|
Lista utworów:1. Requiem For The Living (13:25)2. Either/Or (7:32) 3. Intermission 1 (2:13) 4. How To Seduce A Ghost (4:54) 5. Radio Song (4;23) 6. Intermission 2 (1:35) 7. Laudanum Part I: A Long Goodbye Part II: Every One Is Here But You Part III: Nowhere Part IV: The Wake (22:13) Czas całkowity: 56:23 Muzycy biorący udział w nagraniu:Sepand Samzadeh: gitara, e-bow, syntezatory, vocodre, programowanie rytmuOscar Fuentes: fortepian, organy, syntezatory, gitara akustyczna, gitara basowa, programowanie rytmu Gościnnie: Jon Mattox: perkusja, instrumenty perkusyjne Hollie: śpiew Jeffrey Samzadeh: śpiew Vivi Rama: gitara basowa, gitara basowa pięciostrunowa Jason Hemmens: saksofon Sean Erick: trąbka Kevin Williams: puzon Jeremy Castillo: gitary Marjory Fuentes: recytacja |
Z reguły do półeczki z napisem 'postrock' podchodzę jak pies do jeża. Poza nielicznymi wyjątkami nie potrafiłem się do tego megaeklektyzmu, w dodatku nie ułożonego w tradycyjne piosenkowe struktury, przekonać. Widocznie jestem tradycjonalistą. A tu - proszę. Muzyka, którą wypada do tej kategorii zaliczyć, od trzech dni nie chce opuścić mojego odtwarzacza. Aż mam ochotę uścisnąć dłoń temu zielonemu stworkowi z okładki!
Kalifornijski duet panów Samzadeha i Fuentesa z pomocą armii współpracowników stworzył niemal godzinę muzyki, którą najkrócej określiłbym jako koronkową. Instrumentalne kompozycje poprzetykane tu i tam wokalizami bez słów płyną sobie nurtem spokojnym, ale jednak znacznie żwawszym od klasycznego postrocka. Tu nie ma miejsca na smęcenie, jest za to dużo zaskoczeń. Tematy bardzo naturalnie przechodzą jeden w drugi, a imponujące instrumentarium pozwala łączyć bardzo różne muzyczne światy.
Mamy tu sporo elektroniki, rytmy syntetyczne sąsiadują z żywą perkusją. Dobrodziejstwa techniki pozwalają na wykreowanie głębokich przestrzeni (przez kilka pierwszych sekund płyty miałem straszne wrażenie, że to czysty dark ambient, na szczęście się pomyliłem). Z kolei w 'Radio Song' ostre gitary nałożone są na klasyczne dyskotekowe electric boogie, wzmocnione, a jakże, wokoderem. Gdyby nie wspomniane riffy i pojawiająca się później sekcja instrumentów dętych pomyślałbym, że to utwór Music Instructor!
'Days...' mają jednak do zaoferowania znacznie więcej.
Na płycie pojawiają się dwa skrajnie różne głosy. Jeffrey Samzadeh dudni niczym z wnętrza grobu, podczas gdy niewiasta o imieniu Hollie w 'Either/Or' upodabnia się, moim przynajmniej zdaniem zamierzenie, do Clare Tory z floydowskiego 'Great Gig In The Sky'. Żywioł floydowski jest namacalny na całej płycie - czy to w postaci solówek gitarowych, które mógłby zagrać David Gilmour na postwatersowskich płytach (przywołują też nieco ducha dokonań zespołu Airbag), czy przez saksofon, który prym wiedzie zwłaszcza w potężnej rozmiarami suicie 'Laudanum', czy w wokalach właśnie. Pojawiające się w kilku miejscach partie fortepianu i gitary akustycznej dodają muzyce szlachetności. Wszystkie te odwołania do znanych nazw to zresztą mały ułamek inspiracji duetu.
Oczywiście DBS pełnię swoich możliwości prezentują w utworach najdłuższych : 'Requiem For The Living' i 'Laudanum'. W tym drugim, kiedy już myślimy, że zespół wyciągnął już wszystkie asy z rękawa, na sam koniec dostajemy jeszcze piękną kodę, w której gitary i dęciaki grają melodię rodem z nordyckiego folkloru. Pełna sielanka! Zresztą w ogóle siłą 'Days Between Stations' jest niewymuszona, optymistyczna atmosfera i pobudzanie wyobraźni. Zamykamy oczy i widzimy... nie będę wypowiadał się za Was, ale na pewno coś przyjemnego.
Płyta bardzo ciekawa, zastanawiam się jednak co wymyślą Fuentes i Samzadeh na kolejnym wydawnictwie - w tego typu impresjonistycznej twórczości, gdzie melodie schodzą na plan dalszy, trzeba zaskakiwać słuchacza nowymi brzmieniami i pomysłami. Z drugiej strony zawartość 'Days Between Stations' pozwala być spokojnym o inwencję duetu. Nie ma na razie potrzeby myśleć o następnej ich płycie, tylko wsłuchać się w debiut. Za który daję 4,5/5.













































