|
Historie największych wykonawców mają to do siebie, że nie ma sposobu by je opowiedzieć w kilku zdaniach. Wybaczcie więc, że ten biogram będzie wyjątkowo długi. Cóż, historia legendarnego Genesis jest jak rzeka, a ponieważ to zespół tak ważny dla historii rocka, jak i ważny dla mnie osobiście, postaram się przybliżyć go w dość dokładny sposób. Faktycznych korzeni zespołu doszukamy się w miejscowości Charterthouse, w której to mieściła się dość ekskluzywna szkoła średnia z internatem. Do niej właśnie uczęszczali dwaj przyjaciele, Peter Gabriel i Tony Banks. Szkoła dość radykalnie podchodziła do "bummu" popkulturalnego, jaki niewątpliwie w tych czasach (połowa lat 60) miał miejsce. Obaj młodzieńcy jednak byli wyjątkowo odporni na wszelkie zakazy i surowe prawa panujące na uczelni oraz w internacie, i rozpoczęli pierwsze obcowania z muzyką, nazwijmy to rockową. Wkrótce, mimo wielu przeciwności losu, na swej drodze spotkali Michaela Rutherforda, Anthonego Phillipsa i Chrisa Stewarta, by razem spróbować zrobić coś, co korciło ich od dawna, i do czego, jak sądzili, byli stworzeni - grać prawdziwą muzykę. Działali wówczas najpierw jako Anon, następnie jako Garden Wall, ale żadna z formacji zbyt długo nie przetrwała. Młodzieńcy obcowali z muzyką dość dziwną, jak na owe czasy. Lubowali się w rozbudowanych formach muzycznych, co w zalewie „beatlesomanii” było wyśmiewane i wręcz niedopuszczalne. Mieli sporo szczęścia, bowiem wpadli pod oko Jonathana Kinga, który oprócz tego, że wymyślił im nazwę GENESIS, to jeszcze pomagał w organizowaniu prób i pierwszych sesji nagraniowych. Jonathan sam był absolwentem szkoły, więc w dość łatwy sposób udawało mu się łamać dla swych podopiecznych, rozmaite przeciwności i zakazy. Pod jego dyktando, młodzi muzycy - już jako Genesis - rejestrowali jednak nie swoje długie numery, tylko dość kiczowate, popowe piosenki, które wkrótce miały ukazać się na albumie "From Genesis To Revelation". King, bowiem nie był zwolennikiem progresji, jako że sam odniósł już małe sukcesy jako piosenkarz i kompozytor muzyki pop. Tuż przed podpisaniem pierwszego kontraktu z zespołu odszedł perkusista Stewart (jego rodzicom bardzo nie podobała się chęć porzucenia przez niego szkoły), a jego miejsce zajął Jon Mayhew. Album ukazał się w 1969 roku, odniósł jakieś tam maleńkie sukcesy w postaci wzmianek w lokalnych stacyjkach radiowych, ale na szerokie wody zespołu nie wyprowadził. Zbyt dużo było podobnej konkurencji w owym czasie. W efekcie sprzedaż wydawnictwa nie przekroczyła 800 egzemplarzy, a popowy projekt odbił się czkawką. King opuścił zespół - i powiedzmy sobie szczerze, dobrze, że tak się właśnie stało. Ambicja i upór w działaniach przy bardziej rozbudowanych formach muzycznych, mimo niepowodzeń, nadal cementowały kolektyw, i artyści komponowali już muzykę z myślą o nowym albumie. Powstał tylko problem - kto go wyda? Na drodze stanęli ludzie z wytwórni Charisma, którzy dostrzegli zespół gdzieś, w jednym z występów na żywo. Zainteresowanie ich, rozbudził fakt sukcesu King Crimson, a muzycy Genesis przecież, również wykorzystywali (choć nieśmiało) mellotron, oraz wiele innych rozbudowanych instrumentów, jak choćby 12-strunowa gitara, czy też bardziej klasycznych, jak flety i klarnety. W efekcie ukazał się album "Trespass". I to było właśnie to! Wśród