|
Lista utworów:1. Close To The Edge (18:50)2. And You And I (10:09) 3. Siberian Khatru (8:57) Czas całkowity: 37:56 dodatkowo na wydawnictwie Elektra remaster z 2003 roku: 4. America (Single Version) (4:12) 5. Total Mass Retain (Single Version) (3:21) 6. And You and I (Alternative Version) (10:17) 7. Siberia (Studio Run-trough of "Siberian Khatru") (9:19) Muzycy biorący udział w nagraniu:- Jon Anderson ( vocals )- Chris Squire ( bass, vocals ) - Rick Wakeman ( keyboards ) - Bill Bruford ( drums ) - Steve Howe ( guitars, vocals ) |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|
Podróż sentymentalna recenzenta Michalewskiego, odcinek piąty - Close to the Edge. Nie wiem, możliwe, że kogoś zaskoczy to, co o tym albumie napiszę. Bo w żadnym razie nie planuję go zjechać, czy umniejszyć. Mało tego, o ile kiedy byłem dzieckiem lubiłem go tak sobie, to dzisiaj doceniam tę muzykę znacznie bardziej. Oczywiście, nie byłbym sobą, gdybym nie wygłosił tu żadnych treści obrazoburczych, więc co wrażliwsi fani proga niech lepiej przejdą się na spacer i nie czytają. Pozostałych zapraszam do lektury.
Mój wujek - pisałem już o przy okazji Procol Harum - pożyczył mi kasetę z tym albumem trochę przy okazji. Kiedy zaczynałem interesować się starym rockiem on przechodził akurat okres burzliwej fascynacji solowymi pracami Steva Hacketta. Słuchał go na okrągło, zamęczał nim rodzinę, puszczał go wszystkim gościom, którzy do niego przychodzili i chyba uznał, że dobrze by było wepchnąć go początkującemu szczylowi. Niech się dzieciak osłucha. I tak się jakoś złożyło, że na dziewięćdziesiątce na której miał nagrane Voyage of the Acolyte, było też Close to the Edge. Wyszedłem od niego z tą właśnie kasetą, która, jak widzę z perspektywy czasu, okazała się być dla mnie niesamowicie ważna.
Początkowo Yes mnie w ogóle nie ruszało. Dopiero po którymś przesłuchaniu pobiegłem do Mamy uradowany, wołając, że jednak nie tylko Steve Hackett, ale też i druga strona wujkowej kasety mi się spodobała. Tylko, że... no właśnie, wtedy, gdyby mi ktoś powiedział, że to jest arcydzieło, popukałbym się w czoło. Fajnie goście grali, lubiłem tego słuchać, ale generalnie poza tym podniosłym tematem na organach ze środka utworu tytułowego ciar przy tym nie miałem. Ot, po prostu dobra płyta, której można czasem posłuchać, jak się człowiekowi nie chce przewijać do początku Akolity. Wielkość tego wydawnictwa dostrzegłem znacznie później, kiedy już na serio wgłębiałem się w progres. Ale faktem jest, że w jakiś podświadomy sposób moja wizja tego, jak powinien ten nurt wyglądać opiera się właśnie na Close to the Edge.
Zastanawiam się, dlaczego współcześni progresywni kompletnie ignorują tą płytę jako potencjalne źródło inspiracji. Jak to?! - zaraz ktoś zawoła - przecież każdy, kto słucha rocka progresywnego, każdy współczesny artysta w tym nurcie grający wymienia ten album jako absolutna podstawę i główne źródło inspiracji!. No, może i wymienia, ale w ogóle się od niej nie uczy. A jeżeli wydaje mu się, że się uczy, to znaczy że jej po prostu nie rozumie.
Kiedyś kolega Kobaian w rozmowie ze mną stwierdził, że potęga starego proga polegała na mieszaniu ze sobą zupełnie różnych gatunków i tym samym tworzeniu całkowicie nowych jakości. Natomiast dzisiaj - śmiał się kolega Kobaian - symbolem progresywności jest grupa Opeth, która połączyła - uwaga! - death-doom metal z technicznym death metalem. I to jest, jak sądzę, zasadnicza różnica, pomiędzy tym, co się gra obecnie, a tym co Yes zaprezentowali na Close to the Edge. Przecież na tym albumie, jest i rock, i muzyka klasyczna i jazz i folk i reggae. Są tysiące patentów, przeróżnej proweniencji. I w efekcie powstała muzyka w swoim własnym stylu, którą, jako że była w swych czasach niezwykle postępowa nazwano progresywną, ale która absolutnie w tym, co dziś chcielibyśmy nazywać progresywnym mainstreamem się nie mieści! I naprawdę, kiedy słyszę jakąś współczesną kapelę, która połączyła ze sobą pomysły Rush, Genesis i późnego Pink Floyd i która powołuje się na CttE to przecieram oczy ze zdumienia.
Ten album Yes, to dla mnie wytyczna, jak powinien wyglądać rock progresywnego środka. Jest to muzyka czerpiąca z bardzo wielu źródeł, ale przy tym spójna. Z ambicjami, ale nie przerysowana. Nie wolna od pewnych błędów, bo czasem zespół jest tutaj bliski granicy kiczu, ale stara się jej nie przekraczać. Są tutaj wpadające w ucho melodie, ale nie tylko na nich się ta muzyka opiera. Muzycy są fantastycznymi instrumentalistami, ale stawiają na własny, charakterystyczny język grania, a nie na prowadzące znikąd donikąd popisy. Budowanie nastroju dla tych facetów to nie było ani smęcenie, ani słodzenie. I wiecie co wam powiem? Że te wszystkie przymioty, które charakteryzują Close to the Edge, to są jednocześnie te same rzeczy, których o współczesnym progu nie mogę napisać. I dlatego właśnie uważam i głoszę, że ten nurt już dawno temu zdechł, zgnił i śladu po nim nie ma. A to, co dzisiaj progresem się nazywa ma z nim tyle wspólnego co Polska Ekstraklasa z Primera División.
