|
Lista utworów:1. Cirkus(including Entry of the chameleons) (6:28)2. Indoor games (5:41) 3. Happy family (4:16) 4. Lady of the dancing water (2:44) 5. Lizard: (a) Prince Rupert awakes (4:36) (b) Bolero - The peacock's tale (6:39) (c) The battle of the glass tears (10:58) (i) dawn song (ii) last skirmish (iii) Prince Rupert's lament (d) Big top (1:13) Czas całkowity: 42:35 Muzycy biorący udział w nagraniu:- Robert Fripp ( guitar, mellotron, electric keyboards, devices )- Mel Collins ( flute, saxes ) - Gordon Haskell ( bass guitar, vocals ) - Andy McCulloch ( drums ) - Peter Sinfield ( words, pictures ) oraz: - Robin Miller ( oboe, cor anglais ) - Mark Charig ( cornet ) - Nick Evans ( trombone ) - Keith Tippet ( piano, electric piano ) - Jon Anderson of YES ( vocals on "Prince Rupert Awakes" ) |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|
Koniec lat 60 był czasem wielkiego wysypu grup wykonujących ambitne odmiany rocka. King Crimson jak powszechnie wiadomo był prekursorem tego ruchu. Można wskazać co prawda kilka mniej lub bardziej udanych prób łączenia rocka z elementami muzyki klasycznej i tym podobnych już dużo wcześniej ale jako taki początek nowemu nurtowi dał Crimson. Zespół dowodzony przez Frippa w sposób absolutnie doskonały wykorzystał wszystkie możliwe sposoby aby wznieść się ponad podziały i stworzyć wzór nowej jakości w muzyce rockowej.
W roku 1969 po ukazaniu się płyty 'In the court of the crimson king' grupa była na szczycie. Niestety część muzyków nie wytrzymała ogromnej presji otoczenia i opuściła zespół. 'In the wake of poseidon' nagrany w zredukowanym składzie ustępował nieco debiutowi pod względem przekazu słownego jak i niekiedy warstwy muzycznej.
Trzeci krążek czyli 'Lizard' to już płyta ściśle podporządkowana osobie Frippa.
Album rozpoczyna nagranie zatytułowane 'Circus'. Początkowo wyciszony delikatny wstęp kompozycji nagle zostaje rozdarty potężnymi dźwiękami, później słuchacza czaruje piękna akustyczna gitara na której gra sam mistrz i niesamowity melotron. Dopełnieniem całości jest niełatwy w interpretacji ale piękny zarazem tekst Sinfild'a. Utwór w pełni oddający fenomen grupy.
'Indoor games' jest zaskakująco lekkim i wpadającym w ucho nieco groteskowym utworkiem, którego naprawdę miło posłuchać po 'ciężkim' początku. Na zupełnie przeciwnym biegunie mieści się lekka i nastrojowa ballada 'Lady of the dancing water', która w swojej dziedzinie raczej nie ma sobie równych. 'Happy family' to kolejna po 'Indoor games' groteskowa i jeszcze bardziej zwariowana jazzująca kompozycja.
Najważniejszym jednak punktem albumu 'Lizard' jest kompozycja tytułowa. Przez 23 minuty wraz z zespołem słuchacz przemierza tutaj surrealistyczne krainy w poszukiwaniu tytułowego jaszczura. W wędrówce towarzyszy głos Johna Andersona - wokalisty znanego z formacji Yes. Głos zaproszonego gościa, tajemniczy tekst, przebogate instumentarium i niezliczone zmiany nastrojów budują niesamowity baśniowy nastrój, który nie pozwala oderwać się od głośnika. Żaden chyba zespół nigdy wcześniej ani nigdy później nie nagrał tak doskonałego dzieła utrzymanego w tej konwencji. Jak zrobił to Robert Fripp do dziś jest zagadką.
Nie ulega wątpliwości fakt że 'Lizard' to album, który tworzy ścisły kanon muzyki progresywnej. Jest to dzieło w każdym stopniu doskonałe i pozbawione wad. Nad płytą unosi się mgiełka tajemniczości, 'Lizard' jest dziś płytą dość zapomnianą, pozostającą w cieniu innych albumów zespołu. Wszystko to sprawia że jest to propozycja obowiązkowa dla każdego fana gatunku.
Kiedy patrzę na współczesną scenę metalową i fascynowanie się oryginalnością i pomysłowością zespołów pokroju System of A Down, The Dillinger Escape Plan czy jakichkolwiek innych reprezentantów technicznego i progresywnego grania, to szyderczy uśmieszek pojawia mi się na twarzy. Wszyscy bowiem powinni wiedzieć, że to właśnie King Crimson wymyślił podwaliny pod te wszystkie łamańce i zwyrodnienia, a muzyka zespołu to najwyższa szkoła jazdy. Lider i geniusz muzyczny Roberta Fripp'a objawiał się na każdym albumie w inny spósob, a formacja w pierwszych latach działalności wyeksplorowała wszelkie chyba możliwe nisze ambitnego grania. Choć po dziś dzień za największe dzieło zespołu uchodzi debiutancki "In The Court Of The Crimson King" to właśnie trzeci krążek zespołu "Lizard" wydaje mi się byc tym najbardziej wyrafinowanym.
