|
Lista utworów:1. Somnis Lliures (2:50)2. Cami Sonor (5:43) 3. Coese Que Passen (3:50) 4. La Corrupcio De L'enyor (3:20) 5. Les Caldered D'en Pere Botero (6:04) 6. Les oliveres D'en Joan (5:22) 7. El Patufet Va Amb Vespa (6:32) 8. Tormentes De Diners Amb Fang (5:16) 9. Truita De Tortuga (4:23) 10. Juga'mi (4:55) 11. Sssssxxxhhhh!!, A Dormir (5:34) Czas całkowity: 53:49 Muzycy biorący udział w nagraniu:- Xavier Parera (guitar)- Oriol Arranz (guitar and voice) - Jordi Garcia (bass) - Raimуn Iniesta (drums) - Jordi Cols (congas, percussion and voices) |
Zadrżała mi ręka, gdy wsadzałem debiutancki krążek hiszpańskiego Gurth do odtwarzacza. Przypomniała mi się bowiem antypiracka reklama firmy Sony, przedstawiająca playstation, do którego włożone zostało zgniłe jabłko z tłustymi robalami. Popatrzyłem raz jeszcze na okładkę płyty 'Tormentes' i sprawdziłem, czy odtwarzacz wciąż jest na gwarancji. 'Niech się dzieje...', pomyślałem. Play.
Ale w czym rzecz? Wulgarność, prowokacja? Uderzać w dzwon moralności nie zamierzam, ani skarżyć się na grafikę przedstawiającą rysunkowe nagości wszelkiej maści. Zbyteczne, skoro samo słowo 'gurth' odnosi się do wielkości penisa. Że niepełnoletni, bo zrodzony w 1995 roku, zespół fascynuje się różnymi - w gruncie rzeczy ciekawymi - sprawami? W wieku lat trzynastu to normalne i zdrowe. Chodzi o to, że nawet jeśli szata nie zdobi człowieka, to płytę - z pewnością, a okładka 'Tormentes' jest po prostu nieznośna.
A dalej? Dalej już z górki... I nie tylko dlatego, że gorzej być nie może, lecz przede wszystkim za sprawą muzyki, która popłynęła z głośnika.
Początek albumu przynosi nam kompozycje pochodzące jakby z jam session. Spokojna gra sekcji rytmicznej i stale powtarzany riff gitarowy tworzą bezpieczną przestrzeń dla solistów, którzy, zapewne ze względu na dobro ogółu, nie zapędzają się w ekscytujące nieznane, ale raczej spacerują po dobrze wydeptanych ścieżkach. O wiele ciekawszy, od raczej nudnego utworu otwierającego album, wydaje się być kawałek drugi - 'Cami Sonor'. Gitara nie jest tu osamotniona i zyskuje zaskakującego towarzysza partii solowych - trąbkę. Razem tworzą nastrojową parę, która przy pomocy reszty zespołu imituje - bardzo zgrabnie w końcówce wyciszony - harmider metropolii.
Ujawnia się już tu skłonność muzyków Gurth do zestawiania ze sobą kontrastujących elementów. Raz ostry rock przemieni się w głupiutką pioseneczkę ('Les Caldered D'en Pere Botero'), innym razem zaskoczy nas operowy śpiew ('Tormentes De Diners Amb Fang'), a jeszcze kiedy indziej, w środku śpiewanej po hiszpańsku piosenki usłyszymy mowę Szekspira. Co ciekawe wszystkie te zabiegi (zza których wyłaniać się będzie chwilami wąs Zappy) dotyczą utworów zgromadzonych w środkowej części albumu. Po początku a'la jam session, przepełnionym groteskową gurthszczyzną środku płyty, w końcówce usłyszymy trzy spokojne, niemal rzewne kompozycje. Płynąca melodyjność 'Juga'mi' - wydawać by się mogło - nie pasująca do tego albumu, bardzo ładnie przechodzi w ostatni kołysankowy 'Sssssxxxhhhh!!, A Dormir'. I trzeba przyznać, że duszny nastrój albumu, chwilami bardzo męczącego, jest fantastycznie niwelowany przez spokojniejszą końcówkę.
Zespołowi z pewnością należą się słowa pochwały za to, że udało im się tyle różnych elementów zmieścić na jednej płycie. Tym bardziej, że uniknęli wrażenia chaosu, mimo prawdziwego bogactwa przeróżnych dźwięków i stylów. Sam się dziwię, jak im się to udało, gdy słyszę 'La Corrupcio De L'enyor' (będące echem występu Tito & Tarantula w sławetnym barze Titty Twister), obok 'El Patufet Va Amb Vespa' (mrugającego w kierunku G. Moora). Niestety, ta frapująca różnorodność połączona z energetycznym rockiem na dłuższą metę nie wciąga. Przynajmniej mnie. Kolejnych utworów, które potrafią co chwila zaskoczyć czymś nowym, czymś osobliwym, słucha się przyjemnie. Tylko i aż. Największy atut płyty Gurth okazuje się być największym jej mankamentem: jest to kawał rzetelnie wykonanej muzycznej roboty. Tylko i aż.




