Pod koniec tych moich recenzji wspominkowych zawsze piszę o tym, jak dziś wygląda mój stosunek do danej płyty. I w tym wypadku, jest on wyjątkowo pozytywny. Im więcej słucham muzyki, im więcej albumów już poznałem, tym bardziej doceniam geniusz Close to the Edge, tym łatwiej jest mi wychwycić jak niesamowicie różnorodna, jak bogata jest to muzyka. Aż wierzyć się nie chce, że można było połączyć te wszystkie elementy i zbudować z nich dzieło tak spójne i tak znakomite. To autentycznie jest jedno z najwybitniejszych dokonań w historii muzyki rockowej. I z każdym kolejnym jego przesłuchaniem rozumiem to coraz głębiej.
Wydany w 1972 roku album Close to the edge jest dla mnie najwybitniejszą i najważniejszą płytą rocka progresywnego. Muzyka na niej zawarta stanowi znakomitą symbiozę elementów stricte rockowych z dźwiękami o charakterze symfonicznym.
To właśnie na tym albumie przymiotnik 'progresywny' określający cały gatunek znalazł swoje pełne odzwierciedlenie w pełnych wyrazu kompozycjach z których każda odcisnęła swoje wyraźne piętno na muzyce XX-wieku. I chyba nie ma się co dziwić iż po nagraniu Close to the edge Bill Bruford postanowił opuścić zespół wiedząc iż nic lepszego już nigdy nie nagrają.
Pierwszą stronę płyty wypełnia 4-częściowa suita tytułowa skomponowana według najlepszych klasycznych wzorców sonatowych .Część pierwsza The solid time of change rozpoczyna się miłym dla ucha świergotem ptaków by po 55 sekundach uderzyć zmasowanym atakiem sekcji rytmicznej w której główną rolę odgrywa znakomita partia gitary basowej Squire'a. Zaraz potem do głosu dochodzi Anderson i zaczyna się właściwa część suity. Warto zwrócić tu uwagę na rewelacyjny refren( ' Close to the edge, down by the river') wyśpiewywany przez prawie cały zespół.
0zęść druga 'Total Mass retain' jest jakby przedłużeniem ' The solid time of change' i jej znakomitym uzupełnieniem. W tym miejscu muzyka nabiera żywszego kolorytu i zdaje się wypełniać całą przestrzeń wokół nas.
I w ten sposób dochodzimy do części 3 ' I get up, I get down' w której następuje uspokojenie. Dźwięki stają bardziej łagodne i liryczne jednak to tylko cisza przed burzą. Organowa solówka Wakemana w 12 minucie porywa nas spontanicznością i przenosi w inne rejony rzeczywistości. Zespól nigdy wcześniej ani nigdy później nie zbliżył się już do takiego muzycznego absolutu.
Kotłujące się dzwięki syntezatora wyrywają nas z ekstazy i rozpoczyna się część ostatnia
' Seasons of man' która jest powrotem do tematu przewodniego kompozycji.
Całość kończy się monumentalnym refrenem i znów słyszymy śpiew ptaków i delikatne dzwięki syntezatora znane z początku suity.
Pisząc o ' Close to the edge' nie sposób zapomnieć o inspiracjach literackich stojących za tekstem tego dzieła; w owym czasie Anderson zaczytywał się w ' Siddhartrze' Hermana Hessego, nic więc dziwnego że stworzył utwór bezpośrednio odwołujący się do problematyki filozoficznej( głównym tematem suity jest idea poszukiwania duchowości i droga ku oświeceniu).
Myślę że nawet gdyby ta płyta ograniczała się tylko do nagrania tytułowego to i tak przeszła by do historii. Jednak panowie podarowali nam jeszcze 2 utwory.
Drugą stronę albumu otwiera przepiękna 10-minutowa kompozycja ' And You and I' charakteryzująca się niesamowitą partią mellotronu w wykonaniu Wakemana i znakomitą gitarą akustyczną Howe'a.
' I ty i ja nawołujemy się po dolinach bezkresnych mórz' śpiewa Anderson a zespół dąży do monumentalnego zakończenia.
Płytę zamyka najbardziej dynamiczny utwór jaki grupa kiedykolwiek nagrała. Oparty częściowo na ' Ptaku ognistym' Strawińskiego ' Siberian Khatru' wymyka się wszelkim klasyfikacjom. Jest tutaj wszystko to za co tak bardzo kocham YES: czyli znakomita linia basu( znowu!!!) i genialna choć trudna do zaśpiewania partia wokalna Andersona a całość okraszona jest porywającą solówką Howe'a.
Podsumowując ' Close to the edge' to genialna, prawdziwa muzyczna uczta o której nie można zapomnieć. KAŻDY fan rocka progresywnego powinien mieć ten album w swojej kolekcji.
Moja ocena: i 10 gwiazdek to za mało
[b][/b]

















