akademickiej publiczności (nazwijmy to) myślącej, zespół stawał się kultowy, a numery taki jak The Knife rozżarzały sale do czerwoności. Zespół zaczął sporo koncertować (głównie po akademickich salach), a tempa trasy koncertowej nie wytrzymywał Tony Phillips. Wraz z nim szeregi Genesis opuścił też perkusista Mayhew, i zespół znów był w kropce. Szczęście znów uśmiechnęło się do rozpędzającego się Genesis, i los podstawił mu gitarzystę Steve'a Hacketta, oraz młodziutkiego perkusistę Phila Collinsa. To był kolejny strzał w dziesiątkę. Hackett okazał się być doskonałym, dość agresywnie grającym i czującym klimat gitarzystą oraz kompozytorem. Collins, mający już doświadczenia z bębnami w innej formacji, okazał się być wyrafinowanym perkusistą. Był również ogromnym wesołkiem, dzięki czemu, wielokrotnie studził swym pogodnym usposobieniem, rozmaite burze, powstałe ze ścierających się ze sobą temperamentów, poszczególnych członków zespołu. Ale to właśnie te temperamenty sprawiły, że opracowywany właśnie kolejny materiał - "Nursery Cryme" - okazał się o niebo dojrzalszy od poprzedniego. Płyta, pełna symboli i niepowtarzalnego klimatu, zawierała trzy rozbudowane utwory (The Musical Box i The Fountain Of Salmacis to dziś prawdziwe relikty), pozostałe nagrania były tylko i aż piosenkami, niezwykle bogato zaaranżowanymi. Zespół pomału trafiał do coraz większych sal koncertowych. Sporo nowych fanów przysporzyła mu trasa koncertowa po Włoszech, gdzie zadebiutowali nawet na stadionach! Występy Genesis, zaczynały przypominać prawdziwe spektakle teatralne, gdyż zespół wykorzystywał podczas koncertów ogromną ilość masek, przebrań, rekwizytów oraz gier świateł, a z czasem pokazy slajdów. Peter Gabriel jako frontmen, odgrywał różne role na scenie, pozując do bardzo oryginalnych tekstów o tematyce mitycznej, z elementami groteski i humoru, będących w repertuarze Genesis. Zakładał min maskę lisa, która była inspiracją do kolejnego tytułu płyty, która wyszła na świat w 1972 roku, i nosiła tytuł "Foxtrott". Był to kolejny milowy krok zespołu. Można powiedzieć, że właśnie na tym albumie wykrystalizował się prawdziwy styl Genesis, do którego przylgnęło określenie "teatr rockowy". Płytę kończył wielki, rockowy klasyk wszechczasów – suita Super's Ready. Podsumowaniem dotychczasowej działalności zespołu, był również koncertowy album, wydany w tym samym roku, i noszący po prostu tytuł "Live". Zespół zyskuje nowego sojusznika - syntezator. Z jego "udziałem", w 1973 roku grupa rejestruje swój klasyk nad klasykami - "Selling England By The Pound". Słyszymy dojrzały, zgrany zespół - idealny pod każdym względem. Delektujemy się kolejnymi rarytasami: Firth Of Fifth i The Cinema Show, pierwszym przebojem I Know What I Like, oraz... pierwszym zalążkiem, charakterystycznym dla twórczości solowej Petera Gabriela (utwór The Battle Of Epping Forest). Mija rok, a zespół wydaje na świat kolejną płytę - tym razem podwójny album koncepcyjny "The Lamb Lies Down On Broadway". Można rzec, że jest to opera rockowa, nieco rozlazła, ale jako całość, do dziś pozostaje świętością wśród zagorzałych fanów zespołu. Niestety podczas nagrywania płyty, pojawiają się pierwsze nieporozumienia pomiędzy Gabrielem a resztą zespołu. Peter chce mieć jak największą pieczę nad tekstami, i w drodze kompromisu ją