|
Strona 1 z 3 Dżamble - według poematu E. Leara - żeglarze, którzy wbrew zdrowemu rozsądkowi i głosom, mówiącym, że powariowali ruszyli w siną dal, płynąc przez morza i oceany... zwykłym sitem. Dżamble – polski zespół, który w drugiej połowie lat sześćdziesiątych umyślił sobie, że można połączyć jazz z rockiem; więcej - że można tego dokonać tu, w Polsce. Pana Mariana Pawlika, basistę, współtwórcę zespołu, odwiedziłem w jego pracowni lutniczej, pełnej nowopowstających instrumentów, plakatów, płyt... Oczarowany tym miejscem, nie do końca rozumiałem, że nie byłoby mnie tu, gdybym kiedyś jedynej płyty Dżambli nie wyszperał w płytotece ojca... Marian Pawlik: U taty na półce pan znalazł płytę? Tak? Już kiedyś miałem podobny przypadek. Grałem w klubie u Muniaka z takim młodym człowiekiem (Dominik Wania, uznany już pianista) i na drugi, czy trzeci raz przynosi płytę - właśnie Dżambli, analoga – i prosi mnie o podpis. Skąd ty to masz? – pytam. A on mówi, że jego tata, jak się dowiedział, że on gra ze mną, to chciał, żebym mu płytę podpisał. Miłe to jest. Już takie pokolenie przechodzi... Szkoda, że z tej płyty zostało właściwie tylko nas dwóch, bo nie żyje perkusista – tragicznie zmarł i Andrzej Zaucha – wiadomo, tragedia... No, ale co by pan chciał wiedzieć? ProgRock.org.pl: Roman Kowal w jednej ze swych książek sugeruje, że pomysł na Dżamble zrodził się z kontaktu big beatowej grupy The Lessers ze środowiskiem krakowskich jazzowych muzyków, takich jak Stańko, czy Seifert... Do Helikonu? A ta formacja, o której Pan opowiada, pod jaką nazwą występowała? Słuchałem ostatnio nagrań Dżambli z boxu Andrzeja Zauchy C’est la vie i odkryłem, że tam są troszkę inne aranżacje utworów, niż na płycie. Poza tym my w ogóle graliśmy jako trio! I na przykład drugą płytę mieliśmy już przygotowaną do nagrania właśnie jako trio. Pierwsza - to był taki gest kolegów. To, że tak świetni muzycy z nami współpracowali znaczyło, że oni szanowali to, co my robimy. A z kolei my ich zaprosiliśmy, bo uważaliśmy, że trochę ciężko nam będzie na samym fortepianie całą płytę nagrać ze wszystkimi solówkami... Następną płytę chcieliśmy już nagrać sami, ale ze względów - ja to nazywam: politycznych – nie wyszło. Wtedy szefem nagrań był taki ktoś, kto chciał mieć kasę. Mieliśmy zaplanowaną całą płytę, wszystko artystycznie ułożone, a nagle gość przychodzi i chce żeby mu nagrać trzy utwory typu Ali baba... Może tak robiły nawet znane zespoły, ale to się mijało z celem. My nie byliśmy na tyle popularni żeby mieć siłę przebicia, ale chociaż robiliśmy swoje! W tym momencie powiedziałem, że przyjdziemy za chwileczkę, zastanowimy się. Na korytarzu zaś powiedziałem koledze pianiście, że trzeba to zostawić i wycofać się. Podobnież w drugiej połowie lat osiemdziesiątych był pomysł na reaktywację Dżambli. W ogóle, to część starych nagrań podrzucił mi kiedyś Antek Krupa. Znalazł trochę skarbów, jak oni w radiu wszystkie taśmy przegrywali na cyfrę. Cała masa rzeczy, o których nawet nie wiedziałem, że my coś takiego robiliśmy w latach sześćdziesiątych. Nie wszystko jest dobre, ale jak słucham, co teraz ludzie robią - to tamto się broni! Na przykład taka bossa nova – w tej chwili na fortepianie to tylko Możdżer i Wojtek Karolak mają podobne brzmienie, jak kiedyś Jurek Horwath miał. To się broni nawet jak jest nagrane troszkę po amatorsku... Teraz można takie stare nagrania cyfrowo wspomóc... Wracając zaś do kwestii reaktywacji, to później jeszcze parę osób proponowało mi powrót do Dżambli, ale odkąd Andrzej stracił życie, to nie ma kto śpiewać! Wcześniej - dziesięć, piętnaście lat temu - była możliwość reaktywacji, ale zawsze z wokalistą był kłopot. Jedna osoba tylko wchodziła w rachubę: Jorgos Skolias. Skolias to wspaniały artysta i może gdyby był ciekawy projekt, to... kto wie? Nigdy mu nic nie proponowałem, ale tak mi się wydaje, że on by to udźwignął. |
|||||
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|









































