwem Marillion. Już od dawna basista Pete musiał na scenie i w studiu odwalać lwią robotę za Micka, wspomagając go rytmicznie. O ile w studiu pewne sprawy można było jakoś retuszować, o tyle na scenie stawało się to niemożliwe. W efekcie tuż po wydaniu płyty i wyprzedanych do ostatniego miejsca dwóch koncertach w londyńskiej Hammersmith Odeon (17 i 18 kwietnia) Fish osobiście pojawił się przed domem Micka. Chciał w dość elegancki sposób załatwić tę sprawę, ale Mick ponoć nie wahał się używać ostrych słów i… wyleciał z zespołu. Poszukiwania perkusisty były dość krótkie. Andy Ward, ten sam, który przez lata grał w Camel, akurat był wolny. Pojawił się też niejaki Ian Mosley, również z bogatą przeszłością (o tym później), ale osoba Andy’ego i magia Camel zrobiły swoje. Zespół, już z nowym perkusistą, ruszył w trasę koncertową, nazwaną „Script Tour ‘83”, która okazała się być ogromnym sukcesem. Towarzyszyli jej znakomici goście specjalni (m.in. Peter Hamill), a koncerty odbywały się w największych halach Zjednoczonego Królestwa. Sam album sprzedawał się znakomicie. Zespół trafił nawet do TV biorąc udział w programach „Old Grey Whistle Test” i słynnym „Top Of The Pops”, dla potrzeb którego Fish musiał zmienić pewien niecenzuralny wyraz w tekście „Garden Party”. 20 maja 1983 roku Marillion po raz pierwszy wystąpili poza Wyspą, w Niemczech, przy okazji „Open Air Festival” (Rhein-Neckar Stadion – Mannheim) rzucając na kolana wielotysięczną publiczność i grając u boku gwiazd takich jak: Gary Moore, Nena, Loverboy, Little River Band, Men At Work oraz Chris de Burgh. Dzień później na kolejnym koncercie z tego cyklu (w podobnym układzie personalnym gwiazd), również na wolnym powietrzu, muzycy zagrali w Wurzburgu. Teraz muzyków czekał skok przez Atlantyk. Trasa po USA i Kanadzie była pierwszym od jakiegoś czasu doświadczeniem in minus. O ile kanadyjska część trasy cieszyła się podobnym co w Europie zainteresowaniem, o tyle w Stanach publiczność niezbyt rozumiała twórczość zespołu. Do tego doszły kłopoty ze świeżym perkusistą. Andy był bardzo dobrym rzemieślnikiem, ale niestety również uwielbiał alkohol. Pozostali członkowie ekipy, jak na muzyków rockowych i normalnych ludzi przystało, także czasem lubili sobie „chlapnąć”. Ale Andy posuwał się w tym zbyt daleko. W efekcie ostatni z koncertów w amerykańskim tournee trzeba było odwołać i poszukać kogoś innego.
Sporym zainteresowaniem cieszyły się koncerty IQ. Zespół krzepł w oczach i grał coraz lepiej na scenie. Peter Nicholls, uzdolniony artystycznie, zakładał różne, ciekawe stroje, malował swoją twarz, a ponieważ był artystą pełną gębą, odgrywał też małe przedstawienia na scenie. Zespołowi udało się wejść do studia i zarejestrować materiał na debiutancki album. Co ciekawe, cała akcja z nagraniem płyty trwała raptem kilka dni! Wydała go mała wytwórnia Major Record Label, a tytuł brzmiał „Tales From The Lush Attic”. Okładkę zdobiła grafika samego frontmana, Petera. Tysiąc ręcznie numerowanych kopii albumu rozeszło się w mgnieniu oka i po jakimś czasie zdecydowano się na reedycję, tym razem w nieco większym nakładzie. Zespół ruszył na podbój Wielkiej Brytanii, grając m.in. w słynnym „Marquee” w Londynie. Niewątpliwą nobilitacją był fakt, że zespół po raz pierwszy występował jako gwiazda, a nie support. IQ trafili także do studia BBC, gdzie nagrali materiał dla potrzeb stacji radiowej. Ogromne wrażenie robiła ekspresja, z jaką zespół wykonywał swoje dość długie utwory („The Last Human Gateway” trwał ponad 20 minut!). Przy okazji rejestrowania „radiowych” materiałów powstawały już nowe kawałki, które miały znaleźć się na kolejnym albumie zespołu.