dostaje. Kością niezgody jest niezmiennie fakt, że jego teksty okazują się być bardzo niezrozumiałe. W efekcie album nie odnosi planowanego sukcesu komercyjnego, i dopiero po latach zostanie doceniony jako wielkie dzieło. Podczas trasy koncertowej promującej "The Lamb...", Gabriel postanawia odejść z zespołu. Chce odpocząć od rozlazłych, wielowątkowych form i skupić się na karierze solowej. Zespół jest znów w kropce. Gorączkowo poszukiwany jest wokalista, ale mimo setek przesłuchań nikt nie przypada do gustu muzykom. Na próbach nowe teksty zaczyna śpiewać perkusista Phil Collins, ale na przejęcie oficjalne tej funkcji nie bardzo chce się zgodzić. Nie chce bowiem, by ktoś, do kogo Phil nie ma zaufania, zajął jego miejsce za bębnami. Z odsieczą przychodzi mu, jego stary przyjaciel i podobnej klasy wirtuoz bębniarski - Bill Bruford (min YES, KING CRIMSON, ASIA i wiele innych...). Ostatecznie na nowym albumie ("A Trick Of The Tail", 1975), Phil gra na perkusji i śpiewa, a Bill wspomaga zespół na koncertach. Sam album odnosi duży sukces. Rozbudowane formy, zostają zastąpione przez nieco krótsze, ale wciąż bogate instrumentalnie utwory, w odbiorze znacznie lżejsze od znanych dotychczas. Pod koniec tegoż roku, wydany zostaje kolejny album studyjny - "Wind & Wuthering". Charakteryzuje się nostalgicznym, niemal bajkowym klimatem, a do łask wracają także nieco bardziej rozbudowane formy. Popularność zespołu rosła z dnia na dzień, a wytwórnia postanowiła wydać kolejny, tym razem dwu-płytowy album koncertowy "Seconds Out". Podczas miksowania materiału, niespodziewanie odchodzi Steve Hackett. Jego ambitne pomysły od dawna nie pasowały reszcie kolegów, a ponieważ chciał je wreszcie wykorzystać - postanowił skupić się na karierze solowej. W ten sposób kończy się pewien etap w twórczości Genesis – ten bardziej ambitny. I zostało ich trzech... Taki właśnie tytuł nosi kolejny album Genesis - "...And Then There Were Three...". Muzycy próbowali wprawdzie znaleźć stałego gitarzystę, ale postanowili jednak kontynuować karierę jako trio, które na koncertach mieli wspomagać od teraz: perkusista Chester Thompson i gitarzysta Daryl Stuermer. Nowa płyta wyraźnie skręcała ku popularyzacji muzyki Genesis. Tworzyły ją krótkie, choć w większości, trzeba przyznać, udane piosenki. Duży sukces odniósł także singiel Follow You, Follow Me. Minęły dwa lata a zespół znów gościł w studio, rejestrując kolejny materiał - "Duke". Muzyka znów coraz bardziej skręcała w stronę komercji, ale po raz kolejny płyta broniła się zupełnie niezłymi aranżacjami. Tym bardziej, że było też sporo progresji w niektórych utworach (otwierająca suita składająca się z trzech utworów, czy też finałowy Duke’s Travels). Pozostałe były aranżowane w taki sposób, by podbić coraz modniejsze listy przebojów. I to się zespołowi udało za sprawą singli: Turn It On Again i Misunderstanding. Na albumie pojawiły się także "prztulańce", z których za kilka lat zasłynie Collins, na swych płytach solowych. Płyta odniosła spory sukces, a fani przyzwyczajali się pomału do nowego wizerunku. I wtedy stała się rzecz koszmarna. Zespół wydał kolejny album "Abacab". Niby nic nienormalnego, ale płyta okazała się być po prostu kiczowata. Po za dwoma, trzema utworami fani usłyszeli popowego dziwoląga, z niezrozumiałymi próbami w sferze nowoczesnych