Jazz i surrealizm to najlepsze słowa oddające zawartość tych 5 utworów. Fripp po raz kolejny przetasował skład, tym razem w nagraniach wzięli udział Gordon Haskell (wokal, gitara basowa), Mel Collins (flet, saksofon), Andy McCulloch (perkusja), Robin Miller (obój), Keith Tippet (pianino i instrumenty klawiszowe), Mark Charig (klarnet) oraz gościnnie w ostatnim (w części "Prince Rupert Awakes") utworze Jon Anderson z zespołu Yes. Już pierwsze dźwięki rozbrzmiewającego pianina w "Cirkus" zwiastują muzykę, która silnie będzie oddziaływała na nasze emocje i wyobraźnię. Schizująze łamańce, lekko osowiały głos Haskella, jazzująca perkusja mógłyby być ścieżką dźwięku do najdziwniejszych cyrkowych żonglerek. Utwór w swojej formie nawiązuje trochę do "21st Century Schizoid Man" z debiutanckiej płyty, ale "Cirkus" jest utworem o wiele mroczniejszym, bardziej niepokojącym, gdzie nastrój rozwija się o sennie ciepłego, aż po schizująco koszmarny. Kolejny "Indoor Games" ma o wiele spokojniejszy, "domowy" nastrój i formę. Dużo tutaj jazzu, wokal Haskella jest lekko przesterowany, a w niektórych momentach nasuwają mi się skojarzenia z "Atom Heart Mother" Pink Floyd. "Happy Family" to utwór utrzymany w podobnej formie, ale bardziej jazzujący, w swojej formie bardzo sarkastyczny i abstrakcyjny. Generalnie dosyć spokojny charakter tego jak i poprzedniego utworu bardzo silnie znajduje bardzo silne odbicie w skojarzeniach i odczuciach słuchacza. "Lady Of The Dancing Water" to delikatny, bardzo liryczny utwór rozpoczynający się partią fletu - choć utwór jest krótki to znajdziemy tutaj sporo ładnych melodii i pewien nostalgiczny klimat. Na zakończenie mamy jedną z najgenialniejszych suit jakie widziała muzyka progresywna. Utwór tytułowy jakże odmienny jest od tego co zarówno zespół jak i konkurencja (zwłaszcza Pink Floyd) robili. Suita ta bezdyskusyjnie mogła być pierwowzorem dla suit nagrywanych przez współczesne zespoły progmetalowe, ale jest zdecydowanie lepsza. Pełna rozmachu, zmian nastroju, naszpikowana improwizacjami, wyważona, pozbawiona wariactwa, nastawiona raczej na wykreowanie abstrakcyjnego świata, aby słuchacz mógł sam sobie opowiedzieć historię. Da się zauważyć, że utwór ma bardzo klasyczną formę, z zaakcentowanym wstępem, rozbudowaną instrumentalną partią w środku aż po pełen rozmachu koniec. I koniec abstrakcji... powrót do codzienności... repeat.
"Lizard" jest moim zdaniem niedoścignionym wzorcem, kopalnią pomysłów, apoteozą tego co wartościowe, ojcem chrzestnym progmetalu i wszelkiej muzycznej awangardy. Pomijam już fakt perfekcyjnego wykonania, ale gdyby "Lizard" - album który ma ponad 35 lat posiadał brzmienie współczesnych zespołów, to niemiałbym wątpliwości, że byłaby to poprzeczka nie do przeskoczenia. Całą masa zespołów jak choćby Sleepytime Gorilla Museum, Anekdoten, Cynic czy nawet The Dillinger Escape Plan wzorowało się na twórczości KC, ale chyba żaden z tych zespołów nie poszedł tak odważnie jak zespół Roberta Frippa. "Lizard" to szalenie trudny w odbiorze album, ale zarazem ogromnie wartościowy i wyrazisty. To jest muzyka dla najbardziej wymagających, dla smakoszy, zachęcam więc do tego, aby dać temu wydawnictwu szansę i odrobinę cierpliwości. Opłaci się.
(recenzja ukazała się na darkplanet.pl)
Jazz i surrealizm. Te słowa doskonale opisują muzykę zawartą na trzeciej płycie Crimsonów. Muzykę trudną, skomplikowaną, czasami chaotyczną (ale przecież podstawa twórczości KC to chaos), nierockową właściwie a jazzową. Samo instrumentarium mówi o tym. A wykonanie jest również jazzowe - czyli niby mamy muzykę, ale w każdym (no może poza 'Lady of the dancing water' - przepięknej balladzie) każdy instrument gra swoją solową partię, czasami wszystkie naraz; trzeba więc kilka razy danego utworu wysłuchać by wychwycić te wszystkie elementy, szczegóły crimsonowej układanki. Wyróżnia się 'Happy family' z partią fortepianu Keitha Tippeta (czyli samego Emersona z ELP) - no i sam utwór groteskowo obrazujący rodznkę...
Ale największe brawa należą się na pewno Lizardowi. 23-trzyminutowa suita pełna piękna i chaosu, pełna spokoju i piekła, pełna muzyki i ciszy; kwintestencja pierwszego okresu KC; 'Bolero' na na jazzowo fenomenalne. Ocena może być jedna - 5

















