Po kilku koncertach u boku Marillion, zespół Pendragon miał już sporą rzeszę fanów. Największym doświadczeniem był wspólny z Fishem i spółką występ podczas festiwalu na wolnym powietrzu w Reading (28 sierpnia 1983 roku). Szczególnym powodzeniem cieszyły się takie kompozycje jak „The Black Knight” czy „Excalibur”. W efekcie Nick Barrett i spółka wystąpili nawet w radiu BBC, rejestrując materiał dla stacji. Często wracano także do zarejestrowanego na żywo materiału z wspomnianego festiwalu w Reading. Pojawiały się coraz to nowe propozycje występów, dla których muzycy porzucili swoje codzienne zajęcie i teraz żyli już tylko z muzyki. Jedynie klawiszowiec Barnfield nie był pewien tego kroku, a ponadto w tym okresie wpadł w nałóg alkoholowy. Szybko zastąpił go Rick Carter, który na szczęście szybko wgryzł się w repertuar zespołu. Pendragon byli bardzo popularni w Anglii, a mimo to nie mieli jeszcze w planach rejestrowania swojego materiału na debiutancki album. Po prostu nie odbyli jeszcze żadnych rozmów z wytwórniami płytowymi. Ten stan rzeczy jednak miał się szybko zmienić. Na ich drodze stanął wreszcie, znany ze współpracy z Marillion, John Arnison. Abel Ganz długo poszukiwali wokalisty. Ale jak już trafili to od razu na świetny głos! Alan Reed obdarzony idealną, do tego typu muzyki, barwą głosu, dołączył do Ganz w 1983 roku. Tym samym zespół z wokalistą łatwiej znajdował sobie miejsca do koncertowania. W efekcie stawał się postrzegany na tyle dobrze, że udało mu się przedostać do studia i zarejestrować trochę muzycznego materiału. Nie bez znaczenia były też sukcesy popularnych w Szkocji Pallas i Marillion. Twelfth Night, po wydaniu swego debiutanckiego albumu koncertowali na dobre. Zespół wystąpił w słynnym festiwalu w Reading, obok Pendragon, Solstice, Pallas i Marillion. Pojawiły się liczne, obszerne artykuły w fachowej prasie muzycznej (m.in. w „Kerrang!”). Muzycy byli myślami przy rejestrowaniu kolejnego albumu, gdy wokalista Geoff Mann wyjawił kolegom złą nowinę. Postanowił odejść od zespołu. Praca nad pierwszą płytą była sporym wyzwaniem, pełnym wielu wyrzeczeń. Geoff nie miał ochoty znów tego doświadczać. Chciał trochę odpocząć, a ponieważ był typem indywidualisty, postanowił rozpocząć karierę solową. W efekcie 4 i 5 listopada odbyły się dwa pożegnalne koncerty z wokalistą w składzie. Oba, bardzo długie, występy były rejestrowane zarówno w formie audio jak i wideo. Początek roku 1983 był udany także dla Pallas. Zespół wszedł w kontakty z mało znaną wytwórnią Cool King. Za jej pośrednictwem grupa wypuściła dwa wydawnictwa: koncertowy album „Arrive Alive”, wydany uprzednio w formie kasety (nieco zmieniony dla potrzeb krążka) oraz singiel „Paris Is Burning”. Zespół coraz częściej występował w Londynie, gdzie zadomowił się m.in. w klubie „Marquee”. Pallas gościli także w słynnej „Hammersmith Odeon”, a to już był ogromny sukces, bowiem w tej hali grali tylko najlepsi! Występy grupy cieszyły się dużym powodzeniem, nie tylko ze względu na muzykę. Euan Lowson, wokalista Pallas był na scenie znakomitym aktorem, odgrywając przy okazji poszczególnych utworów (podobnie jak Fish i Geoff Mann) rozmaite role. Świadkowie tych występów wspominają, że Euan wprost szalał przed publiką, wręcz wpadał w szał! Podobnie jak inne neoprogresywne zespoły, również i Pallas wystąpili na festiwalu w Reading. Zaraz po tym występie muzycy przeskoczyli ocean, by w Atlancie zarejestrować materiał na debiutancki album studyjny. Pod koniec roku muzykom zespołu udało się podpisać kontrakt z filią wielkiej wytwórni EMI – Harvest, w barwach której miała zostać wydana upragniona płyta.
