|
Lista utworów:1. Amboss (19:40)2. Traummaschine (25:24) Czas całkowity: 45:04 Muzycy biorący udział w nagraniu:- Manuel Göttsching ( guitar, voice, electronics )- Hartmut Enke ( bass ) - Klaus Schulze ( drums, electronics ) |
| następny artykuł » |
|---|
Miłośnikom krautrocka zespołu Ash Ra Tempel przedstawiać nie trzeba. Należy jednak pamiętać, że krautrock nadal należy do muzycznych obszarów często pomijanych przez polskich słuchaczy rocka progresywnego. Wydaje się też, że Ash Ra Tempel częściej przegrywa konkurencję z takimi grupami jak: Amon Düül II, Agitation Free i Can, a nawet z wydawałoby się dużo bardziej nieprzystępnym zespołem Faust. Co ciekawe początków tego składu należy szukać w bluesowym zespole Steeple Chase Bluesband. Z trójki muzyków którzy spotkali się na debiutanckim albumie Ash Ra Tempel brakowało w nim jedynie (lub może aż) Klausa Schultze.
Na płycie tej zagrali: gitarzysta Manuel Göttsching, basista Hartmut Enke oraz perkusista i klawiszowiec Klaus Schulze. Składają się na nią jedynie dwa utwory: Amboss (Kowadło) oraz Traummaschine (Maszyna snów). Natomiast sama muzyka jest już o całe galaktyki odległa od tego co grał Steeple Chase Bluesband.
Dla mnie jest to album wyciszający i relaksujący, momentami wręcz ambientowy. Sprawia, że umysł odrywa się od ciała i wzlatuje gdzieś w kosmiczną przestrzeń. Ash Ra Tempel to kwintesencja tego co nazywano kosmische musik. To połączenie gitarowych improwizacji z elektroniką, w którym jednak nadal przeważa rockowy pierwiastek. Muzyka eteryczna, odrealniona, tworząca niezwykłą atmosferę. Począwszy od grozy pierwszej części z demoniczną perkusją Klausa Schultze, po senne muzyczne pejzaże drugiego utworu.
Pierwsza kompozycja jest momentami pulsująca i szalona, wypełniona natchnionymi improwizacjami z genialną gitarą Manuela Göttschinga. Przy czym niekiedy ociera się o coś co można by nazwać odmianą muzycznej anarchii. Z kolei Traummaschine, zgodnie z tytułem przenosi nas w świat sennych marzeń, rojeń, ale jednocześnie koszmarów. Znajdziemy tu także muzyką dronową, a wiec długotrwałe podtrzymywanie dźwięków. W dźwiękach tych słychać pojękiwania i pieśni duchów przechodzących gdzieś w inne, nieodkryte jeszcze wymiary. Duchów jakby zlęknionych, ale może też zadziwionych tym co udało im się w tym nowym świecie zobaczyć. W niektórych momentach pojawia się niemal rytualna perkusja, być może mająca te zjawy odpędzić, lub przeciwnie, przyciągnąć je ponownie do świata żywych.
Dla wielbicieli krautrocka to pozycja absolutnie obowiązkowa. Może ona jednak z pewnością zainteresować szersze grono odbiorców w tym chociażby fanów wczesnego Pink Floyd. Jedno jest pewne, kto raz jej posłuchał z pewnością jej nie zapomni.
Kolejna ciekawa pozycja nagrana przez naszych zachodnich sąsiadów. Tylko dwa utworu, po jeden na stronę czarnego krążka. W 1971 roku było to zjawisko jeszcze nie tak nagminne (choć taki Beat Of The Earth już zrobił coś takiego w 1967, ale to już zupełnie inna historia). Ciężko opisać muzykę na tej płycie. Niewątpliwie jest to krautrock, ale trochę inny od pozostałych. O długości utworów już mówiłem. Dalej idąc mamy śladowe użycie wokali i sporo elektroniki, aczkolwiek zostawiono dużo miejsca na gitarę, szczególnie w drugim utworze, gdzie jest bardzo ciekawa i długa partia tegoż instrumentu. Nie ma sensu pisać długiej recenzji, gdyż utwory zawarte na krążku lepiej niech każdy sam posłucha, bo moje opisywanie co się dzieje w której minucie na nic i tak się nie zda. Jeśli ktoś lubi krautrock i bardzo długie utwory - 5/5.















































