Od około dwóch tygodni poznaję Genesis, nie znałem tego zespołu prawie wcale. Zabrałem się do sprawy poważnie, bo czułem, że zespół tego wymaga. Warto dodać, że słucham rocka progresywnego od kilku miesięcy, wcześniej raczej mało muzyki słuchałem w ogóle. Może się wydać to dziwne, ale do pewnego momentu w moim życiu nie odgrywała ona istotnej roli. Zacząłem od King Crimson i Pink Floyd, potem trochę Yes i voila - Genesis. O KC, PF i Yes może kiedy indziej.
Najpierw poczytałem co nieco o zespole i natknąłem się na opinie, że zaczyna się kiepsko, potem kilka płyt iście progresywnych i OPUS MAGNUM - Baranek, a potem jeszcze A trick of the tail i tendencje ku muzyce lekkiej w odbiorze, wręcz popowej. Czytałem też, że Lamb lies on the broadway jest albumem niezwykle trudnym w odbiorze i wymaga dużego zaangażowania słuchacza - CUDNIE. Jako wielki fan King Crimson - uczący się Lizarda przez kilka dni, byłem ciekaw.
Pierwszą płytę zmęczyłem bardzo szybko i zabrałem się za kolejne. Trespass - płytę dosyć słabo oceniają, raczej wprawka do prawdziwego Genesis, ale mi bardzo przypadła do gustu. Może ze względu że pojedyncze utwory nieco wcześniej słuchałem, a Knife czasem zapętlałem do bólu. Troszkę słodki momentami album, ale dał mi dużą satysfakcję.

Nursery Cryme - mocna rzecz i po prostu niezwykła. Musical box i Fountain of Salmacis to piękne utwory. Do tego dodajmy agresywne i lekkie w odbiorze Return of Giant Hogweed (ależ to ma pazur!) i Harold the Barrel. No i Seven stones, które doceniłem pewnej nocy. Rewelacyjny album, chyba dobrym pomysłem jest od niego zacząć przygodę z Genesis. Szybko "wchodzi", a jednocześnie można bardzo długo przy nim posiedzieć. Trudno nie polubić Genesis po takim dziele, a jednocześnie można mieć świadomość, że może być tylko lepiej...
i jest! Foxtrot dużo trudniej mi się oswajał, ale jak już się osłuchałem, to wręcz pokochałem. Nie mogłem tylko jeszcze dosyć długo zrozumieć ostatniej piosenki - nie odnajdywałem tam harmonii - dla mnie mogłyby to być oddzielne piosenki. Momentami łapałem się na tym, że przeskakiwałem ten utwór, by znowu usłyszeć Watcher of the skies, time table i kolejne piosenki. Jednak ostatecznie i Supper's Ready polubiłem, do tej piosenki trzeba "dojrzeć", osłuchać jej. Absolutnie cudowny album.
I nadszedł czas na album dla wielu najlepszy - i ja także odpłynąłem. Moonlit knight przepiękny, potem lekkie rozluźnienie atmosfery i znowu stonowany patos, by nastąpiły dwa najsłabsze wg mnie utwory, choć i tak solidne i dochodzimy do trzech cudów: after the ordeal, cinema show i aisle of plenty - czysta harmonia. Czułem się jak przy Dark side of the moon. Tym samym Genesis stanął w moich oczach tuż obok King Crimson i Pink Floyd.
No i nadszedł czas na Lamb Lies on the Broadway. Jak się za to zabrać? - myślałem. Po prostu w absolutnej ciszy, w nocy, przesłuchałem cały album. Pierwsze wrażenie - coś tu nie gra - jakie opus magnum? Jak którykolwiek utwór można porównać z Moonlit Knight? Było kilka, które wpadły w ucho, ale byłem rozczarowany. I było to rozczarowanie poważne, bo bardzo często czuję, że utwór wymaga osłuchania, by doznać jego "piękna", ale z Barankiem tak nie było. Album wydał mi się prosty w odbiorze, ale po prostu bez polotu, a druga płyta nudna i dłużąca się. Do tego dziwne utwory - radosne, zupełnie burzące klimat. Nie poddałem się jednak po jednym przesłuchaniu. Były kolejne.
Każde koleje przesłuchanie było coraz przyjemniejsze, było lepiej i lepiej. Wtedy wyłapałem kilka utworów, absolutnie mistrzowskich - przede wszystkim oczywiście in the cage, ale poza tym hairless heart - CZEMU TAKI KRÓTKI? - zastanawiałem się.
Postanowiłem wydrukować tekst i posłuchać albumu rozumiejąc jego treść. I wtedy album "wszedł" - no i zrozumiałem czemu Lamb Lies on the Broadway uznaje się za opus magnum Genesis. To proste - bo to jest największe dokonanie tego zespołu. Wszystkie utwory wypływają z siebie, żaden nie jest zbędny. Odkryłem w wielu utworach kolejne dna. Po prostu przeżyłem coś a la katharsis.
Znając już tekst, bo czytałem go jeszcze kilkukrotnie, słuchałem dalej tego albumu, i dalej, i dalej... Zupełnie jak z debiutem King Crimson.
Ciekaw jestem jak za kilka lat będę wspominał przygodę z Barankiem, bo póki co to jedne z najwspanialszych chwil spędzonych z muzyką.
NIGDY nie słuchajcie tej płyty na szybko, wybiórczo czy w towarzystwie. Tylko w nocy i w samotności, w pełnym skupieniu, a może też was tak poruszy.

Jechałem autobusem do domu, podróż trwała około dwóch godzin. Autobus prawie pusty, wyjazd około 21 - idealne warunki do kolejnego przesłuchania. Słuchałem i jedna rzecz mnie tylko boli - dlaczego ta epicka przygoda kończy się zupełnie nie epickim utworem? Przymykając oko na tę wadę, uważam album za absolutnie doskonały - wymagający i dający satysfakcję.
Edytowany przez: setezer, w: 2011/08/14 14:12