W 1983 roku, pierwsze muzyczne kroki stawiał pewien młodzieniec, Steven Wilson, występując z mało znanym, progresywnym zespołem Karma. W przeciągu dwóch następnych lat nagrał z nim dwie kasety: „The Joke’s On You” oraz „The Last Man To Laugh”. Spośród wielu kompozycji, najbliższe fanom z pewnością będą „Small Fish” i „Nine Cats”, które za kilka lat zostaną ponownie zaaranżowane przez Stevena, ale to będzie zupełnie inna bajka. Młody artysta zakłada również duet o nazwie Altamont. W jego skład wchodzi jeszcze Simon Vockins. Efektem współpracy była kaseta zatytułowana „Prayer For The Soul”. Na poważniejsze działania przyszło jeszcze poczekać… Nie tylko na Wyspach muzycy spełniali swoje muzyczne marzenia. W krainie jezior i Świętego Mikołaja również odradzał się rock progresywny. Póki co na poziomie… szkoły gimnazjalnej w Helsinkach. Młodziutki Tommy Eriksson, wraz z garstką swych szkolnych przyjaciół, utworzył zespół Scarab. Oczywiście o nagraniu profesjonalnego albumu nie mogło być mowy, choć ambitni młodzieńcy zrejestrowali swój materiał i wydali w ilości… 180 kopii. Zespół próby czasu nie przetrwał a młody Tommy jeszcze nie wiedział, że zmierzy się kiedyś ze swym szkolnym doświadczeniem w postaci albumu „Scarab”, wydanego pod banderą innego zespołu, który kiedyś założy – Ageness. Stanie się to jednak za kilka dobrych lat, ale nazwisko Eriksson warto zapamiętać! Kłopoty z perkusistą w Marillion trwały nadal. Pojawił się na drodze zespołu John Martyr, grając m.in. podczas trasy koncertowej z Rush (znów w USA, ale tym razem z większym sukcesem). Kolejnym kandydatem był niejaki Johnatan Mover, ale miał on destrukcyjny wpływ głównie na Fisha, ze względu na swój dziwaczny styl bycia i zagrał z Marillion tylko raz. Wreszcie powrócił temat Iana Mosleya. Ian był dotychczas muzykiem sesyjnym, ale z bardzo bogatym doświadczeniem. Grał m.in. na dwóch albumach Steve’a Hacketta, co już było ogromną reklamą. Jego wybór okazał się być strzałem w dziesiątkę! Nie dość, że bardzo szybko przyswoił sobie repertuar Marillion (który częściowo doskonale znał już wcześniej), to jeszcze świetnie zgrał się z basistą Petem, który wreszcie mógł pokazać swoje prawdziwe umiejętności, nie musząc łatać dziur w rytmie kompozycji. Mosley dał się także poznać, jako osoba pełna pomysłów przy komponowaniu muzyki. Ponadto był o kilka lat starszy od pozostałych członków zespołu i koledzy nie raz liczyli się z jego poradami. W tym czasie Marillion wprowadzali do swego koncertowego repertuaru kompozycje, które niebawem ukażą się na drugim albumie zespołu.
