Jestes tutaj:  Start arrow Rock Psychodeliczny arrow Pink Floyd arrow Ummagumma


Ummagumma
(1969, album studyjny)
słaba    b.dobra
Powiadom o tej płycie znajomego
 Ummagumma
4.43

(głosów 160)


  Share

Lista utworów:
1. Astronomy Domine (8:29)
2. Careful With That Axe, Eugene (Instrumental) (8:50)
3. Set the Controls for the Heart of the Sun (9:12)
4. Saucerful of Secrets (12:48)
5. Sysyphus, Pt. 1 (1:08)
6. Sysyphus, Pt. 2 (3:30)
7. Sysyphus, Pt. 3 (1:49)
8. Sysyphus, Pt. 4 (6:59)
9. Grantchester Meadows (7:26)
10. Several Species of Small Furry Animals Gathered Together in a Cave and Grooving with a Pict (4:59)
11. Narrow Way, Pt. 1 (3:27)
12. Narrow Way, Pt. 2 (2:53)
13. Narrow Way, Pt. 3 (5:57)
14. Grand Vizier's Garden Party: Enterance, Pt. 1 (1:00)
15. Grand Vizier's Garden Party: Entertainment, Pt. 2 (7:06)
16. Grand Vizier's Garden Party: Exit, Pt. 3 (0:38)

Czas całkowity: 86:11

Muzycy biorący udział w nagraniu:

- Roger Waters ( bass, guitar, Gong, guitar (bass), vocals, tape )
- Nick Mason ( percussion, drums, timpani, tape )
- Richard Wright ( organ, piano, keyboards, vocals, Mellotron )
- David Gilmour ( organ, bass, guitar, piano, drums, vocals, Mellotron )

oraz  gościnnie:
- Lindy Mason ( flute )


Porozmawiaj o płycie Pink Floyd Ummagumma


 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Recenzje płyty

No tak, po przeczytaniu mojego tekstu o Grand Hotel można było odnieść wrażenie, że w swej podróży sentymentalnej poruszał się będę po w miarę przystępnych rejonach, a ja tu walę takie coś! Ummagumma! Od razu rozwieję powstałe wątpliwości - większość płyt, które będę opisywał jest prostych, miłych i z pewnością wszyscy je lubicie. Ale, jak sami chyba rozumiecie, skądś to moje zainteresowanie awangardą się wzięło i bynajmniej nie od Procol Harum.

Ummagumma to najważniejszy album mojego życia. Ten, który najbardziej mnie ukształtował, który rozpostarł przede mną najwięcej możliwości słuchania muzyki, wreszcie ten, który przez dziesięć lat uznawałem, za swój ulubiony. I chociaż od dłuższego czasu nie odczuwam potrzeby słuchania go, to nadal jest on czymś w rodzaju wizytówki mojego podejścia do rocka progresywnego i do muzyki w ogóle.

Idąc do gimnazjum słuchałem Beatlesów. I to wcale nie eksperymentów z taśmami i hinduskich odjazdów, ale największych przebojów. Wiecie - All You Need Is Love, I Want to Hold Your Hand, Help! i tak dalej. W autokarze na wycieczce integracyjnej poznałem kolegę. Jak masz 12 lat i cię pytają czego słuchasz, to nie mówisz nazwy gatunku, tylko wymieniasz ten jeden zespół, który lubisz. Ja lubiłem The Beatles, a on lubił Pink Floyd. I kiedy już zaczęła się szkoła poprosiłem go, żeby podrzucił mi coś swoich ulubieńców. Zgodził się i na drugi dzień przyniósł mi... Ummagummę. Dziwny wybór, prawda? Gdyby ktoś was poprosił o jakąś próbkę Floydów na początek to różne albumy moglibyście mu przynieść, ale na pewno nie ten! No cóż, mój kolega uznał, że trzeba od razu skakać na głęboką wodę, a na prostsze płyty przyjdzie kolej później. Tak więc przyszedłem do domu, odłożyłem tornister, udałem się do pokoju rodziców, bo tylko tam było na czym słuchać kompaktów i rozpocząłem przesłuchiwanie. I wiecie co? Cholernie mnie to zaintrygowało! Niewiele z tego rozumiałem, teraz kiedy już coś tam o muzyce wiem widzę, że nie kumałem z tej Ummagummy absolutnie nic. Ale słuchałem jej twardo, bo chociaż nie mogłem powiedzieć, że mi się to to podoba to jednak od pierwszych dźwięków niezwykle mnie to dziwo zaciekawiło.

Mój kolega, jak jeszcze byliśmy w gimnazjum powiedział, że kiedy słucha Led Zeppelin, albo późnych Floydów to wyobraża sobie co najwyżej, jak muzycy grają. Natomiast przy Ummagummie i w ogóle starym PF może sobie wyobrazić wszystko. I ta obserwacja zdaje się być kluczem do tego typu muzyki. Ktoś bardziej obyty w nietypowych dźwiękach może słuchać ich na wiele różnych sposobów, natomiast dla odbiorcy początkującego podstawą jest wyobraźnia. Słuchałem tego albumu tysiące razy. Kiedy padał deszcz, kiedy jechałem samochodem, kiedy chodziłem po górach, albo kiedy kładłem się spać. I za każdym razem był to zupełnie inny album. Muzyka awangardowa pozwala nam zajrzeć w siebie głębiej, łatwiej i bardziej świadomie niż nawet najpiękniejszy i najbardziej refleksyjny zwykły rock, pop czy cokolwiek innego. Nie rozumiem i chyba nigdy nie zrozumiem ludzi, których takie praktyki nudzą, których nie interesują żadne niezwykłe stany świadomości, żadna duchowość, płynąca z muzyki. Ludzi, dla których płyta jest takim samym artykułem codziennej konsumpcji jak torba frytek. Ummagumma nauczyła mnie szukać w muzyce znacznie więcej i chociaż z perspektywy czasu widzę, że nie jest to album tak wielki, jak mi się kiedyś wydawało, to jednak wpływ, jaki na mnie wywarł jest nie do przecenienia.

