Codziennie rano staję przed ogromnym dylematem - którą płytę zabrać ze sobą, na którą mam ochotę, która wpasuje się w nastrój nadchodzącego dnia? Najczęściej, taki fart, trafiam kulą w płot i słucham tego, co wybrałem, bo nic lepszego nie mam pod ręką. Czasem nie słucham wcale i po powrocie do domu odkładam, wyprowadzoną na spacer płytę z powrotem na półeczkę.
Dziś jednak udało mi się. Album Free
Live!, słuchany -oczywiście- bardzo głośno, ratuje i rozpromienia dla mnie ten dzień. Bo, po prawdzie, strasznie boli mnie dzisiejsza środa. Ale słucham sobie Free i jest
all right now