Szwajcarzy z Deyss ulegają czarowi neoprogresywnego powrotu rocka na sceny Europy. Muzycy są wyraźnie pod wpływem Marillion, który zaczął być bardzo popularny również w tym alpejskim kraju. Zarówno ten fakt, jak i całkiem niezły warsztat techniczny zespołu sprawiły, że Deyss stało się popularne na szwajcarskich scenach. Uwagę zwracały przede wszystkim partie klawiszowe, które oscylowały gdzieś między grą Tony’ego Banksa i Marka Kelly’ego. Zespół mając kłopoty ze znalezieniem perkusisty, postanowił zatrudnić… automat perkusyjny. Skład Deyss tworzyli wówczas: Giovanni De-Vita (gitary), Patrick Dubuis (bas), oraz dwaj klawiszowcy: Paul Reber i Giustino Salvati. W tym czasie (rok 1984) Europa jest także pod wpływem nowego nurtu rockowego, zwanego Thrash Metalem, który przypłynął do nas zza oceanu. Zespoły takie jak: Megadeth, Slayer, Anthrax oraz przede wszystkim Metallica, stają się niezwykle popularne na Starym Kontynencie. W Niemczech powstaje bliźniaczy im Kreator. Grupy te są o tyle ważne, że także za sprawą ich działalności i w rocku neoprogresywnym, za jakiś czas znajdziemy metalowe naleciałości. Sporą popularnością cieszą się także inne odmiany metalu, charakteryzujące się także większą przebojowością. Tu prym wiodą: Def Leppard, Van Halen i, oczywiście, niezwykle popularni w Polsce The Scorpions. Ogromną popularność zdobywają też Irlandczycy z U2, a legendarni Deep Purple wydają słynne „Perfect Strangers”. Ukazuje się także kultowy album w kanonach New Romantic – „Forever Young” Alphaville. Z kolei wykonawcy tacy jak Tina Turner, Queen, Madonna czy KISS opanowują listy przebojów. Pendragon był w tym czasie zespołem bardzo znanym wśród prog-fanów w Anglii, nadal jednak nie miał podpisanej umowy z żadną wytwórnią muzyczną. Napotkanie Johna Arnisona, menadżera Marillion, wreszcie to zmieniło. Obrotny Arnison właśnie zainwestował w otwarcie własnej, małej i niezależnej wytwórni płytowej Elusive Records. Oczywiście, firma miała powiązania z wielką EMI, z którą John nadal współpracował. Jednym z pierwszych wydawnictw nowej firmy był mini-album „Fly High Fall Far”, który Nick Barrett i spółka nagrali w pierwszej połowie 1984 roku. Zespół wypromowany przez wspólne z Marillion koncerty, teraz nie występował wyłącznie jako support, ale coraz częściej jako gwiazda główna.
Twelfth Night byli pod ścianą. Trudno było zastąpić Geoffa Manna, ale wreszcie znalazł się Andy Sears, obdarzony ciekawym, mocnym głosem. Zespół jeszcze z Geoffem w składzie zaczął tworzyć nowe utwory. Niektóre, w zasadzie, już dawno były gotowe. Nieco wcześniej oszlifowany został materiał koncertowy, zarejestrowany w londyńskim „Marquee”. Był on niejako podsumowaniem działalności Geoffa w Twelfth Night, a po latach został wydany na krążku koncertowym „Live And Let Live”. Wreszcie zespół wydał płytę z nowym wokalistą. „Art And Ilusions” nie niosła ze sobą takiej dawki ekspresji i emocji, co poprzedniczka, niemniej jednak był to album udany, od strony technicznej zaś, brzmiał znacznie lepiej niż debiut.
Zgoła odmiennie miała się sprawa w Marillion. Z tygodnia na tydzień zespół nabierał doświadczenia. Sukces „Script…” oraz wreszcie scementowany, rozumiejący się skład dodawały animuszu Fishowi i spółce. Nowe kompozycje rosły jak na drożdżach, a koncerty wyprzedawane były do ostatniego miejsca. Na początku roku zespół znów występuje w brytyjskiej TV, w kultowym programie „Top Of The Pops”, wykonując zwiastun nowego albumu, kompozycję „Punch And Judy”. W marcu 1984 roku ukazał się drugi album studyjny zespołu – „Fugazi”. Porażał świetnym zgraniem zespołu. Na tym właśnie albumie eksplodowała, czarując słuchaczy, gitara Steve’a Rothery’ego, co w połączeniu z akompaniamentem znakomitej gry instrumentów klawiszowych oraz sekcji rytmicznej – zgranej i bijącej bezbłędnie, dało niewyobrażalny efekt. Wszystko to podkreślały mistrzowskie teksty Fisha, który tym razem przedstawia nam kanony sławy oraz bezwzględność zatopionego w niej świata. Rozprawia się on także z naturą kobiety-karierowiczki, która to w jego mniemaniu jest równie bezwzględna, co świat sukcesu. Zagrane w finale „Incubus” solo gitarowe jest do dziś zaliczane do najciekawszych fragmentów w historii rocka progresywnego.
