|
Lista utworów:1. Best Years 5:152. Can You Hear The Wind Blow 5:04 3. Call On Me 5:02 4. All I Want All I Need 5:41 5. Good To Be Bad 5:14 6. All For Love 5:13 7. Summer Rain 6:11 8. Lay Down Your Love 6:01 9. A Fool In Love 5:50 10. Got What You Need 4:16 11. `Til The End Of Time 5:35 Czas całkowity: 59:22 Muzycy biorący udział w nagraniu:- David Coverdale (vocals)- Doug Aldrich (guitars) - Reb Beach (guitars) - Uriah Duffy (bass) - Chris Frazier (drums) - Timothy Drury (keyboards) |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|
Z Whitesnake jest jak ze starymi kapciami. Zniszczone, może niemodne, ale bardzo wygodne. Powrót Białego Węża potraktowałam trochę z niedowierzaniem. Jak to David Coverdale powraca z nowym materiałem? Teraz, kiedy poletko zarezerwowane dla tego rodzaju grania i muzycznej ekspresji zostało zaanektowane przez zręcznego imitatora Jorna Lande. A jednak!
Good to Be Bad. Jak dobrze być złym - z dumą ogłasza piękny (niegdyś) David Coverdale pogromca niewieścich serc. Przekornie można napisać jak dobrze wydać bardzo dobry album J. Whitesnake powraca do świadomości słuchacza w wielkim stylu. Od wydania poprzedniej płyty Restless Heart minęło ponad 11 lat. Cała epoka w branży muzycznej.
Good to be Bad jest płytą nie na czasie, trochę trącącą myszką, ale paradoksalnie taką właśnie powinna być. I w tej oldskulowej otoczce upatruję siły rażenia Good to be Bad.
Muzycznie jest to nadal ciekawy, staromodny, podmetalizowany hardrock, (z dużą porcją bluesa) zagrany z polotem. Bardzo stylowy, będący wypadkową pudelmetalowej odsłony Whitesnake i płyt z wczesnych lat 80-tych. Utwory są, a jakże czadowe, ba (jak zwykle w przypadku Whitesnake) znalazło się miejsce na rzewne, nieco kiczowate ballady (właśnie o tym, że życie jest ciężkie, a miłość taka trudna te baby!). O taka chociażby All I Want All I need, wyjęta wprost z kiepskiego filmu klasy C, tudzież Summer Rain podpasowana w sam raz do formatu rockowego radia dla oldboyów. Nie złośliwa bynajmniej nie jestem. Brakuje mi takich utworów na co dzień. A, że trochę obciachowe? Nieważne.
Utwory, które można zaliczyć do czadów (wiem, dla dzisiejszej młodzieży czady to Slipknot) zostały zagrane bardzo stylowo i z rockowym (a czasami bluesrockowym) pazurem. Weźmy pierwsze z brzegu Lay Down Your Love, czy też lekko southerntrockowe A Fool In Love. Pastiszowe Call On Me tez nie najgorsze. Słychać, że gitarowe duo Aldrich/Beach z niejednego rockowego pieca chleb jadło. Solóweczki i riffy zagrane na luzie, bez napinania się. Kompozycje też niczego sobie proste, nieskomplikowane, oparte na schemacie canto/refren/canto/solo/refren. Czegóż chcieć więcej?
A Coverdale? Ślady dawnej urody przeminęły już dawno, włosy oprószyła siwizna starości, ale głos pozostał ten sam. Może jest nieco bardziej matowy i zachrypnięty, ale barwa i skala nadal mogą imponować.
Literacko za to nie zmieniło się nic. Nie wymagam od Coverdalea liryków o tematyce antywojennej czy poświeconym bolączkom pokolenia Web 2.0. Poetą rocka Coverdale nigdy nie będzie zatem nie się co silić na interpretacje whitesnakowych tekstów. Jak zwykle (i tak powinno zostać) David pisze o skomplikowanych relacjach damsko-męskich.. No wiecie, że to zła kobieta była, a on tak zaangażowany dostał prztyczka w nos. I już! Życie jest twarde, ale w końcu jest się facetem po przejściach, prawda Mr. Coverdale?
Wspominałam już o kapciach? Pasują bardzo. Dodatkowo jeszcze wygodna kanapa, kieliszek starego, wybornego wina i talerz odgrzewanego muzycznego bigosu ala Whitesnake.
Po prostu pyszne, wysmakowane granie. Może i wyjęte z lamusa muzycznej historii, ale nadal wciągające.














































