U mnie wspaniałe rzeczy, czyli rock psychodeliczny.
The United States of America po raz kolejny. Piękna mieszanka chwytliwych piosenek z kwasową, porąbaną psychodelią. I w dodatku w żadnym momencie nie słychać dysonansu między jednym a drugim. Debiutancki album
Pink Floyd. Znacznie lepszy niż te wszystkie "Ściany" i pozostałe cierpienia Watersa za milijony. Naprawdę.

Ponadto zdetronizowany
Arzachel i "Śnieżna Gęś"
Wielbłąda, która mimo iż jestem świadomy, jak bardzo naiwna jest ta muzyka, broni się znakomicie.