Pallas przygotowywali się do zaistnienia w barwach EMI. Już na samym początku nowego, 1984, roku wydali singiel „Eyes In the Night”, jak się później okaże, zwiastun debiutanckiej, oficjalnej płyty zespołu. Album „The Sentinel” ukazał się niedługo potem i od razu cieszył się sporym powodzeniem. O ile sam zespół nigdy nie ukrywał swych wpływów z lat 70., o tyle wytwórni nie do końca się to podobało. Jej zdaniem album był zbyt archaiczny, zaś czasy wymagały czegoś bardziej przebojowego. W efekcie niedawno podpisany kontrakt zaczął odbijać się zespołowi czkawką. Ale po podpisaniu umowy nie było już odwrotu. Najbardziej krnąbrną postacią w zespole był wokalista, charyzmatyczny Euan Lowson. Kilka razy zranił się, używając takich rekwizytów, jak np.: siekiery i noże. Świadomie czy też nie, fakt ten nie podobał się ani szefom wytwórni, ani właścicielom klubów, w których Pallas występowali. W efekcie Euan, postać niezwykle charakterystyczna, został odsunięty z zespołu, będąc kozłem ofiarnym dziwnych zasad panujących w EMI!
Alan Reed i koledzy z Abel Ganz wydali swój pierwszy album w formie kasety. „Gratuitous Flash” został przyjęty dość pochlebnie. Zespół, oczywiście, promował wydawnictwo na koncertach. Głos Alana stał się koniec końców kartą przetargową i zaważył na dalszej historii zespołu. Wokalista został bowiem dostrzeżony przez popularny wtedy zespół Pallas. I stało się! Alan postanowił przeprowadzić się do lokalnej konkurencji, w której miał mieć większe szanse rozwoju i zrobienia kariery. W sierpniu 1984 roku oficjalnie przedstawiono nowego członka Pallas, a tymczasem Abel Ganz znów znaleźli się pod ścianą. Promujący „Fugazi” muzycy Marillion tymczasem znów przeskoczyli przez ocean, by tym razem osiągnąć pełny sukces, nie tylko w Kanadzie, ale i w USA. Koncert w Montrealu został zarejestrowany a jego lwia część (pierwsze 4 utwory) wypełniła pierwszy album koncertowy zespołu, „Real To Reel”. Pozostałe 3 utwory zostały zarejestrowane w angielskim Leicester. Album robił spore wrażenie zwłaszcza kompozycjami ze „Script…”, które brzmiały bardzo okazale, będąc wykonywanymi przez o niebo dojrzalszy zespół. W drugiej połowie roku, zespół jeździł po całej Europie, promując nowy album koncertowy. Marillion powoli też pracowali nad kolejnym albumem studyjnym i z wolna wprowadzali już do koncertowego repertuaru nowe kompozycje. Andy Latimer, po dwóch latach przerwy, znów zebrał swoją Wielbłądową ekipę. Kolejny temat albumu tym razem przeniósł nas do podzielonego miasta Berlin. Płyta „Stationary Traveller” ukazała się 13 kwietnia 1984 roku i robiła spore wrażenie, zwłaszcza jeśli chodzi o aranżację i brzmienie. Co prawda nie był to rock progresywny w najczystszej postaci, ale bardzo dobrze zaaranżowane utwory zawierały sporo progresywnych elementów. Płyta do dziś jest pozycją wręcz utożsamianą z Camel, choćby ze względu na piękny, smutny utwór „West Berlin”. Sam temat płyty zresztą był dość smutny, ukazujący różnice pomiędzy mieszkańcami wschodniej i zachodniej części berlińskiej metropolii. Camel ruszyli w trasę koncertową, która jednak okazała się odnieść umiarkowany sukces. Andrew rozpoczął nawet pracę nad kolejnym albumem, ale brak środków do życia zmusił muzyka i jego żonę, Susan Hoover, do wyemigrowania do Stanów Zjednoczonych. Wielbłąd rozpoczął długie milczenie…