efektów dźwiękowych. Single trafiły na listy przebojów, ale długo miejsca nie zagrzały. Jedynym plusem materiału, były dwa utwory: Dodo i Abacab, które łączone podczas występów na żywo, brzmiały rewelacyjnie. Na szczęście kropelkę grozy rozmywa kolejny album koncertowy - "Three Sides Live", na którym zupełnie nie słychać kryzysu zespołu. Nadal wspomagają go na koncertach panowie Thompson i Stuermer, i ten fakt wychodzi muzyce na plus. Kryzys twórczy objawia się dwuletnią przerwą w działaniach zespołu. W tym czasie muzycy skupiają się na pracy solowej. Mimo to, w 1983 roku na świat przychodzi album "Genesis". Tym razem następuje zwrot ku bardziej akustycznemu graniu, a sam materiał zachwyca swym dopieszczeniem od strony technicznej. Kolejne przeboje (Mama, Illegal Alien, That's All) lądują na listach przebojów, a popowa machina Genesis kręci kolejne komercyjne sukcesy. Muzycy kontynuując swoje solowe projekty, znów jednak zamykają furtkę dla zespołu na, tym razem, aż 3 lata. Wreszcie w 1986 fani usłyszeli album "Invisible Touch". Starzy, genesisowscy wyjadacze położyli po tym materiale krzyżyk na zespole, nowi bawili się kolejnymi przebojami. Album brzmi bardzo plastykowo. Wykorzystana jest min. elektroniczna perkusja, a kompozycjom coraz bliżej do komercyjnych stacji muzycznych w TV (mówi się, że Genesis rozsławili MTV), niż do rockowych klubów. Mimo to zespół nadal dość udanie koncertuje, i na tym polu nadal niezmiennie ma swoją markę. Dopiero za pięć długich lat, trzej panowie znów wydadzą płytę długogrającą. "We Can't Dance", mimo kilku hitów pop-rockowych, tym razem urzeka kilkoma ciekawymi kompozycjami (choćby Driving The Last Spike czy Fading Lights). Płytę promuje trasa koncertowa, znów wydana na podwójnym albumie "The Way We Walk". Świat obiega informacja o odejściu... Phila Collinsa. Wielu krytyków mówiło wówczas, że to koniec wielkiej legendy rocka i machiny popowej, jaką niewątpliwie był dotychczas zespół. A jednak na przekór przesłaniom, w 1997 roku panowie Rutherford i Banks, zapraszają do Genesis świeżą krew. Są to: wokalista szkockiego zespołu Stiltskin - Ray Wilson, oraz dwaj perkusiści - Nick D'Virgilio oraz Nir Z. Nowa pozycja w dyskografii - "Calling All Stations", okazuje się zawierać materiał znacznie bardziej mroczny, wręcz momentami powracający do starszych klimatów zespołu. Niestety strata Phila, jako perkusisty jest bolesna, i od tej strony dużo brakuje muzyce. Broni się dzielnie Ray Wilson, śpiewając bardzo dobrze i zaskarbiając sobie nowe rzesze fanów (zwłaszcza płci żeńskiej :)). Przy okazji następnego wydawnictwa, tym razem składankowego - "Turn It On Again: The Hits" oraz wznowieniu starego, genesisowskiego standardu Carpet Crawlers, w 1999 roku zbiera się znów cały zespół, w swym legendarnym składzie. Świat huczy od plotek, że zespół spotyka się również po to, by w pełnym składzie znów zarejestrować materiał, bliski korzeniom grupy. Tak się jednak nie staje do dziś. W 2007 roku zespół znów z Collinsem w składzie, wraca na scenę z długą trasą koncertową, udokumentowaną podwójnym albumem koncertowym "Live Over Europe". Po zakończeniu trasy Phil Collins ogłasza, że odchodzi na muzyczną emeryturę. Czy to już definitywny koniec legendy? Wydaje się, że tym razem tak...
„Jester” |
|













































