|
Strona 3 z 3 Kilka lat temu Kevin Moore, były klawiszowiec Dream Theater, nagrał muzykę do filmu niemego i wydał ją w komplecie z DVD z filmem, do jednoczesnego odtwarzania. Chcielibyście zobaczyć Wasze dzieło w takiej formie? P.P.: Zdecydowanie tak. Jeśli kwestie związane z prawami autorskimi nie będą zbyt skomplikowane, chcielibyśmy kiedyś to zrobić. Choć osobiście wolałbym jedną płytę ze zsynchronizowaną z obrazem muzyką. Często poszerzacie na koncertach skład o altówkę bądź trąbkę. Czy nie wiążą się z tym problemy logistyczne? W razie trasy koncertowej nie byłby to wygodny układ. P.P.: Akurat altówka i trąbka to żaden problem, prawdziwym są sterty sprzętu, które zabiera ze sobą nasze trio. Poza tym muzyków gościnnych zapraszamy zwykle w sytuacjach, w których i nam i im nie sprawia to kłopotu. Nie jest to stały element naszego brzmienia, jesteśmy bardzo elastyczni. M.B.: Największe logistyczne problemy sprawiają moje klawisze (śmiech). A'propos elastyczności - zdarzają się Wam występy akustyczne. Czy trudno jest taką muzykę jak Wasza przetransponować na akustyczne instrumenty? P.P.: Niektóre utwory łatwo, jak np. "Opium", które można zagrać na 1000 sposobów. Z drugiej strony chwilowo nie wyobrażam sobie akustycznej wersji "Centryfugi" (śmiech). Ale generalnie dążymy do tego, żeby nasze utwory dało się zagrać w możliwie wielu aranżacjach, instrumentacjach i formach. M.B.: Zwykle staramy się, żeby na każdym koncercie - czy to elektrycznym czy to akustycznym - nasze utwory brzmiały inaczej. Dokonujemy tego albo za pomocą improwizacji albo zmian w aranżacji czy w formie. Powiedzmy, że podczas koncertu akustycznego te zmiany są nieco większe niż podczas bardziej "elektrycznych" występów SNR. Czyli nie ma dwóch takich samych występów SNR? M.B.: Jak dotąd nie było (śmiech). A jak doszło do Waszego występu na wystawie sztuki współczesnej w Muzeum Narodowym? P.P.: Występ na wystawie zawdzięczamy naszemu menedżerowi. Poproszono nas o zagranie "w tle", więc musieliśmy szybko przearanżować utwory. Do końca nikt nie był pewien, czy nasza muzyka się tam sprawdzi, ale ostatecznie wszyscy byli zadowoleni. Tapping do filmu niemego, koncerty unplugged, wizualizacje, zmienne instrumentarium - Waszym żywiołem jest eksperyment. Czy w najbliższym czasie zamierzacie nas zaskoczyć jeszcze jakimś nieszablonowym pomysłem? P.P.: Zaskakiwać na pewno będziemy. Zwykle jednak nie planujemy eksperymentów z dużym wyprzedzeniem, więc nie mogę uchylić rąbka żadnej tajemnicy. Na jakim etapie są obecnie prace nad "Mitologią epoki maszyn"? M.B.: Zakończyliśmy nagrywanie perkusji, zostały też zarejestrowane niektóre partie klawiszy i gitary akustycznej. Czekają nas jeszcze wokale oraz reszta klawiszy i gitar. Czy jest już wyznaczona orientacyjna choćby data premiery? P.P.: Planujemy skończyć płytę w tym roku. Myślę, że do końca września skończymy nagrania, w międzyczasie czekają nas jeszcze przerwy na wakacyjne wyjazdy. Potem zajmę się miksami, w czym nie lubię pośpiechu. Natomiast data premiery zależy też od tego, czy jakiś wydawca zainteresuje się tą płytą i jak szybko to zrobi. Czyli nie powierzycie swojej płyty ponownie MALS? P.P.: Tego nie powiedziałem (śmiech). Zamierzamy po prostu wysłać ją też do innych wydawnictw i porównać oferty. Pytanie o dawne czasy: do Waszego drugiego demo dołączone było opiumowe kadzidełko. Skąd ten pomysł? P.P.: Utwór "Opium" był zainspirowany zapachem opiumowej świeczki. Ponieważ nie udało nam się wepchnąć świeczki do pudełka, stanęło na kadzidełku (śmiech). M.B.: Nastrój był zawsze ważny w naszej muzyce, a w tamtych czasach często paliliśmy kadzidełka na koncertach. Signal to Noise Ratio - jak każdy inny zespół – można polubić lub nie. Nie można jednak odmówić im pomysłowości i pasji w sięganiu po nowe wyzwania. Ich wielokierunkową działalność chciałbym ukazać jako przykład wszystkim zespołom, które sądzą, że wepchnięcie tu i tam dłuższej solówki automatycznie czyni ich twórczość progresywną. |
|||||
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|









































