|
Lista utworów:1. Nightcap2. Aftermath 3. Moments Of Delusional Paranoia/Mariposa Muzycy biorący udział w nagraniu:Martin Anderson: perkusja, instrumenty perkusyjne, fortepianLasse Kulhmann: gitara basowa, instrumenty perkusyjne, fortepian, organy Even Hafnor: gitara, marimba, organy Sigbjorn Grimsaeth: gitara, syntezatory, organy, perkusja Gościnnie: Oyvind Mathisen: trąbka Harald Lassen: saksofon Salvador Sanchez: recytacja Eirik Dorsdal: trąbka |
Norwegowie z Essence Of A Session swoją dyskografię rozpoczęli niespełna dwudziestominutowym minialbumem. Mam nadzieję, że jest on aperitifem do czegoś większego - panowie potrafią zaciekawić, ale o tym za chwilę. Najpierw parę cierpkich słów, potem mogę zacząć chwalić.
Ja rozumiem, że małe płytki wydaje się z mniejszym pietyzmem niż longi, ale strona edytorska EPki naprawdę nie ułatwia życia komuś, kto chce się z wkładki czegoś dowiedzieć. Drobne, brązowe litery na czarnym tle to nie jest najszczęśliwszy pomysł. Trzeba nieźle gimnastykować wzrok, żeby poznać skład zespołu. Jeszcze gorzej jest ze spisem treści. Odznaczone są pierwszy i drugi utwór, przy trzecim nie ma numerka, są za to... dwa różne tytuły (profilaktycznie podałem na górze obydwa). Zamysł artystyczny czy niechlujstwo? Z drugiej strony sama sesja zdjęciowa zespołu jest intrygująca. Czterech panów w eleganckich garniturkach i maskach rodem z komedii del'arte, w tym jeden z czapką-uszanką na głowie, tajemniczo opalizujące czerwone kielichy, a wszystko to w półmroku. Można się domyśleć, że nie będzie standardowo.
Co do samej muzyki - jest bardzo pomysłowa. Podstawę brzmienia zespołu stanowi gęsty, motoryczny bas, rytm perkusji bywa synkopowany. A że Essence... zaprosili do nagrania jeszcze sekcję dętą, to nad muzyką unosi się duch starych, funkowo-jazzowych soundtracków do filmów kryminalnych. Fajnie! W żadnym razie nie jest jednostajnie. Zdarzają się ciekawe solówki gitary, raz spokojne, innym razem jazgotliwe na modłę King Crimson bądź... rodzimego Tenebris (choć wątpię, by Norwegowie znali twórczość Łodzian), są nieprzewidywalne przejścia. Wokali jako takich tu nie uświadczymy, ale pewne sprytne zabiegi nam to rekompensują. Oto w 'Aftermath' mamy - o zgrozo!!! - regularny rap! Żaden tam wsamplowany głos, tylko jak najbardziej żywą rytmiczną recytację na tle rockowego podkładu. Co ciekawe - wcale się to nie gryzie z klimatem utworu! Z kolei w utworze trzecim (tym o wielu tytułach) słyszymy, jak jakiś wojskowy kretyn lży podwładnych, co więcej - jego gadki od biedy można połączyć w opowieść.
Essence Of A Session tworzą dość jazgotliwego postrocka, którego zrozumienie i 'rozbiór logiczny' mogą niektórym zająć trochę czasu - choć zaznaczam, nie będzie to czas zmarnowany. Nie wróżę im kariery na miarę Mogwai czy Pelican - tamci wszystko podają na talerzu, słuchacz może wyłączyć zmysł analityczny, u Essence tak się nie da. Masy zaś ostatnio rzadko używają głów. Sięgnąć - warto. Jak na tej długości dziełko - solidne 3,5/5. Pełny album utrzymany na tym poziomie dostałby czwórkę.
















