Istniejący już kilka lat zespół Queensryche wciąż nie miał podpisanego kontraktu z wytwórnią płytową. W 1983 roku ambitni muzycy zarejestrowali krótką EP-kę, którą nazwali po prostu od nazwy zespołu – „Queensryche”. Wydali ją własnym sumptem głównie dla potrzeb promocyji. Ich muzyka oscylowała gdzieś pomiędzy Iron Maiden a Judas Priest. Taśma demo między innymi dotarła do słynnego magazynu muzycznego „Kerrang!”, który wystawił muzykom dość wysokie recenzje. Zapewne ten fakt zaważył na tym, że zespół został dostrzeżony przez menadżerów. Widzieli oni w grupie spory potencjał, dość daleko wykraczający po za czysto metalowy klimat. Queensryche dostali zatem szansę wykazania się i zarejestrowania swego pełnego, debiutanckiego albumu. Ukazał się on w 1984 roku i był produkowany przez samego Jamesa Guthrie, tego samego, który maczał palce przy produkcji „The Wall” Pink Floyd! Płyta nosiła tytuł „The Warning” i została ciepło przyjęta. Zespół zatem wykorzystał swoją szansę i zaistniał na prawdziwej rockowej scenie. Rush postanowili pożegnać się ze swym wieloletnim producentem Terrym Brownem. Nie dlatego, że byli ze współpracy niezadowoleni. Wręcz przeciwnie! Chodziło jednak o tchnięcie nowego ducha w muzykę zespołu. Bardzo długo trwało znalezienie kogoś, kto bez reszty by się poświęcił współpracy z grupą. Wreszcie na horyzoncie pojawił się niejaki Peter Henderson. Zmiana producenta uzmysłowiła Kanadyjczykom, jak wielką robotę wykonywał w przeszłości Brown. Płyta „Grace Under Pressure” rodziła się w ogromnych bólach, ale wreszcie ujrzała światło dzienne. Sporo na niej eksperymentów brzmieniowych. Geddy Lee bawił się między innymi syntezatorowanym basem, który później zaczął z powodzeniem wykorzystywać na koncertach. Oblicze zespołu stało się bardziej zimne, gitarowe. Ale płyta została przyjęta z dość pochlebnymi recenzjami i broniła się jako całość całkiem nieźle. Roger Waters, po rozsypaniu się Pink Floyd, nie miał problemów ani z nowym materiałem na solową płytę, ani ze znalezieniem muzyków do współpracy. Rogera wspomogli m.in.: Eric Clapton i jazzowy saksofonista – David Sanborn. Płyta „The Pros and Cons of Hitch Hiking” była oczywiście koncept-albumem, ukazującym kwestie ludzkiej podświadomości i tajemnicy zawartej w sennych marzeniach. Album został przyjęty bardzo różnie. Słynny magazyn „Rolling Stone” nazwał ją „dziwacznie statyczną i niewyraźnie paskudną”. Nie brakowało jednak i głosów zachwytu. Ciekawostką jest fakt, że pomysł na album zrodził się w głowie Watersa jeszcze przed nagraniem „The Wall”, ale został odrzucony przez jego były zespół.
Świat faktów i fikcji, opisywany przez płaczącego Błazna oraz bezwzględnego Grendela wyprowadził rocka progresywnego na prostą. Przy okazji w tę podróż zabierali się inni, którzy dzięki powrotowi rocka progresywnego do łask mogli zaistnieć na scenie. Kłopot tkwił jednak w wydawcach, którzy minioną dekadę nadal uważali za wybrzmiałą i niemodną. Nie lada sztuką było przetrwać, ale najmocniejszym to się udało.
Krysztof Baran
Zobacz też:
|