|
Lista utworów:CD 11. Pharaoh's Dance 20:06 2. Bitches Brew 27:00 CD 2 3. Spanish Key 17:34 4. John McLaughlin 4:26 5. Miles Runs the Voodoo Down 14:04 6. Sanctuary 11:01 7. Feio 11:51 Czas całkowity: 106:01 Muzycy biorący udział w nagraniu:- Miles Davis (trumpet)- Wayne Shorter (saxophone) - Bennie Maupin (clarinet) - Chick Corea (electric piano) - Joe Zawinul (electric piano) - Larry Young (electric piano) - John McLaughlin (guitar) - Dave Holland (bass) - Harvey Brooks (bass) - Lenny White (drums) - Billy Cobham (drums) - Jack DeJohnette (drums) - Don Alias (congas, drums) - Juma Santos (congas) - Airto Moreira (percussion) Porozmawiaj o płycie Milesa Davisa Bitches Brew |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|
Ależ sobie kobyłę wziąłem na warsztat, co? O Bitches Brew można napisać bądź ile stron tekstu, najlepiej niebywale uczonego, pełnego nazwisk, dat i mądrych wyrazów. Tak zapewne należałyby o tym albumie pisać... tylko, że ja tego nie zrobię. Zastanawiałem się trochę nad kształtem tej recenzji i doszedłem do wniosku, że nie zależy mi na tym, żeby mój tekst był miliard pierwszym głosem w dyskusji na temat BB czy elektrycznych płyt Davisa w ogóle. Nie piszę tego do fanów fusion, bo oni i tak wiedzą wszystko, co mógłbym napisać. Nie mam żadnej nowej, odkrywczej teorii na temat tej, najsłynniejszej jazzowej płyty lat 70. Pomyślałem sobie natomiast, że dobrze by było zachęcić do Milesa tych, którzy jeszcze go nie znają. Nie przekonać - zachęcić. Uświadomić, że istnieją takie albumy, które znać powinien każdy, a Bitches Brew z całą pewnością jest jednym z nich. Dlatego napiszę krótko, zwięźle, po wojskowemu:
Istnieją takie albumy, które znać powinien każdy, a Bitches Brew z całą pewnością jest jednym z nich. Nie wiem ile łącznie jest tego typu wydawnictw. 50? 70? W sumie, jest ich nie mało i mam świadomość, że gimnazjalista, który właśnie odkrył dla siebie Pink Floyd nie będzie znał ich wszystkich od razu, ale oprócz osób całkiem początkujących na nasz serwis zaglądają zapewne także ludzie bardziej zaprawieni w bojach. Do nich przede wszystkim kieruję swoje słowa. Wstyd nie znać tej płyty. Jasne, że nie każdemu musi się ona podobać, bo to jest trudna muzyka, kompletnie różna od typowego prog rocka. Ale Electric Ladyland, albo Highway 61 Revisited też z Camelem nic nie ma wspólnego, a nie słyszeć tych albumów absolutnie nie przystoi.
Bitches Brew to trudny, mroczny, epatujący jazz, w którym mnóstwo facetów gra naraz, który trudno jest ogarnąć jeśli nie ma się o takiej muzyce specjalnego pojęcia i który ciężko jest polubić, jeśli nie jest się fanem awangardy. Dla wielu osób wysłuchanie tego albumu będzie niemiłym doświadczeniem, ale jeżeli ktoś ma ambicję znać się na muzyce (i naprawdę nie ma znaczenia, czy będzie to progres, hip hop czy punk) musi przez to przebrnąć. Nie będę jakoś bardzo straszył informacjami w stylu są tutaj potrójne klawisze, czy Davis inspirował się Pendereckim, bo nic dla nas z tego nie wynika. Nawet gdybym napisał, że od Bitches Brew można dostać wylewu krwi do mózgu, to i tak niczego by to nie zmieniało - trzeba znać. Kropka.
Historia mówi, że Miles chciał, łącząc jazz z rockiem zbliżyć się do młodzieży, do hippisów, których środkiem wyrazu był właśnie rock. Dlatego zelektryfikował swe brzmienie, przygarnął młodzianów, którzy mieli go wprowadzić w muzyczny świat swego pokolenia, dokooptował do zespołu gitarę (John McLaughlin) i zaczął grać inaczej, nowocześniej, mocniej. Tylko że pokolenie dzieci kwiatów to dla wielu z nas są rodzice, czy nawet dziadkowie! Miles ze swoim elektrycznym jazzem odnosił się do Wieczności, ale przecież nie zwracał się z tym do pokolenia dzisiejszych osiemnastolatków. Bitches Brew dotyka mentalności poszukiwania, cechującego młodzież, która dzisiaj dobiega sześćdziesiątki, natomiast nie ma nic wspólnego z mentalnością wielkiego żarcia, czasów nam współczesnych. Przepraszam za to filozofowanie (wybitnie nie wojskowe!), ale wydaje mi się, że to jest główna przyczyna faktu, iż omawiany album wydaje się dzisiaj tak trudny. Ciężko pojąć tę muzykę tym słuchaczom, którzy nie mają ochoty niczego w niej poszukiwać, chcieliby od razu konsumować. Cóż, tym gorzej dla nich, bo jak już napisałem, te dwa krążki znać trzeba i nie da się od tego obowiązku wykręcić.
Kończąc tę recenzję (czy raczej polecenie, bo przecież nie była to recenzja par excellence), powiem Wam jeszcze jedno. Wiem, że nie ma lepszego sposobu na zamordowanie książki, niż ogłoszenie jej lekturą szkolną i trochę ta obowiązkowość Bitches Brew (którą przecież nie ja ustanowiłem. To jest absolutny must od ponad czterdziestu lat!) może ten album co poniektórym zohydzić. Tak więc, dam Wam jedną radę. Otwórzcie się na nowe doświadczenia. Po prostu. Świat jest bardzo różnorodnym miejscem. Odkrycie tej wielorakości, tego bogactwa perspektyw, także w muzyce, przynosi znacznie więcej frajdy niż trwanie cały czas przy tym samym. Radzę się nad tym zastanowić. I życzę miłego słuchania!
















