Dzisiaj, ponad 12 lat od pierwszego usłyszenia wiem, że Ummagumma nie jest wolna od mankamentów. Część studyjna to w znacznej mierze niebyt udana przygoda Panów architektów z dwudziestowieczną muzyką klasyczną i chociaż wiele momentów Sysyphusa czy The Narrow Way jest znakomitych, to jednak trudno nie zauważyć, jak niewprawnym utworem jest Grand Vizier's Garden Nicka Masona, albo jak niesamowitą nudą wieje od Grantchester Meadows. Prawdziwym arcydziełem jest jedynie część koncertowa, zawierająca cztery arcygenialne przykłady psychodelii końca lat 60. Tam faktycznie jest moc, jest hipnotyzujący rytm i nastrój, którego nie sposób porównać z niczym. Tylko, że nawet te nieudane eksperymenty z płyty studyjnej odegrały w mej muzycznej edukacji niebagatelną rolę. I dlatego przymykam ucho na wszelkie ich niedostatki.

W recenzji Grand Hotel napisałem, że to świetny album, żeby rozpocząć swoją przygodę z muzyką. Otóż uważam, że Ummagumma sprawdza się w tej roli jeszcze lepiej. Bo, jeśli podejdzie się do niej ze szczerą, dziecięcą ciekawością świata daje słuchaczowi znacznie więcej niż jakakolwiek muzyka rozrywkowa, nawet ta ciut ambitniejsza.

Napisał Bartosz Michalewski, dzień 02/01/2011 o godz. 15:27

Pierwsza prawdziwie psychodeliczna płyta jaką słyszałem w życiu. Miałem wtedy lat 15, a takie dokonania Floydów jak Animals, The Wall, The Final Cut, Atom Heart Mother, Division Bell, Dark Side Of The Moon i The Division Bell miałem w jednym palcu. Ale nie wiedziałem jeszcze co skrywa przede mną muzyka Pink Floyd z lat 60. Do czasu aż przywlokłem wraz z gitarą klasyczną do domu kasetę o dziwnym tytule 'Ummagumma'. Ponieważ jednak w oryginale jest to wydawnictwo dwupłytowe należy tak tez je recenzować. A więc pierwsza płyta to koncert, typowy genialny koncert jakie Pink Floyd miało wiele w tamtym okresie (masa bootlegów to potwierdza). O sile tego koncertu świadczy najlepsza wersja Careful With That Axe, Eugene. Legenda głosi, że członkowie Pink Floyd mają w swoich zbiorach inne tłoczenie tej płyty, z zawartym na niej dodatkowo Interstellar Overdrive. Ciekawe ile w tym prawdy? No nic to, zajmijmy się druga płytą. W zamyśle miała być ona skonstruowana tak, aby każdy z muzyków miał tylko i wyłącznie swoją część, na co podobno najbardziej naciskał Rysiu Wright. I od jego kompozycji, monumentalnego 'Sysyphus' rozpoczyna się to lp. Niektórzy twierdzą, że jest to dziełko zbyt pretensjonalne - mi się podoba, szczególnie moment w którym po chwili ciszy i wytchnienia nagle następuje kakofonia dźwięków... Miodzio. Następny w kolejce był Roger Waters. I chyba on spisał się ze wszystkich najlepiej nagrywając przepiękną balladkę 'Grantchester Meadows' który połączył z zabawnym, instrumentalnym kawałkiem o tak długim tytule, ze nie chce mi się go tu przytaczać. Grunt, że 'Grantchester Meadows' na stałe weszło do koncertowego repertuaru grupy w tamtym okresie. David Gilmour tez spisał się wcale nieźle. 3 częściowe The Narrow Way jest bardzo dobrze pomyślane i zagrane, szczególni ta potężna gitarowa częśc, oraz ta balladowa, śpiewana (polecam bootleg The Man&The Journey, na którym bardzo fajnie słychać jak David fałszuje w powyżej omawianej kompozycji). Największy problem ze wszystkich miał biedny Nick. Przecież nie można wymagać od perkusisty, żeby sam nagrał około 10 minut muzyki. No ale i on na szczęście jakoś z tego wybrnął. Zagral partię, trochę pociął, trochę wyciął, tu zwolnił, tam przyspieszył, dodał trochę efektów a na początku i końcu jego ówczesna żona zagrała kilka nutek na flecie. I już można słuchać bez bólu:) Dla mnie kolej na płyta Floydów na 5.

Napisał Rafał Ziemba, dzień 08/19/2007 o godz. 00:20

 1 
Strona 1 z 1 ( 2 Recenzje płyty )
©2006 MosCom

Musisz się zalogować aby móc dodawać recenzje.

Biuletyn podProgowy

Ostatnie recenzje

Ostatnio Dodane

Współpracujemy z

Lynx Music

Black Widow Records

Metal Mind Productions



Ars Mundi

Wydawnictwo Kagra

Koncertowe Studio PiK

Rock Serwis

Pro-Radio





ProgrockRecords















Copyright © 2007-2012 ProgRock.org.pl   Designed by ProgRock.org.pl